lideczka_27
26.08.04, 20:06
Młoda nawywijała. Co zrobiła, nie napiszę, bo mi wstyd. I miałam zderzenie
czołowe z inną matką. Nawrzucała mi, nawrzeszczała, że nie wychowałam tego
dziewuszyska, co ze mnie za matka itd. Darła się, że taki dzieciak duży i
taki okropny, taki wstrętny. Załatwiłam z babką temat w miarę kulturalnie.
Nie tłumaczyłam się, że nie ponoszę odpowiedzialności za lata "niewychowania"
młodej, w sumie nie jej sprawa, ale sama jestem wściekła na młodą. Odkąd
młoda jest z nami, wychowanie leci na pełnych obrotach (co podczas wizyt nie
było dla M. takim prostym, zwłaszcza, gdy to, co wpoił dziecku, w domu matki
już nie funkcjonowało) i mamy kilka drobnych sukcesów. Ale to kropla - jak
się okazuje. Myślałam, że M młodą zje. Nie zlał jej, bo zdążyłam go trochę
udobruchać, ale jak Boga kocham - należało się. Należało się jak diabli, by
nie mogła na tyłku usiedzieć przez najbliższy miesiąc. Próbowałam z M. gadać.
Wydaje mi się, że wychowanie wychowaniem, ale geny to geny - można korygować,
ale wszystkiego się nie wypleni. On na to gadanie dostaje furii. Złe nawyki
czy jakieś postępowanie, które przypomina mu eksię, po prostu doprowadzają go
do białej gorączki. Rozmowy, tłumaczenia - takie najprostsze o tym co złe, o
wartościach itd. często są zakodowane i w akcji, gdy ja lub ojciec widzi,
potem młoda robi jak jej lepiej. Czuję, że nam się przyda jakiś pedagog. A M
psycholog by zaakceptował fakt, że wybierając dziecku matkę, obdarzył je w
jakimś stopniu cechami tej osoby i niech to zaakceptuje.
Oszaleje z nimi, jak Bóg mi miły...
pozdrawiam Was i znikam, bo mnie nosi i chyba muszę z domu wyjść...
lidka