Dodaj do ulubionych

Moja historia.

12.12.15, 22:41
Hej Dziewczyny,

od dłuższego czasu Was podczytuję i postanowiłam napisać, aby podzielić się moją historią, jak również przestrzec inne, bezdzietne dziewczyny przed tego typu związkami.
Miałam 25 lat, gdy zakochałam się po uszy w mężczyźnie z dzieckiem. Byłam wtedy na ostatnim roku studiów. On był dziesięć lat starszy, cztery lata po rozwodzie, córka lat 8, zdradzony przez żonę i zostawiony dla jej kolegi z pracy,z którym jest do dzisiaj.
Nigdy nawet nie przypuszczałam, że kiedykolwiek znajdę się w takiej sytuacji. Ale los lubi płatać figle i ja, wzorowa studentka, nigdy nie sprawiająca kłopotów, zakochałam się w mężczyźnie po przejściach. W swojej naiwności i braku doświadczeń myślałam, ze dziecko to nie problem. Gdybym wiedziała przez co przejdę, cofnęłabym czas i poszła inną drogą.
M. był wyjątkowo zaangażowanym ojcem, ciągle opowiadał o swojej córce. Na początku urzekło mnie to i pomyślałam, że jaka kobieta nie chce takiego mężczyzny: przystojny, wykształcony, dobry rodzic. M. opiekował się córką od czwartku do soboty do godziny 21:00. W czwartki rano jeździł do domu eks, zabierał małą, zawoził do szkoły, odbierał i przywoził do siebie. W piątek zawoził do szkoły, po szkole do dziadków, w sobotę cały dzień spędzał z córką. Oprócz tego jeździł na wszystkie zebrania, nawet te dodatkowe, był w "trójce klasowej", miał codzienny telefoniczy kontakt z dzieckiem.Od początku to zaangażowanie w opiekę wydawało mi się dziwne, ale byłam tak zakochana, że dostosowywałam się do tego planu. Z każdym miesiącem sytuacja ta robiła się dla mnie coraz bardziej ciężka, ponieważ M. dawał mi coraz bardziej odczuwać to, ze zawsze jestem mniej ważna. Uważał, że kobieta, która chce z nim być powinna dostosować się do jego życia i stać się jego częścią. Sylwestra spędziliśmy z Małą, podczas gdy jego eks poszła ze swoim facetem na imprezę do znajomych. Chociaż mówiłam, że wolałabym, żebyśmy byli sami, bo tego, czasu było naprawdę mało, zgodziłam się, zeby M. wziął Małą, bo widziałam, że zależy mu na tym, a Małą polubiłam. Jednak tak było na każdym kroku. Coraz bardziej cierpiałam w tym związku, a najbardziej raniła mnie postawa mojego M, dla którego liczyła się przede wszystkim córka. Było mnóstwo sytuacji, w których czułam się zraniona i samotna. Od środy czekałam do sobotniego wieczoru, żebyśmy mogli spędzić czas razem. Bywało tak, że pomimo tego, ze umówiliśmy się na 20:00 w miedzy czasie okazywało się, że np. była żona została dłużej u znajomych na imieninach i nici ze wspólnego wieczoru. Bywało też tak, że byliśmy umówieni, przyjeżdżałam do nich, mieliśmy coś zaplanowane, a M. nie odwoził Malej. Potem tłumaczył się, że Mała bardzo mnie lubi i chciał, żeby mogła spędzić trochę czasu ze mną. Lubiłam Małą, ale miałam tylko M. w niedzielę i raz-dwa razy w tygodniu. Z czasem zaczęłam dostrzegać, ze moje zdanie i potrzeby w ogóle się nie liczą. Podobnie było w Walentynki, była żona wyjechała ze swoim partnerem, a M. jak to on ustalił, ze zaaopiekuje się Małą. Zupełnie nie potrafił zrozumieć tego, że ja potrzebuję jego jako mężczyzny, a nie tylko ojca dla dziecka, które ma z eks. Walentynki spędziliśmy we trójkę oglądając bajki. O 20:00 M. poszedł przygotować kąpiel Małej i znikł na godzinę, bo rozmawiali sobie w tym czasie. Ja siedziałam smutna i sama gapiąc się w telewizor. Gdy kąpiel została zakończona, poszedł usypiać Malą na kolejną godzinę, bo zwykł czytać jej do snu bajki. Wrócił do mnie zmęczony i poszliśmy spać. Bardzo przeżywał to, ze Mała musi spać w drugim pokoju. Ona obudziła się w środku nocy i on poszedł spać do niej. Było mnóstwo takich sytuacji. Podobnie bylo W Wielkanoc. Po pewnym czasie, gdy zbliżały się wolne dni, coraz gorzej się czułam, miałam stany depresyjne, bo wiedziałam, że znowu będzie szarpanina, wymiana argumentów. Gdy mówiłam M. jak się czuję, on mówił, ze to jest jego dziecko i nie ograniczę mu kontaktów z córką. Gdy prosiłam, zebyśmy mogli spędzić więcej czasu razem, ze ja też za nim tęsknię i go potzrebuję i, żeby odwoził Małą w sobotę 2-3 godziny wcześniej, słyszalam, ze to jest wbrew jego naturze i on chciałby spędzać z Małą wszystkie możliwe dni. Zaczęliśmy się kłócić, nie potrafiłam zrozumieć tej postawy. Mówił również o tym, że chciałby wynająć mieszkanie blisko szkolły Małej tak, żeby nie tracić czasu na dojazdy. Zupełnie zdawał się nie rozumieć tego, jak się czuję. Katastrofą okazała się Majówką. Przeczuwając co nastąpi, ze pomimo tego, ze M. miał Małą 3 dni w tygodniu, na pewno będzie chciał wziąć ją na całą Majówkę, powiedziałam, ze chciałabym, żebyśmy wyjechali we dwójkę, ze mam tego wszystkiego dosyć. Zaproponowałam podzielenie Majówki na dwa dni spędzone z Małą i dwa we dwójkę. Co zrobił M? Przestał się do mnie odzywać na cztery dni i spędził ten czas z córką. I tak było na każdym kroku, codzienne telefony, nawet wtedy, gdy spędzaliśmy czas razem, M. zawsze odbierał telefon od dziecka i byłej żony, bo zawsze przecież mogło to dotyczyć córki. Eks dzowniła, mowiła mu, co jest do załatwienia w szkole, jakie lekcje trzeba odrobić, co kupić i on to robił. Potrafiła przysłać mu na maila zdjęcie paragonów za ubrania dla córki, a on płacił, bo przecież to jego córka. Powoli przestawałam sobie radzić psychicznie. Kłóciliśmy się coraz częściej, M. zaczał uciekać, każda próba negocjacji tego grafiku była traktowana jako moj zamach na jego ojcostwo. Bolało mnie to strasznie, bo nikt nie widział tego, jakie to było dla mnie trudne, cała ta sytuacja i to życie. A najbardziej bolała mnie postawa M., który ranił mnie swoimi wyborami na każdym kroku. Przestawałam radzić sobie psychicznie, zaczełam mieć stany deoresyjne, poszłam do psychologa. On zaczął uciekać, przestawał się odzywać. potem zpalanował ze swoją córką i rodzicami wakacje. Gy płakałam, ze ja tak nie chcę i chyba też powinnam mieć prawo decydowania o tym wszystkim, on wyjechał na dwa tygodnie i nie odzywał się do mnie. Przeszłam załamanie nerwowe, wpadłam w depresję lękową, moja przyjaciółka zabrała mnie do psychologa i lekarza, ktory przepisał mi antydepresanty. Pisałam do M, ze go potrzebuję, ze nie radzę sobie, na co on odpowiedział, że przecież nie przyjedzie z wakacji i nie zostawi dziecka. A ja wtedy byłam w fatalnym stanie, lekarz skierował mnie na terapię, przeżyłam prawdziwą depresję. Chodziłam do psycholog, która pomagała uporać mi się z tym wszystkim. Psycholog powiedziała mi, jak ważne jest ustalanie zasad, wspólnego czasu i tego, żebym i ja miała coś do powiedzenia w tej relacji, jeżeli zdecyduję się na powrót.W miedzy czasie wróciliśmy na chwilę do siebie z M. Nie potrafiłam jednak wybaczyć mu tego, jak postępował w ciagu ostatnich miesięcy. Miałam jednak nadzieję, że zmienił swoje nastawienie. Jednak wręcz przeciwnie, zakomunikował mi, że zadeklarował się, aby odwozić córkę w poniedzialki na dodatkowe zajecia. Z trzech dni w tygodniu zrobiły się cztery. Psycholog doradziła mi, żeby ustalić kompromis, że jeśli chce odwozić, niech robi to co dwa tygodnie. Na początku powiedział, ze jest to do zrobienia. Jednak gdy nadszedł kolejny poniedziałek, znowu odwiózł Małą. Gdy powiedziałam, ze przecież coś ustalilismy, usłyszałam, ze kim ja jestem, żeby mówić mu co on ma robić, ze to jest jego dziecko i gdy będzie tylko mógł, zawsze pomoże, bo to jego rodzina. Zapytałam, a ja? Na co on odpowiedział, ze nie jestem jego rodziną. Dla mnie to był już koniec. Potrzebowałam wiele miesięcy, żeby wyjść z ciężkiej depresji, 1,5 miesiąca brałam antydepresanty, chodziłam na dwie terapie. A on? nawet nie zapytał się, jak się czuję, nie zadzwonił, nie złożył życzeń na święta. Byłam wrakiem człowieka, miałam stany lękowe. Po pół roku napisałam do niego maila z tym , co czuję. A co on mi napisał? Że jemu też jest ciężko, że Święta były dla niego ciężkim czasem, bo mała miała zapalenie ucha i trafiła do szpitala. Po związku z rozwodnikiem z dzieckiem potrzebowałam ponad roku, zeby dojść do siebie, a i tak nie jest jeszcze dobrze sad
Obserwuj wątek
    • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 12.12.15, 22:47
      Przepraszam, że napisałam tak chaotycznie. Chociaż już trochę czasu minęło, nadal te wydarzenia budzą we mnie silna emocje. Było jeszcze mnóstwo podobnych sytuacji. Gdybym tylko mogła cofnąć czas..
      • edw-ina Re: Moja historia. 13.12.15, 11:07
        Młoda jesteś. Na pocieszenie powiem, że byłam w twoim wieku, kiedy związałam się z M i również wydawało mi się, że dzieci to żaden problem. Po czasie wiem, że dzieci to nie problem, problemem jest facet, który nie umie, nie chce wszystkiego poukładać. Nam to układanie zajęło wiele, naprawdę wiele lat. Do tej pory zdarzają się poważne starcia, chociaż już coraz rzadziej. Po prostu weszłaś w związek z facetem, który jeszcze nie nadawał się do relacji. Ewentualnie szukał jedynie ładnej panny, z którą będzie mógł pójść do łóżka bez konieczności głębszej relacji. Zostaw, zapomnij, idź dalej. każdemu zdarzają się związki - niewypały.
    • gakig Re: Moja historia. 13.12.15, 11:54
      na szczęście mój facet jest inny ale może dlatego że jego dzieci są dorośli, a my bedziemy mieli dziecko wieć jesteśmy rodziną...ale jest dla mnie dla nas, dzieci ok też ma czas ale my jesteśmy pierwsi. Zawsze się pyta czy mamy jakies plany zanim się z umówi ze swoimi dziećmi nie mam co narzekac.
      • independency.today Re: Moja historia. 13.12.15, 13:44
        Bardzo smutna historia, przykro czytać, jak mocno ta relacja zniszczyła Twoje życie i zdrowie. Niestety, zgadzam się z dziewczynami wcześniej piszącymi, że wina tu leży głównie po s tronie mężczyzny. Wyjątkowo nierokujący partner. Jedyne pocieszenie, to myśleć, że do niego coś dotrze, jak rozpadną mu się kolejne związki i obudzi się samotny, starzejący się i zgorzkniały sad
        Wyobraźmy sobie, jaka krzywda by się stała, gdyby ten człowiek związał się z kobietą, która ma swoje dziecko. wtedy krzywda stałaby się dużo gorsza.
        • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 13.12.15, 14:19
          Dziękuję dziewczyny za dobre słowa. Myślę, ze faktycznie on nie był gotowy na tego typu relację, co sam późnej przyznał. Że to go po prostu przerosło i na tym etapie życia nie jest w stanie wprowadzać żadnych zmian, próbował, ale to było wbrew niemu. Szkoda tylko, że wszystko odbiło się na mnie i zapłaciłam za to tak wysoką cenę. Boli mnie to do dzisiaj, bo naprawdę pokochałam tego człowieka. Nie potrafię przebaczyć tego wszystkiego, a najbardziej tego, że zostawił mnie potem całkowicie samą, gdy sytuacja zaczęła nas przerastać. Nie potrafię wybaczyć też samej sobie, bo byłam zdrową, normalną dziewczyną, niedługo będę miała 28 lat i nadal walczę z depresją, stanami lękowymi i napadami paniki. Jak po czymś takim można zaufać jeszcze komukolwiek? Podziwiam Was dziewczyny, że dajecie radę i jakoś udało ułożyć się te wszystkie relacje. Na pewno macie obok siebie mądrych mężczyzn.
          Mój partner wychodził z założenia, że kobieta powinna być "częścią jego życia". Argumenty, że przecież życie buduje się wspólnie zupełnie nie docierały. Jest we mnie ogromny żal o to wszystko.
          • independency.today Re: Moja historia. 13.12.15, 16:48
            Nie wpadaj w typ myślenia: wszystkie mają mądrych mężczyzn, tylko mój był do bani. Owszem, Twój nie dojrzał do bycia partnerem i wydaje mi się, że niezależnie od tego, czy z dzieckiem czy bez dziecka, życie z nim i tak byłoby udręką (jak z każdym despotą) ale pamiętaj, że wszyscy ludzie popełniają błędy i mają słabości, i zawsze związek to gdzieś tam rozpacz, męka i problemy.
            W jakimś durnym filmie usłyszałam kiedyś mądrą rzecz: żałoba po związku trwa dwa razy tyle ile trwał związek i to jest prawda, przekonałam się nie raz. A zatem, cierpliwości! Czas naprawdę robi swoje, nawet jeżeli w tym momencie nie możesz wytrzymać, po prostu zaakceptuj ten stan. I uwierz, że ta rozpacz w końcu minie. Dbaj o siebie!
            • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 13.12.15, 20:47
              Z tą żałobą po związku też słyszałam coś podobnego. Więc może coś w tym jest. I tak jest dużooo lepiej niż rok temu. Wiem jedno: nigdy więcej mężczyzny z dzieckiem, po rozwodzie. Kobieta kocha i dostaje tylko po uszach i i gdy już nie wytrzymuje psychicznie i stara się walczyć o swoje miejsce w takim ukłądzie, wychodzi na najgorszą. Bo dziecko biedne, ojciec tęskni za dzieckiem, eks to przecież matka dziecka, a Bogu ducha winna kobieta, która pragnęła tylko miłości, wychodzi na tą bez serca. Tylko dlaczego nikt nie widzi ile razy to serce w między czasie zostało zranione? Dziękuję dziewczyny za słowa wsparcia. Mam nadzieję, że kiedyś spotka i mnie coś dobrego. A Wam życzę siły, wytrwałości i również tego, żebyście dbały o siebie.
              • rybkka24 Re: Moja historia. 13.12.15, 22:26
                Jak dobrze cię rozumiem......tylko u mnie doszła jeszcze nawiedzona na punkcie dziecka rodzinka m.
                po czymś takim związek i kontakty rodzinne już nigdy nie są takie jak powinny być
                Na pewno spotka jeszcze cię coś dobrego bo jesteś mądrą i dobrą dziewczyną.
                A nawiedzonym tatusiom mówimy nie i pomijamy z daleka.
                  • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 13.12.15, 22:37
                    Rybka, czy dobrze pamiętam z tego, co czytałam na forum, ze Ty też zaczęłaś związek z mężczyzną z dzieckiem w wieku 2o-kilku lat? jak sobie radzisz po latach? czy gdybyś mogła cofnąć czas, zdecydowałabyś się ponownie na ten związek?
    • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 13.12.15, 22:57
      A na to sformułowanie "nawiedzony tatuś", aż uśmiechnęłam się. Bo po tej relacji w takim sam sposób myślę o mężczyźnie, z którym byłam. Przypomniało mi się, gdy rozmawialiśmy przez telefon, ja rozżalona, bo był piątek i znowu byłam sama, podczas, gdy M, woził córkę na dodatkowe zajęcia, chciałam z nim porozmawiać, czułam się samotna, tęskniłam. Był wtedy w szkole córki i czekał na korytarzy, gdy Mała miała tańce. W pewnym momencie powiedział do mnie, że musi kończyć, bo Mała, wie, ze on jest i zwykle pokazuje mu z daleka figury taneczne, których się właśnie nauczyła. Wtedy ze złości rzuciłam słuchawką, teraz, gdy minął już rok od rozstania, włączył mnie się czarny humor i nawet mnie to bawi. Pamiętam też, gdy zostałam z Małą w pewną sobotę, bo M. pracował, miałam wolny czas i chciałam poznać lepiej Małą. Fajnie się dogadywałyśmy, Mała opowiadała mi o swojej Mamie, bolało mnie to, ale wiadomo, że przy Małej zachowywałam fason. Powiedziałam mojemu M, że momentami było mi ciężko, a on powiedział tylko "mam nadzieję, że byłaś dla niej miła"? Nie wierzyłam wtedy w to, co usłyszałam. Takich sytuacji było mnóstwo.
      • edw-ina Re: Moja historia. 13.12.15, 23:11
        Napiszę ci coś z drugiej strony - po narodzinach córki rozjechała mi się długa relacja z przyjaciółką. Ponieważ jej zdaniem za dużo uwagi poświęcałam dziecku. To za dużo uwagi oznaczało np., że byłam w stanie pogadać z nią dłużej dopiero, kiedy mała zasypiała i niestety czasami musiałam się rozłączyć, gdy np. obudziła się z płaczem. Że nie mogłam wyjść na imprezę, wyjechać itp. Bo tak to kurka wodna jest, że ludzie w różnych sytuacjach się po prostu nie rozumieją i już. Dla ciebie ważna była twoja samotność, bo przecież byłaś w związku, więc z twojego punktu widzenia nie powinnaś czuć się samotna, a dla twojego faceta ważne były rytuały związane z dzieckiem i tak, jak ty swój punkt widzenia, tak on swój uznawał za racjonalny.
        • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 13.12.15, 23:23
          Hej Edwina, myślę, że faktycznie ja również nie potrafiłam zrozumieć pewnych rzeczy, sama nie miałam dzieci, mój M. był moim pierwszym mężczyzną. Faktycznie mieliśmy skrajnie różne sytuacje życiowe. Tylko bolało mnie to, że ja wiele razy starałam się wczuć w jego położenie, ale nie działało to nigdy w drugą stronę. Zawsze mówił, że przecież związałaś się z mężczyzną z dzieckiem. To prawda, ale mężczyzna z dzieckiem związał się z kobietą bez dziecka, która też miała swoje nadzieje i oczekiwania. Trudne to są tematy i relacje, bo każdy ma jakąś tam swoją rację. Uważam, że najuczciwiej byłoby, że mężczyzna po przejściach wiązał się z kobietą po przejściach, ponieważ byłaby większa równowaga. Niestety mój M. mówił, że nie związałaby się z kobietą z dzieckiem, bo jego córka musiałabym nie dosyć, że zaakceptować obcą kobietę, to jeszcze jakieś inne dziecko. M. bez wątpienia uznawał swój punkt za racjonalny i słuszny. Mam żal o to, że nie był gotowy na absolutnie żadne ustępstwa, a wymagał tych ustępstw i dostosowywania się na każdym kroku.
        • rybkka24 Re: Moja historia. 14.12.15, 19:45
          Wychodzi nam na to że relacja rodzicielska "wypiera" inne relacje.życie się zmienia co wymusza poniekąd zmianę otoczenia.
          Szkoda tylko że opisywany dzieciaty z dzieciatymi nie chciał mieć do czynienia tylko wolna ,młoda panna byla potrzebna oczywiście musiała się całkowicie dostosować..
          • edw-ina Re: Moja historia. 14.12.15, 22:17
            Wychodzi nam na to że relacja rodzicielska "wypiera" inne relacje.życie się zmi
            > enia co wymusza poniekąd zmianę otoczenia.
            - to zależy od ludzi, z którymi ma się do czynienia. Po kilku latach życia z dzieckiem widzę lepiej kim dla kogo byłam. I tak np. dla mojego przyjaciela musiałam być wyjątkowo ważną osobą, bo szybko zrozumiał, jak zmieniło się moje życie i cieszył się z każdego, nawet trwającego 30 minut spotkania. Relacja się nam wręcz polepszyła. Dla kilkorga innych bliskich znajomych, dodam, że bezdzietnych, chyba również byłam ważna, bo z etapu: dobre koleżeństwo przeszliśmy do etapu przyjaźń. Za to padły relacje oparte na egocentryzmie, jak ze wspomnianą przyjaciółką, która raptem najlepiej wiedziała ile czasu powinnam poświęcać dziecku, jak bardzo "zgłupiałam" przez matkowanie i wiele innych. Tylko dziwnym trafem nie zauważyła, że w tym samym czasie zrobiłam kolejny fakultet i nauczyłam się nowego języka. Ale tak to już jest, kiedy widzi się tylko to, co chce się widzieć.
            Z pewnością mogę - również z własnego doświadczenia - zgodzić się z tym, że związek rodzica z osobą znacznie młodszą i bez takich zobowiązań, jest trudny do ogarnięcia. Różne oczekiwania od życia, różne możliwości. Po prostu.
    • tully.makker Re: Moja historia. 14.12.15, 16:12
      Przedpiszczynie maja szczytna potrzebe wsparcia cie, kleopatro, w trudnej i bolesnej sytuacji. Ale wydaje mi sie, ze zwalajac wine na twojego partnera jednak ci nie pomagaja. Problemem nie jest zadne z was, tylko to, ze wasze okolicznosci zyciowe i mozliwosci drastycznie sie rozminely.
      Osoba ktora jest rodzicem - no chyba ze jest marnym rodzicem - nie bedzie w stanie poswiecic zwiazkowi tyle uwagi, ile ty oczekiwalas. Dzieci potrzebuja opieki i uwagi rodzica, i wiekszosc rodzicow tez potrzebuje czasu spedzanego ze swoimi dziecmi. Generalnie w pelnej rodzinie jak rodzice wykroja dla siebie kilka godzin w jeden wieczor w tygodniu bez dzieci, to uwazalabym za sukces, i takiego trybu zycia oczekiwal od ciebie twoj partner. Nie ma w tym nic zlego, nie ma tez nic zlego w tym, ze jako ososba mloda i bezdzietna mialas wobec wspolnego spedzania czasu inne oczekiwania.
      • rybkka24 Re: Moja historia. 14.12.15, 18:26
        Masło,maślane.nawiedzony tatuś charakteryzuje się tym że nie chcę/nie umie stworzyć zadnej innej relacji niż relacja rodzicielska.wszystkie inne są bagatelizowane.
        A wymagania tatuś ma konkretne, trzeba wszystko akceptować i nic nie wymagać bo wtedy robi mu się zamach ma rodzicielstwo.
        Nawiedzony powinien odchowac potomstwo i potem się rozglądać.
        Rozwodnik z założenia dzieli się opieką z rodzicielka ale nawiedzony zachowuje się jak wdowiec .dziecko ma tylko jego itp.itd.książkę można napisać.
        U mnie może być.rodzinka się odczepila tatuś ochlonal jak go dziecko parę razy olalo.
        Nie.Nie zdecydowalabym się po raz drugi na taki związek.
      • illegal.alien Re: Moja historia. 16.12.15, 14:35
        Zgadzam sie z Tully.

        Ten ojciec nie jest nawiedzony - jest zupelnie normalny. Moj partner tak funkcjonuje w stosunku do naszych dzieci (do swojej corki w ramach mozliwosci rowniez, przeszkoda jest odleglosc).

        Rowniez zostalam macocha w mlodym wieku (20 lat), rowniez myslalam, ze dziecko nie bedzie problemem. No i w sumie nie jest, ale ja nie czuje potrzeby bycia ciagle na pierwszym miejscu - oboje z moim partnerem twierdzimy, ze dzieci sa najwazniejsze - bo sa dziecmi. Bo sa od nas zalezne, bo nie maja wyboru, kogo maja za rodzicow i nie moga sie ukladu wymiksowac, bo to mysmy sie na nie zdecydowali, a nie one na nas.
          • illegal.alien Re: illegal 16.12.15, 17:24
            Dzieki smile No ja podczytuje, ale do napisania nie mam duzo, plus czasu malo, bo wrocilam do pracy. Dzieci nam rosna, mieszkanie jakos urosnac nie chce tongue_out ale ogolnie jest ok wink
            • rybkka24 Re: illegal 17.12.15, 00:09
              Są kobiety które potrzebują czuć się dla swojego faceta ważne.
              Ważne nie najważniejsze.
              Tymczasem ważne jest tylko dziecko i to jest takie normalne.
              Normalne że kobiety i ich potrzeby są nie ważne w zwiazku.


              • illegal.alien Re: illegal 17.12.15, 11:25
                Oczywiscie. Tyle tylko, ze jak sie wchodzi w uklad, w ktorym sa juz dwie osoby, to niestety, ale trzeba sie w to wpasowac.
                IMHO problemem nie jest tu dziecko ani facet, bo facet jest normalnym, zaangazowanym ojcem i oby wiecej takich - serio!
                Problemem jest zupelne niedopasowanie charakterow/potrzeb.
                Dla mnie jazdy z depresja, nerwica lekowa i czym tam jeszcze, bo facet nie slucha jej zdania odpaliloby piec milionow dzwonkow alarmowych.
                Jak ktos chce miec faceta na wylacznosc to rzeczywiscie nie powinien sie pchac w zwiazki z dzieciatymi, bo tak sie po prostu nie da.
                  • illegal.alien Re: illegal 17.12.15, 15:15
                    Oczywiscie, ze mozna. Tylko pierwszy post tego watku wyglada jak tupanie nozka, 'bo ja chce decydowac', 'bo on mnie ma sluchac' - nie wiem, ja takich klimatow nie czaje, nasz zwiazek wyglada zupelnie inaczej.
                    • kleopatra_1988 Re: illegal 18.12.15, 01:02
                      illegal.alien

                      Nie zgodzę się z tym, co napisałam. Ja nie chciałam decydować, ja chciałam, żebyśmy WSPÓLNIE decydowali o różnych sprawach, o tym, jak ma wyglądać NASZE życie. Dla mnie tak właśnie wygląda związek: ludzie uzgadniają coś, biorą pod uwagę swoje potrzeby i zdania. Co to za związek jeśli jedna osoba czuje się w nim pomijana i osamotniona? Może komuś taka relacja odpowiada, ja czułam się nieszczęśliwa. A depresja, nerwica? To po tym, gdy mój partner zostawił mnie kolejny raz i wyjechał sobie z dzieckiem i z rodzicami i nie odzywał się do mnie dwa tygodnie. Bardzo przeżyłam całą relację i jej zakończenie, bo nie należę do osób, które skaczą z kwiatka na kwiatek. Poza tym ten człowiek był dla mnie bardzo ważny. Wiedziałam jednak, że mamy zupełnie inną wizję tego, jak ma wyglądać nasza relacja. Bardzo go kochałam, ale wiedziałam, że nie chcę życia, w którym nie będę miała nic do powiedzenia. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Obiecywał rodzinę, ślub, dzieci. A później? Nie zamieszkamy razem, bo to może być ciężkie dla córki. Dzieci? tak, ale gdy córka będzie starsza (ma teraz 10 lat). Ślub? Po co, on przecież miał. Nie uważam tego za "tupanie nóżką".
              • tully.makker Re: illegal 18.12.15, 09:18
                Jest takie przyslowie - ask for sympathy and you will never get it. Podobnie jest z uwaga i poczuciem waznosci w zyciu partnerki / partnera. Kiedy musisz sie tego domagac i o to walczyc, to juz jest pozamiatane. To jakby jedna sprawa. Druga - ze dla roznych ludzi licza sie rozne formy uwagi. Czy partner opiekuje sie nami w chorobie? Czy organizuje dla nas wyjscie w walentynki? Czy poswieca nam czas wolny od obowiazkow? Czy rzuca dla nas wszystko, niezaleznie od tego, jakie ma inne zobowiazania zyciowe? Kazdy na swoje priorytety i swoje sposoby na okazywanie uczucia. Dla mnie np, Walentynki sa szczytem niewaznosci. Ale szanuje to, ze dla innych osob sa one wazne. Ale jesli zwiaze sie z facetem, ktory oczekuje ze np mimo kryzysu w pracy opuszcze ja tego dnia o 15, zeby celebrowac swieto zakochanych (na przyklad) to racze nie bedziemy dobrana para.
                Okres zalotow dlatego trwa zazwyczaj dlugo, bo jest to okazja, by przetestowac kompatybilnosc. Tu jej nie ma, i nie ma robic z faceta potwora. Ot, rozne etapy zyciowe, rozne priorytety.

                PS Droga watkodajko, jelsi moge ci cos doradzic z racji wieku i doswiadczenia, to bylas dla faceta za bardzo dostepna. Nie musial sie starac - wiec sie nie staral.
                • illegal.alien Re: illegal 18.12.15, 12:01
                  Otoz to. Zawsze to powtarzam, ze w moim zwiazku cenie sobie najbardziej to, ze oboje jestesmy ze soba, bo CHCEMY, a nie bo MUSIMY - i nie chodzi to o slub lub jego brak czy o sprawy finansowe. JEstesmy dwojka calkowicie niezaleznych ludzi, ktorzy doskonale radza sobie sami, a jednak wolimy byc we dwoje. Dla mnie ta swiadomosc to najbardziej wyzwalajace, a jednoczesnie scalajace uczucie miedzy nami.
      • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 18.12.15, 11:41
        Tully Maker, uważam, że nikt nie powinien domagać się w związku uwagi, czasu. Jeśli jestem w kimś w relacji i naprawdę tę osobę kocham,jest ona dla mnie najważniejsza. Co ciekawe, kilka dni temu zadzwonił do mnie M., po killkumiesięcznym milczeniu. I co uslyszałam? Że on wcale nie jest teraz szczęśliwy, że wiem, że wiele rzeczy robił źle, ale neistety człowiek uczy się na błędach, a on nie miał wcześniej okazji nauczyć się tego, bo po rozwodzie była cztery lata sama,a ja byłam jego pierwszą partnerką od rozwodu. I gdyby mógl cofnąć czas, chcialby to zrobić. Powiedziałam, że przecież ma teraz to, czego chciał. Mnóstwo czasu dla siebie i dziecka i nikt nie przeszkadza mu w tym. Usłyszałam, że nic nie jest takie, jak on chciał. I, że nie chciał mnie skrzywdzić i ciężko mu z tym. Czasu niestety nie da się cofnąć. Przykro mi tylko, że to właśnie ja posłużyłam za "materiał ćwiczeniowy" i taką cenę zapłaciłam za tę relację. Nie będę demonizować M, bo nie jest złym człowiekiem, gdyby był zły, nie chciałabym z nim być i tak długo walczyć o to uczucie. Ale nasze oczekiwania wobec tej relacji były zupełnie inne. Nie potrafię mentalnie przeskoczyć dziesięciu lat doświadczeń, które nas dzielą. On miał już żonę, dziecko, wspólny dom. Ja tego wszystkiego nie miałam i bardzo chciałabym poczuć, jak to jest.
        • tully.makker Re: Moja historia. 18.12.15, 12:54
          > Jeśli jestem w kimś w relacji i naprawdę tę osobę kocham,jest ona dla mnie naj
          > ważniejsza.

          I spoko, na pewnym etapie zycia tak jest. Patrzac z mojej dzisiejszej perspektywy, partner powinien byc oczywiscie najwaznieszym mezczyzna /kobieta w zyciu. Ale np dla mnie nie bedzie nigdy czyms najwazniejszym w ogole - moze byc ewentualnie rownie wazny jak moje dzieci, praca, wartosci itp. Jesli czlowiek, ktorego kocham, okaze sie np rasista albo homofobem, to raczej nie uznam ze jest dla mnie wazniejszy niz wartosci, ktore wyznaje. Jelsi bedzie konkurowal o moja uwage z moimi dziecmi, to niestety sie pozegnamy. Jesli nie bedie umial zaakceptowac, z emoja praca jest moja pasja, to sorry...
          • rybkka24 Re: Moja historia. 25.12.15, 23:23
            Osoba wiążąca się z dzieciatym partnerem powinna mieć wpływ na swoją także bądź co bądź sytuację i jej zdanie także powinno być brane pod uwagę.
            Pewne jest, że autorka i jej partner mieli różne oczekiwania od relacji i generalnie zazwyczaj dzieciaty rozwodnik i panna bardzo się rozmijają w pewnych kwestiach i na tym sprawa się rozłożyła.
            Jeżeli para bardzo chce być ze sobą niezbędne są kompromisy i to z OBYDWU stron.
            Stawianie bezdzietnej kobiety/mężczyzny na gorszej pozycji i oczekiwanie ślepego podporzadkowania sprawom Pana/ni prowadzi właśnie do głębokiej frustracji tudzież nerwicy.
            Mam wrazenie że co bardziej kategoryczne macochy nie mialy pana ktorego calym zyciem bylo dziecko a one byly reularnie kilka razy w tygodniu "odstawiane"I kolokwialnie "zlewane"bo okazalyby więcej zrozumienia.
            • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 26.12.15, 08:50
              Też mam takie odczucie, rybkka24. Co innego mieć dziecko partnera co drugi weekend, co innego natomiast trzy dni w tygodniu i dodatkowo mieć świadomość, że gdy coś wypadnie, partner rzuca wszystko i w pozostałe dni również jest do dyspozycji byłej zony i dzieci. Prowadzi to, jak słusznie zauważyłaś, do głębokiej frustracji i nerwicy. Wszystko można poukładać, ale wymaga to pracy DWÓCH osób, a nie tylko tylko partnera osoby mającej dziecko. Ja przez kilkanaście miesięcy dusiłam w sobie różne emocje, w myśl zasady, że przecież on ma dziecko, że trzeba pewne rzeczy rozumieć, że dziecko jest ważne. Zapewne to był mój błąd. Tak, jak umiałam, wspierałam go w tym jego życiu. Ale po pewnym czasie wszystko zachowanie mojego byłego partnera zaczęła przybierać już tak raniące formy, ze było to nie do zniesienia. Docierały do mnie sygnały z zewnątrz, od mojej przyjaciółki, rodziców, że dziecko jest ważne, ale to, co wyprawia ten mężczyzna, to już przesada i powinien jakoś podzielić ten czas. Długo tłumaczyłam go przed samą sobą, nie chciałam widzieć pewnych rzeczy. A gdy zaczęłam mówić o moich potrzebach, pan ten wycofywał się, pisał maile, zaczęły się niekończące się dyskusje przez telefon, które do niczego nie prowadziły i trwały około pięciu miesięcy. I właśnie to mnie wykończyło i doprowadziło do załamania. I stwierdzenia mego byłego partnera podczas dyskusji o naszym związku i tego, gdy mówiła, jak czuję się raniona: "przykro mu, że jego córka ma takiego kiepskiego tatę" . To zdanie stanowi kwintesencję postawy tego pana. Nigdy nie powiedział "przykro mi, że nie jestem dobrym partnerem dla Ciebie". Córka była zawsze punktem odniesienia. Ja mówiłam o nas, moich uczuciach, a on "bo moja mała". Mam koleżankę, która również jest z mężczyzną z dzieckiem. I są szczęśliwi. Ale u niej wszystko wygląda inaczej. Jej partner uzgadnia z nią różne sprawy, ustalają terminy odwiedzin i mężczyzna ten mówił, ze bardzo kocha córkę z pierwszego małżeństwa, ale to z moją koleżanką żyje i ona jest dla niego najważniejsza.Mój były partner tak, jak pisałam, zadzwonił kilkanaście dni temu i powiedział, że żałuje, że postępował źle, że popełnił mnóstwo błędów. Dał mi do zrozumienia, że źle znosi samotność. Powiedziałam, że przecież masz to, o co ci chodziło. Mnóstwo czasu dla córki, nikt ci w tym nie przeszkadza, możesz spędzać z nią tyle czasu, ile chcesz. I wiecie co on mi odpowiedział? Że to nie to samo, że czuje się samotny. Jeszcze kiedyś byłoby mi go żal, przykro mi, że jemu jest źle. Ale teraz jest we mnie tylko złość za to wszystko. Proponował przyjaźń, utrzymywanie kontaktu. Ale ja już nie chcę. I chociaż nadal go kocham, za bardzo zranił moje uczucia. Zostawił, gdy go bardzo potrzebowałam. Nie potrafię i nawet chyba nie chcę o tym zapomnieć.
              • rybkka24 Re: Moja historia. 26.12.15, 22:30
                Twoj byly partner kleopatra potrzebuje chyba "kryzysowej"narzeczonej bo nr 1 zawsze bedzie corka.
                A corka coraz starsza,zaczynaja się kolezanki,koledzy swoje sprawy..ktos by się przydal na wolnego chwile oczywiscie bez prawa glosu I bez wplywu na decyzje pana.
                Zebys mogła stworzyc z tym panem coś co chcialabys musialby facet mocno sobie przemeblowac w glowie a to jest bardzo trudne I mozolne,nie dla kazdego.
                Wychodze z zalozenia że partnerzy powinni być dla siebie najwazniejsi(I nie mowie tu o patologicznych skrajnosciach) a istotne decyzje podejmowane wspolnie tzn. decyzje wplywajace na wspolne zycie a dziecko z bylego zwiazku istotnie na nie wplywa.
                Dziecko się wychowuje dla ludzi zwiazek tworzy się na cale zycie
                Fajnie ze znasz szczesliwy zwiazek kobiety I faceta z dzieckiem.to buduje.
                W pewnym sensie zazdroszcze ci tego rozstania.

                • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 27.12.15, 09:16
                  Co masz na myśli, rybkaa24 mówiąc, ze zazdrościsz tego rozstania? Jak jest w Twoim związku, czujesz się szczęśliwa?

                  Tak też czułam, rybkka, że temu panu potrzeba kogoś na chwile "bezcórkowe". Gdy zaczęliśmy się spotykać, byłam jeszcze studentką w trybie dziennym, dodatkowo pracowałam. Było to praca z domu, tłumaczyłam teksty. I faktycznie wszystko dostosowywałam pod tego pana. Gdy partner mnie zostawił, kończyłam studia. Przez te półtora roku bardzo dużo zmieniło się. Pracuję na cały etat, podjęłam studia podyplomowe. I teraz nie wyobrażam sobie, jak to miałoby być. Mielibyśmy dla siebie wolną niedzielę przy założeniu, że ten pan nic nie zmieniłby w swoim grafiku? Opowiadał mi kiedyś, że po 1,5 roku znajomości zamieszkał ze swoją eks, po kolejnych dwóch latach był ślub. M. powiedział,, że to było naturalne i normalne i chciał" tak jak każdy", zaręczyć się, wziąć ślub. I ode mnie wymagał żeby znowu zapewnić mu taką normalność. Tylko dlaczego nie działało to w dwie strony? Na początku naszej relacji partner deklarował, że marzy o rodzinie, dzieciach, wspólnym domu. Nie neguję tego, pewnie tak jest. Jednak on ma swoje wyobrażenie na temat tego, jak to powinno wyglądać.Jednak wszystko miałby być na jego warunkach i w odpowiednim dla niego czasie. I po półtora roku bycia razem, okazało się, że mieszkanie to tak, ale nie teraz, bo to duża zmiana dla Małej, dzieci też, ale kiedyś, jak on podrośnie. Pamiętam, jak mnie to wszystko bolało, gdy uświadamiałam sobie, jak to wszystko tak naprawdę wygląda. M. podczas ostatniej rozmowy przez telefon mówił, że chciałby móc cofnąć czas i zrobiłby wiele rzeczy inaczej i, że niestety ludzie uczą się na błędach i gdyby mógł "wymazać moją świadomość". Gdyby tylko chodziło tutaj o wymazanie świadomości. W grę wchodzą zranione uczucia,zawiedzione zaufanie i porzucenie, a tego nie da się już niestety naprawić. Powiedziałam M, że nie jestem rzeczą, którą można rzucić w kąt i gdy najdzie taka ochota sięgnąć po nią z powrotem. Nie wiem, co ten pan sobie wyobraża. Wiele razy mówił, jak to była żona go skrzywdziła, zdradziła, oszukała i porzuciła. Powiedziałam mu, żeby przypomniał sobie, jak się wtedy czuł. Ja czułam się bardzo podobnie, gdy on mnie zostawił. I mimo tego, że w grę nie wchodziła zdrada, ja poczułam, że zdradził to, co było między nami, nasze uczucie, przyjaźń. Myślę, że tan pan za kilka lat, będzie potrafił stworzyć związek, ma dużo zalet. W naszym przypadku jednak, miałam nieszczęście być pierwszą kobietą, po czterech latach od rozwodu, z którą podjął próbę stworzenia prawdziwego związku, byłam też pierwsza kobietą, która poznała jego córkę. Teraz myślę sobie, że widocznie tak miało być. Bardzo wierzę w to, ze wszystko jest w naszym życiu po coś.
                • edw-ina Re: Moja historia. 27.12.15, 15:12
                  Może po prostu nie każda relacja jest taką prowadzącą do związku i już? Nie ma co tutaj dodawać jakiejś ideologii. Szczerze? Gdybym rozstała się z M wzięłabym sobie jakiegoś faceta. Po prostu. Bo dorosła baba potrzebuje i fizyczności i tego, by po prostu czasami przytulić się do męskiego ramienia. Analogicznie potrzebuje facet. Ale wzięcie sobie faceta nie jest jednoznaczne z tworzeniem związku. I pewnie dopóki bym nie dojrzała do budowania relacji, to nie wyszłoby poza "wzięcie sobie faceta", który właśnie miałby miejsce w moim życiu w chwilach, gdy nie wypełniam go czymś innym, czyli np. dzieckiem, pracą, pasjami, przyjaciółmi. Jakoś tak dziwnie jest, że kobiety są przekonane, iż każda relacja od razu powinna prowadzić do związku. Nie powinna. Tylko, jeśli odpowiada ci jedynie relacja, która jest związkiem, to podziękuję szybka za taką, która na takowy nie rokuje i nie smęć.
                  I zgodzę się z Illegal - kiedy jest się pewnym tego, kim się jest, ma się swoje życie, to nie opiera się swojej wartości i swojego samopoczucia na facecie. Analogicznie - facet, który uzależniałby swoje życie ode mnie byłby w moich oczach na dzień dobry do odstrzału. No ni chu chu nie zagościłby w moim życiu na dłużej, bo to jak wzięcie sobie na plecy odpowiedzialności za cudze życie. To akceptowalne tylko w przypadku dzieci.
                  • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 27.12.15, 16:02
                    Oczywiście, że nie każda relacja prowadzi do związku. Wątek mój dotyczy relacji, która była związkiem, w które padły poważne deklaracje co do wspólnej przyszłości oraz wzajemnych uczuć. Nie wiem, w jakich kategoriach Edwina patrzysz na związki i relacje. Ja jeśli kogoś kocham, czuję się odpowiedzialna za tę osobę, za jej uczucia i emocje Napisałaś, żeby "nie smęcić i podziękować szybko za taką relację, która na takową nie rokuje". To nie takie proste, gdy kogoś się tak naprawdę kocha. I skoro deklaruję miłość to oznacza, ze ta osoba jest dla mnie kimś wyjątkowym. Zgodzę się z tym, że kiedy się pewnym tym, kim się jest, to nie opiera się swojej wartości i samopoczuciu na facecie. Jednak jeśli kogoś kocha się i ta osoba deklaruje to samo oraz chęć tworzenia związku, to ukochana osoba swoim zachowaniem może nas ranić. Ja też mam swoje pasje, zainteresowania, dwie prace, studia, przyjaciół, jednak potrzebuję kogoś, z kimś mogę dzielić życie, założyć rodzinę i stworzyć dom.
                    • edw-ina Re: Moja historia. 27.12.15, 18:33
                      proszę........, kochać kogoś to dużo więcej niż się w nim zakochać i mieć motyle w brzuchu, tęsknić i patrzeć na świat w samych barwach kontrastowych. Kochać kogoś, to znaczy szanować, znać, rozumieć, nie ograniczać, nie zatrzymywać, cenić, wspierać, a jak trzeba to ochrzanić, podnieść z podłogi i wyciągnąć z największej dziury w jaką wpadnie. Bo zakochanie, to tylko gra hormonów świadcząca o tym, że tych konkretnych dwoje ludzi ma na tyle kompatybilne geny, że mogłoby się rozmnożyć. Oczywiście nie zamierzam zaprzeczać temu, że te hormony są silne. Ba, są diabelnie silne, bo są pochodną instynktu przetrwania gatunku, co nie zmienia faktu, że dokładanie im ideologii w postaci siły uczuć, które jak widać nie były jednak tak silne obustronnie, jest niepotrzebne.

                      I jeszcze odnośnie "bycia odpowiedzialną za tę osobę" - odpowiedzialna jesteś za siebie, kiedyś, jak zostaniesz matką, będziesz odpowiedzialna za dziecko. Nigdy nie bierz odpowiedzialności za cudze uczucia, bo to ten człowiek ma być za nie odpowiedzialny. W najlepszym wypadku kończy się to zagłaskaniem kotka, w najgorszym postawieniem się w pozycji wiecznej ofiary.
                      • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 27.12.15, 22:16
                        Doskonale wiem, czym różni się uczucie zakochania od miłości. Wiem również co czułam. Myślę, że narzucanie innym ludziom swojej definicji miłości jest niesłuszne. Ja z Twoją definicją miłości nie zamierzam dyskutować, przyjmuję ją jako Twoją. Co nie znaczy, że potraktuję jako jedyną i słuszną, bo takiej nie ma. Nawet nie chcę o tym dyskutować, bo uważam, ze kwestie uczuć i sposób odczuwania świata jest na tyle indywidualny, że nie można nikomu narzucać swojego punktu widzenia oraz przekonywać do swojej racji. Byłam kilka razy zakochana, kochałam raz i wiem, na czym polega różnica. I nie podoba mi się to, gdy ktoś, kto mnie nie zna, ani przez chwilę nie był w mojej skórze, mówi, że nie kochałam i twierdzi, ze "do hormonów została dołożona ideologia w postaci siły uczuć".

                        Wrócę jeszcze do kwestii odpowiedzialności. Jest taki fragment pochodzący z Małego Księcia: k_sidorczuk.republika.pl/mysli6.htm.

                        Myślę, że tekst ten pięknie oddaję tematykę odpowiedzialności. Posłużyłam się nim, bo doskonale oddaje moje odczucia i myśli w tej kwestii.
                        • edw-ina Re: Moja historia. 28.12.15, 11:46
                          Weszłaś w relację z kimś, kto choćby ze względu na doświadczenie mógł mieć całkowicie różne podejście do relacji damsko - męskich niż masz ty. I o tym ci napisałam. Jak również o tym, że deklaracje to jedno, działanie drugie. Bo co jest istotniejsze, co lepiej oddaje mój stosunek np. do czekolady- moje deklaracje, że nie będę jej jadła, czy fakt, że jednak ją podjadam? Moja definicja miłości wzięła się po prostu z doświadczenia, bo kiedy opadają różowe okulary, trzeba przejść jeden, drugi i trzeci kryzys, człowiek zaczyna postrzegać pewne sprawy mniej idealistycznie. Odnośnie: kochałam kilka razy. Wiesz, mój dobry przyjaciel, człowiek już nienajmłodszy powiedział kiedyś, że człowiek zakochuje się często, ale kocha raz, dwa razy w całym życiu. Zastanów się czy już miałaś na tyle bogate i długie życie, że kochałaś tyle razy. Ja nie, a mam trochę więcej lat.
                          • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 28.12.15, 21:49
                            Edwina, napisałam, ze zakochana byłam kilka razy, a kochałam tylko raz... Przeczytaj proszę raz jeszcze to, co wcześniej napisałam. Myślę, ze kochanie raz w ciągu 28 lat to nie jest dużo. Ale czy miłość jest kwestią wieku? Nie sądzę Czasami ludzie spotykają miłość w wieku dwudziestu, inni trzydziestu, a znam też przypadkiem, że w wieku pięćdziesięciu lat.
                            Jeżeli chodzi o Twoją definicję miłości, zgodzę się z tym, że to czyny więcej mówią niż słowa. Zrozumiałam to po półtora roku związku, mój były partner ciągle mówił, że on marzy o wspólnym domu, rodzinie, a nic nie robił, żeby zbliżyć się do tej wizji. Mówił, że przykro mu, ze cierpię przez różne sytuacje, jednak nic nie robił, żeby pewne rzeczy zmienić. I w pewnym momencie zaczęłam dostrzegać, że słowa nie idą w parze z jego czynami. A gdy to dostrzegłam i zaczęłam również czegoś wymagać i z roli studentki stawałam się kobietą, przestało to odpowiadać mojemu partnerowi. Mam wrażenie, ze on szukał młodej, dziewczyny, która akceptuje wszystko takim, jakim jest i nie ma swoich wymagań. Ja jednak w pewnym momencie zrozumiałam, że związek jest po to, żeby czuły się w nim dobrze dwie osoby, których zdanie i potrzeby mają podobny status. Byłam kilka razy zakochana, kochałam raz i wiem, na czym polega różnica. Myślę, że on nie był gotowy na tworzenie czegoś nowego i ja też nie byłam gotowa na związek z mężczyzną po rozwodzie, z córką. Z roli studentki wpadłam z dnia na dzień w rolę zupełnie mi nieznaną.I nagle znalazłam się w centrum problemów i musiałam radzić sobie z tym wszystkim sama, bo mój partner przejmował się głównie emocjami i uczuciami córki, relacjami z byłą żoną oraz rozwojem własnej kariery. I wymagał ode mnie tego, żebym to dźwignęła. Wspierała go w rozwoju kariery, pomagała przy córce, wspierała w kontaktach z byłą żoną. I tak, ja tego wszystkiego po prostu emocjonalnie nie dźwignęłam. Pomimo tego, że jeszcze nie doszłam do siebie po tej relacji, myślę, że kiedyś mogę będę wdzięczna za to doświadczenie, bo wiele nauczyłam się, zrozumiałam. Dyskusję tutaj też traktuję jako coś, co daje szerszą perspektywę. Można wymienić się opiniami na danym temat i nawet z całkiem odmiennego zdania wyciągnąć coś dla siebie.
            • illegal.alien Re: Moja historia. 26.12.15, 17:50
              Tak sie składa, ze kiedy poznałam mojego partnera mieszkał dosłownie piec minut od swojej corki.
              I widywał sie z nia praktycznie codziennie - na pewno w kazdy weekend i kilka razy w tygodniu.
              Nie czułam sie 'odstawiana' ani porzucana, ani żadne inne melodramaty.
              Każde z nas miało swoje normalne, niezależne zycie, ktore i bez W było satysfakcjonujące oraz ciekawe i niepotrzebna mi byla ciągła afirmacja, ze jestem dla niego najważniejsza, bo sama ze soba tez byłam szczesliwa i spełniona. Z niektórych wątków na tym forum wyłania mi sie obraz kobiety, ktora potrzebuje ciagłego potwierdzenia, ze jest ważna, ze sie liczy, ze facet na nia zwraca uwage - mnie takie cos przeraża, ze ktos mógłby byc ode mnie tak uzależniony i troche sie facetom nie dziwie, ze od tego uciekają.
              • rybkka24 Re: Moja historia. 26.12.15, 22:02
                Ok illegal,ale czy W mial czas dla was jako pary?,mieliscie "przestrzen" dla zwiazku?
                Czy wasze zycie bylo kompletnie podporzadkowane pod jego corke I wasze plany/zamiary/spotkania byly ukladane pod dziecko I w odniesieniu do niego?
                Czy bylas "wciskana" w czas pomiedzy spotkania z corka I nie moglas wlasciwie nic zaplanowac ani zaproponowac dla was bo dziecko?czy W martwil się w kolko jak wasz zwiazek wplynie na jego dziecko ,uzaleznil być albo nie być z toba od zdania a malej a potem dlugo roztrzasal decyzje jezeli chodzi o wasze dzieci.Czy w kolko walkowal nieszczescie swojego dziecka tak że wlasciwie nie moglas poruszyc innych tematow?
                jestem ciekawa.

                • illegal.alien Re: Moja historia. 27.12.15, 22:33
                  Oczywiscie, ze mielismy. Bo gdybysmy nie mieli, to bez sensu. Tylko po cholere ciagnac miesiacami cos, co na dzien dobry nie rokuje? Poza tym to jest relacja jednej strony. Ze strony faceta moglo to wygladac zgola odmiennie.
                  No ja po prostu nie ogarniam pewnej mentalnosci, jest mi zupelnie obca i totalnie tego nie rozumiem. I tyle.
            • tully.makker Re: Moja historia. 29.12.15, 22:54
              Jeżeli para bardzo chce być ze sobą niezbędne są kompromisy i to z OBYDWU stron
              > .
              > Stawianie bezdzietnej kobiety/mężczyzny na gorszej pozycji i oczekiwanie ślepeg
              > o podporzadkowania sprawom Pana/ni

              Piszesz tak, jakby rzecz dotyczyla jakiegos kaprysu, a nie dziecka, ktore sie na swiat nie porsilo i przez pare lat wczesnego dziecinstwa ma pelne prawo oczekiwac, ze bedzie dla rodzicow priorytetem.
              Opowiem ci moja historie: kiedy rozstalam sie z pierwszym mezem, generalnie na zycie towarzyskie i uczuciowe lacznie moglam poswiecic nastepuajaca ilosc czasu - po 21, kiedy moj syn szasypila, i to pod warunkiem, ze ktos przyszedl do mnie do domu, bo nie mialam go z kim zostawic, albo w co druga sobote miedzy 10 a 20, bo wtedy ex bral Bąbelka. Wakacje spedzalam z dzieckiem, i w drodze szczegolnego przywileju potencjalny partner mogl nas na nich odwiedzic. Oczywiscie, sytuacja byla dynamiczna, dziecko dorastalo i potrzebowalo mniej czasu, ale generalnie byl zawsze dla mnie priorytetem.

              Oczywiscie, zdawalam sobie sprawe, ze wielu facetow, ba , wiekszosc, nie strawi takiej sytuacji. I nawet nie przywiazywalam sie do kolesi, ktorzy wyrazali chec wspolnych weekendowych wypadow do Zakopanego, bo nie bylo po co.

              Patrzac z punktu widzenia rodzica, partner watkodajki okazywal jej najwyzszy stopien uczucia: angazowal ja w zycie swojej rodziny, zaprosil ja, by poznala jego dziecko i by byla czescia jego rodziny. Trudno go winic za to, ze ona miala inne oczekiwania, i inna koncepcje wyrazania milosci. Oceniajac sytuacje z mojego punktu widzenia, to facet dal jej to, zo mial najcenniejszego, a ona to odrzucila - nic dziwnego, ze sie nie mogli dogadac.
              • illegal.alien Re: Moja historia. 30.12.15, 07:38
                Ach, Tully, ale przecież Ty jestes kobieta.
                To normalne, ze masz dziecko 90% czasu - faceci dziecko powinni miec co drugi weekend, no ewentualnie raz w tygodniu dodatkowo. A nie jakies fanaberie, ze pol-na-pol.
                [/sarkazm]
                  • rybkka24 Re: Moja historia. 01.01.16, 23:06
                    Jak już kiedyś pisałam pół na pół to byłby rarytas.
                    a nie wieczny rozpierdziel kiedy była ma potrzeby osobiste a facet obowiązki no i dwa weekendy wolne czyż nie?
                    No i widzicie była przestrzeń dla związku?była,
                    u pewnych kobiet NIE BYŁO czegoś takiego.
                    Czemu kobiety tkwią w "nierokujacych relacjach"odpowiedzi tyle ile kobiet
                    Ale ogólnie ujmując ci panowie "odpowiednio" się starają aby pani namydlić oczeta i narobić nadziei.
                    I tak.Pani dostapila zaszczytu poznając rodzinę/dziecko Pana.natomiast odwrotnie to nie działa?
                    Stawianie dzieciatych osób PONAD niedzieciatymi jest tu rażące.
                    Facet wpuścił dziewczynę do swojego świata/rodziny.A ona?też go wypuściła do swojego.on nie uszanowal jej potrzeb/pragnień i jej świata.kazal jej się podporzadkowac.A to trochę przemocą mi pachnie.
                    Czy priorytet rodzicielstwa to bezwzględne podporządkowanie się eks?nie sądze.często jest to łączone.Facet musi bo była wymaga.
                    • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 02.01.16, 10:34
                      Rybka, mam podobne odczucie, że w pewien sposób faworyzuje się tutaj ludzi dzieciatych.
                      Czemu kobiety tkwią w nierokujących związkach? Ja tkwiłam, bo kochałam, pierwszy raz tak na poważnie, bo ten mężczyzna obiecywał mi ślub, dzieci, wspólne życie i od początku mówił teksty tego typu, że "na mnie czekał całe życie". Wiem, zabawne, ze dałam się na to złapać, a jednak. Myślę, że są różne pobudki: miłość, strach przed samotnością, przywiązanie. Ja w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że skoro ja w imię miłości mam poświęcać się, czemu nie robi tego partner? Podobno też kocha. Mi długo wmawiano, że dziecko, że jego potrzeby, że uczucia ojcowskie są priorytetem. Zdanie dziadków i byłej żony, a ja dałam się zepchnąć się na margines. Ale pod skórą czułam, ze to nie tak ma być. I co to za miłość jeśli przynosi tyle bólu i cierpienia? Jeśli facet kocha, nie przeszedłby obojętnie nad bólem partnerki. Zdałam sobie sprawę, ze nie chcę takiego życia. Chociaż bycie samą jest trudne, wolę być sama i żyć w zgodzie z samą sobą, niż pozwalać na bycie traktowaną w taki sposób.
                      Tak, jak Rybka słusznie zauważyłaś, ja też wpuściłam tego pana do mojego świata, do mojej rodziny, przekonałam rodziców, że jest dobrym człowiekiem, ze co z tego, że po rozwodzie, z dzieckiem, że on jest warty tej relacji, że to nic, że jest 10 lat starszy, z dzieckiem. Pan ten poznał moich przyjaciół, znajomych. A później rodzice patrzyli, jak cierpię przez tego mężczyznę, chodzę do psychologa, płaczę, bo ciągle jestem stawiana na ostatnim miejscu. Nie, dziękuję. Nigdy więcej takiego związku, nigdy więcej traktowania w taki sposób. Skoro mężczyzna z dzieckiem, nie jest gotowy na wprowadzenie jakichkolwiek zmian w swoim życiu, to, po co decyduje się na związek? Jeżeli ktoś wie, że dziecko, jego sprawy i poprzednia rodzina są dla niego najważniejsze, to nie powinien decydować się na związek z wolną kobietą. Mój partner ciągle wymagał dostosowywania się do jego zwyczajów, jego tradycji. Boże Narodzenie i Wigilię spędziliśmy tak, jak on chciał. Wszystko robiliśmy pod jego pracę, życie. W Wielkanoc również usłyszałam, że on ma zwyczaj spędzania Wielkanocy u swoich rodziców, zabiera wtedy małą. Po roku bycia razem, miałam dosyć tego, że liczy się tylko to, co on i jak chce. Więc powiedziałam, że ja mam zwyczaj spędzania świąt z moimi rodzicami i rodzeństwem. Chciałam przekonać się, czy chociaż raz ten pan pójdzie na ustępstwo, albo zaproponuje jakiś kompromis. A co on odpowiedział? Że on sobie nie wyobraża inaczej, że to jest jego rodzina i tak chce spędzić święta. Na co ja odpowiedziałam, że moi rodzice też są moją rodziną. W efekcie on spędził święta u siebie, ja u siebie. I tak było zawsze. Liczyły się jego tradycje, jego zwyczaje, jego życie, jego praca, jego obowiązki, jego przeszłość. Ja dziękuję za taki związek, w którym nie ma się nic do powiedzenia.
                    • tully.makker Re: Moja historia. 02.01.16, 20:08
                      > Stawianie dzieciatych osób PONAD niedzieciatymi jest tu rażące.

                      Nie. Po prostu rodzicielstwo oznacza pewien zestaw obowiazkow. Nie jest sie wolnym ptakiem, ktory moze robic co chce. Na dzieckko trzeba zarobic, ttrzeba sie nim zaopiekowac fizycznie i zaspokoic potrzeby emocjonalne.
                      Na nowy zwiazek zostaje niewiele. To sa brutalne fakty, no chyba ze ktos zobowiazania wobec dziecka ma w w dupie.

                      Nie kazdej kobiecie to odpowiada, i nie musi. Pol swiatu tego kwiatu. W obie strony.
    • violadamore Re: Moja historia. 04.01.16, 12:46
      A ja rozumiem Ciebie i Twoje rozgoryczenie. Nawet jesli dziewczyny maja tez troche racji piszac, ze to raczej normalne, ze facet dazy do tego, aby jak najwiecej czasu spedzac ze swoim dzieckiem. Owszem, ale rozumiem doskonale, ze jest Ci przykro, ze nie bylo z jego strony checi zawarcia jakiegos kompromisu i uwzglednienia Twoich potrzeb, tez nie jakichs superwygorowanych. Dobrze zrobilas, ze sie wylogowalas z tego zwiazku. Z drugiej strony ta niekompatybilnosc oczekiwac i potrzeb wcale nie ogranicza sie do facetow po rozwodzie i z dzieckiem. Ja przezylam kiedys podobna historie (tyle ze zamiast dziecka byli koledzy smile - po roku zakonczylam zwiazek, wciaz bedac jeszcze bardzo zakochana, bo trudno mi bylo zniesc dysproporcje uczuc po obu stronach i odmienne wizje naszego "bycia razem". Tak to niestety bywa i najlepsze co mozna zrobic w takich wypadakach, to po prostu odejsc. Nie ma sensu unieszczesliwiac sie na sile. Nawet jesli ma sie wrazenie, ze to "ten jedyny".
    • froshka66 Re: Moja historia. 05.01.16, 18:30
      Tak na początek roku chciałam napisać i optymistycznie i smutno jednocześnie:
      Da się żyć nawet bardzo dobrze w rodzinie patchworkowej / ale trzeba myśleć co się robi.

      Opowieść jest historyczna, bo dzieci już dawno dorosłe, ale może ta perspektywa ma swoje zalety.
      Zostałam macochą oraz „ta winna” rozpadu związku.
      Mój drugi maż był bardzo zaangażowanym ojcem szkolnego dziecka i dysponował i czasem i ochotą i pieniędzmi na wspólne spędzanie czasu.
      Nigdy, przenigdy nie byłam traktowana przez niego, jako tzw „nowa mama”, zawsze było wiadomo, ze mam swoje miejsce.
      Nie czułam się z tego powodu odsunięta, ani mniej ważna – dziecko to dziecko i ma swoje prawa.
      Czyli da się, a nie „bo dziecko” i masz siedzieć pod wycieraczka aż cię zauważą albo usługiwać.

      Moje dziecko tak samo było traktowane jak dziecko i wiedziało, że to po prostu drugi mąż mamy a nie żaden „nowy tata”.
      Prawie idylla? Prawda? Niestety nie.
      Bo ex postanowiła, ze najważniejszą kobietą w życiu jej byłego męża będzie jego córka a nie ja. Mój maż niestety nie podzielał jej zdania w sprawie kobiet jego życia. Córka to córka a nie „księżniczka rycerza”
      Efekty po latach opłakane, bo dziecko wyrosło na dorosłą kobietę, która wyłącznie oczekuje usługiwania i spełniania zachcianek, najczęściej wśród fochów i dąsów.
      To, że tata nie spełnia i nie ma kontaktu to pół biedy.
      Natomiast tez sposób życia przeniosła na grono rówieśników, co oczywiście skutkuje zupełnym brakiem przyjaźni, związków i osamotnieniem.
      Smutne to .
      Nawet nie ma jak jej pomóc.

      Powinny to w sumie czytać ex i tatusiowie a nie macochy.. ale takiego forum nie znalazłam.
    • rybkka24 Re: Moja historia. 05.01.16, 22:43
      No ale chyba jakiś ten czas dla związku musi być.
      Chociażby te pół na pół + pomoc w sytuacjach wyjatkowych w obie strony.
      Dwa tygodnie,dwa weekendy w miesiącu.No luksus.
      Pani która w to weszła wie na czym stoi.
      A nie frazesy mam dziecko chcę mieć z nim kontakt.
      co oznacza dziecko jest najważniejsze 99% dni wolnych z przedszkolakiem.I najlepiej nie odzywaj się
      A mamusia dba o swój związek i korzysta z wolnych od pracy i dziecka dni.
      No facet tego mieć nie może.a Nowa dziewczyna??to już skandal.bo ojciec.
      Tully ja wnioskuję o opiekę pół na pół.lepiej?
      A raczej wnioskowałabym bo to już przeszłość.
      Jak mi jest teraz?Czemu zazdroszczę?
      Jest ok.Ale wracają monsuny emocji, niesprawiedliwości,bezpostawnych oskarżeń,umniejszania,pomijania,bagatelizowania, niezdrowego "szaleństwa"i nadwrażliwości,działania które teraz nie są w najmniejszym stopniu docenione wydają się jeszcze bardziej niepotrzebne.
      Ciebie to ominie.
      Przecierpisz zwiazek,zamkniesz rozdział,przebolejesz i ułożysz sobie życie,emocje będa zamkniete.
      Znajdziesz szczęście,czego ci życzę.



      • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 06.01.16, 20:38
        Dziękuję dziewczyny za odpowiedzi. Mam nadzieję, że z czasem wszystko się ułoży. Minął już ponad rok, a ja nadal nie mogę zapomnieć. Niedługo 28 rodziny, koleżanki dookoła mają mężów, dzieci, własne rodziny i jakoś tak smutno na duszy sad
      • kleopatra_1988 Re: Moja historia. 27.06.16, 19:31
        Do ju byłych Macoch: Czy długo zajęło Wam zapomnienie o Waszym rozwodniku, jego dzieciach?
        Od mojego rozstania minęły już prawie dwa lata, od ostatniego kontaktu 6 miesięcy, a ja nadal nie potrafię w pełni pozbierać się i zapomnieć. Co jakiś czas pojawiają się jacyś mężczyźni, jednak nie potrafię wejść w jakąkolwiek relację, wszystkich porównuję do mojego rozwodnika. Dziewczyny, jak to było z Wami? Po jakim czasie zapomniałyście i przestało boleć?

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka