femalespirit
01.11.04, 14:16
Chcemy obnizyc alimenty (nie stac nas juz na takie jak dotychczas - bardzo
slone, zwlaszcza, ze ja nie bede miala dochodow po macierzynskim, dziecko
trzeba wyposazyc itd.). Po rozmowie z adwokatem dostalismy instrukcje:
rachunki zbierac za wszystko. Za kazde spiochy, kazda pieluszke, kazda wizyte
lekarska. I zarzucic rachunkami te druga strone. Wiecie co, brzydzi mnie to.
M. rozmawial ze swoja Ex i ona oczywiscie na dobrowolna obnizke sie nie
zgodzila (niedawno zreszta przegrala z kretesem sprawe o podwyzszenie). Jakos
w ogole nie dociera do tej kobiety, ze moj maz bedzie mial takie same
obowiazki wobec naszego dziecka jak do jej dzieci i musi im zapewnic rowny
standard. Uwaza, ze jej sie po prostu wszystko nalezy, doszlo do sytuacji, w
ktorej przy dobrych zarobkach meza my zyjemy duzo skromniej niz jego
poprzednia rodzina. No wiec koniec dobrej woli, negocjacji i prosb o rozsadek
(mowimy tu o nie tak wielkiej obnizce alimentow obecnie bedacych w kwocie
znacznie przekraczajacej dochod niejednej czteroosobowej rodziny). Idziemy na
wojne. I bedziemy bezwgledni. Ale brzydzi mnie, ze musze sie do tego posuwac,
ze Ex w ogole nie mysli w kategoriach zdrowego rozsadku. A potem to babsko
jeszcze sie bedzie skarzyc, ze takie biedne i pokrzywdzone, wlaczy sie
schemacik typu "porzucona zona przymierajaca glodem", chociaz nie ma on tu
zadnego zastosowania, pare osob poprawi sobie samopoczucie grajac role
biednych ofiar i wspolczujacych towarzyszek niedoli... po prostu niedobrze mi
sie robi.