nareene
05.11.04, 10:04
Serdecznie pozdrawiam wszystki uczestniczki forum. Od jakiegoś czasu śledzę
Wasze losy opisywane tutaj. Muszę przyznać, że na wiele swoich pytań
znalazłam już odpowiedź, dzięki Wam. Ale jednak ciagle pozostaje ta część
pytań bez odpowiedzi, która spędza mi sen z powiek. Nie chcę Was zanudzać
swoją całą historią, więc napiszę w skrócie.
Jestem ze swoim M. od roku. Nie kryliśmy się z naszym uczuciem, zwłaszcza, że
jego żona również kogoś miała. Niedawno zdecydowali się rozwiązać to
formalnie. Myslalam, że to początek nowego, tak długo oczekiwanego rozdziału
naszego życia. Niestety, wszystko okazało się dużo bardziej skomplikowane.
Mimo, że wniosek dopiero trafił do sądu (tzn. tak twierdzi ex ale być może
jeszcze żadnych papierów nie złożyła) atmosfera stała się nie do zniesienia.
Oni nadal mieszkają razem, więc okazji do kłótni jest mnóstwo. Ex przywdziała
aureolkę i opowiada całej rodzinie o tym, jak niedobry mąż zdradza ją na
prawo i lewo i w ogóle nie interesuje się dziećmi (dodam, że M. nie
wyprowadził się z domu tylko ze względu na dzieci - starszy syn wszedł
w "trudny wiek" i naprawdę ciężko sobie z nim poradzic). Rozwód według
ustaleń ma być bez orzeczenia o winie ale przecież wszyscy z najbliższego
otoczenia muszą wiedzieć kto jest WINNY. Zresztą... wiadomo, że wina zawsze
leży po obydwu stronach, ale moim zdaniem zachowanie ex to chwyt poniżej
pasa. Teraz siedzi sobie od kilku tygodni za granicą u swojego faceta a M.
sam z dziećmi, ale o tym już nikt nie musi wiedzieć.
Największy problem polega na tym, że jego ta sytuacja dołuje na tyle, że
odbija się to mocno na naszym związku. Staram się pomagać mu najlepiej, jak
potrafię, próbuję być dla niego oparciem w trudnych chwilach. Ale powolutku
moja energia się kończy... Jestem w tym momencie traktowana bardzo chłodno.
Moje sprawy, moje uczucia zupełnie przestały się liczyć. Czuję, że jestem mu
potrzebna, ale nie potrafię znieść jego zamknięcia w sobie. Rozumiem, że
teraz sprawa rozwodu będzie na pierwszym planie, ale przecież przeżywam to
prawie równie mocno, jak on a on nawet tego nie dostrzega... Jedyne czego
potrzebuję to odrobina ciepła, którego ostatnio nie doświadczam.
Powolutku wszystko zaczyna się we mnie buntować. Myślę sobie "dlaczego ja?
Czemu właśnie mnie to spotyka?".Nie mam nawet z kim porozmawiać na ten temat
(dlatego pewnie to obiecywane "w skrócie" mi nie wyszło). Czy któraś z Was
też musiała stoczyć taką walkę? Co zrobić, żeby znaleźć w sobie siłę?