balladynka
01.06.05, 21:54
Zupelnie nie wiem co robic w takie dni jak ten. Moj M zawsze bardzo przezywa
rozstanie z dziecmi ale w taki dzien jak ten popada w szczegolnie depresyjny
nastroj. Ogolnie rzecz biorac chodzi o to, ze zalamuje sie tym jak strasznie
zawiodl. On traktuje fakt, ze nie jest z dziecmi na co dzien jak najwieksza
zyciowa porazke. Nie wiem czy wplyw na to maja takie wydarzenia jak dzis
(wizyta w szkole na wystepie dzieci gdzie pewnie byli inni „pelni” rodzice),
czy po prostu szczegolnosc tego dnia. Staram sie jak moge ostatnio aby ich
wizyty byly jak najsympatyczniejsze, tlumacze, ze przeciez widuje je czesto,
ze dzieci wygladaja na bardzo szczesliwe i zadowolone z zycia, ze on nie
moze sie tak zachowywac i dawac im odczuc ze ponosza jakas krzywde bo
wreszcie i one zaczna tak myslec a wtedy dopiero pojawia sie prawdziwe
problemy, ze zapewnia im srodki finansowe, ze tu nie mozna mowic o jakiejs
winie czy porazce naprawde bo w sumie dziwnie sie stalo i trzeba teraz robic
co najlepsze w tej sytuacji, ze i tak probowali i np. pobrali sie z Eksia jak
zaszla w ciaze po kilku tygodniach znajomosci a ze nie wyszlo to przykre ale
nie czyni go na tyle winnym zeby teraz cale zycie musial pokutowac, ze takie
wpadkowe zwiazki bez wczesniejszego blizszego poznania moga sie udac ale nie
musza niestety i to dobrze ze chociaz podjeli probe itd. Zartuje czasem
nawet gorzko mowiac mu, ze to dobrze ze nie sa razem z ich mama bo to
ostatnio norma w dzisiejszych czasach i dopiero gdyby bylo inaczej to by im
inne dzieci w szkole dokuczaly (sorki za kiepski w sumie dowcip, zwlaszcza w
naszym gronie). Niestety, nic z tych argumentow nie poprawia mojemu M
nastroju, on zawsze znajdzie sobie problem ze wciaz robi dla nich za malo.
Przyznam sie, ze o ile czasem mam duzo zrozumienia i cierpliwosci i staram
sie jakos wspierac o tyle czasem mnie to po prostu wkurza. To ze mam wrazenie
ze on juz nigdy nie bedzie szczesliwy, ze kazda Gwiazdka, swieta, urlop itd,
po prostu nasze codzienne zycie, beda niepelne bez dzieci a ja dostaje jakies
ochlapy. Czuje sie czasami jakbym zyla z jakims zombie, ktory popada w
depresje i nie jest (w moim domysle: „ze mna”

szczesliwy. To wrazenie
przegrania, poczucia winy i totalnego zalozenia przez M ze nie moze byc juz
szczesliwy daje mi w kosc i zniecheca do takich zwiazkow bardziej niz
jakiekolwiek inne problemy macochowe razem wziete. Co gorsza, mam wrazenie ze
on sam sobie odmawia prawa do szczescia tak jakby w jakis sposob moglo to
skrzywdzic dzieci. Dodam, ze moj M jest generalnie, poza kwestia dzieci,
bardzo silnym mezczyzna, ostatnio bardzo dobrze nam sie uklada, on sie bardzo
stara, ja rowniez, pare rzeczy zostalo wyjasnione z wielkim pozytkiem dla
naszego zwiazku, dzieki forum zdecydowanie lepiej rozumiem jego i sama siebie
wiec mam wiekszy dystans do paru spraw i wieksze serce dla M a i moj M
wyglada na to, ze przemyslal pare rzeczy, ale z tym sobie zupelnie nie umiem
poradzic. Napomknelam mu delikatnie, ze moze chcialby z kims porozmawiac na
ten temat (psycholog) ale zgodnie z przewidywaniami to rozwiazanie raczej
odpada. Co ja mam robic? Przyznam szczerze ze jestem juz nieco zmeczona ta
sytuacja i wydaje mi sie, ze wlasnie stad wywodzi sie wiekszosc naszych
problemow o ktorych pisalam (strach M przed rozwodem bo w jakis irracjonalny
sposob wydaje mu sie ze to skrzywdzi dzieci, jego czasem przesadne reakcje na
rozne kwestie i moje poczucie odrzucenia z tym zwiazane itd). Czy
kazdy „garbaty/a”

tak ma? Co z tym robic?
Ide sie napic winka. Ciemnanocko, czytalam Twoj watek i Tobie tez radze
szklaneczke