geos
06.08.05, 15:36
Posłuchałam przed chwilą kasety na której są nagrane dzieci mojego M.
Pozdrawiają swoją mamę która wtedy leżała nieprzytomna w szpitalu. Zmarła
wkrótce potem. Śpiewane piosenki, pozdrowienia, zapewnienia o miłości i...
ostatnie zdanie Małego "Mamo chcę, zebyś z nami była, mamo nie odchodź"
Mówił to cichutko, tak jakby nie chciał, żeby ktos to usłyszał. NIesamowity
bezmiar dziecięcej miłości
Rozbeczałam sie jak bóbr. I jeszcze mi łzy lecą. I co ja tu z nimi właścicwie
robię?! CZy ja na pewno mam prawo tu z nimi być?
Bardzo sobie cenię chwilę kiedy Mały sam z siebie zaczął sie do mnie tulić.
Wcześniej nawet jak miałam na to ochotę, nie naciskałam na dziecko czując
intuicyjnie, że mogłabym zrobić coś nie tak. Wiem, że sie już do mnie
przekonał - pomogła mu w tym wizyta matki zmarłej, o której pisałam. Od tamtej
pory, kiedy chłopczyk zobaczył nas razem coś sie w nim odblokowało. Zaczął sam
mówic o mamie. Do tej pory nawet M. nie słyszał, żeby sam o niej mówił. Sam
się przytula, sam łapie za ręke. Nie czuję w nim musu
I cieszy mnie to bardzo. Lubię sie z nim powygłupiać, śmiac, bawić. Z Gwiazdką
relacje już wcześniej się wyprostowały.
I po wysłuchaniu tej kasety napadły mnie watpliowści. Czy ja dam radę? Dać im
tyle ile dzieci potrzebują? Miłości? Czułości? Zainteresowania? NIe mam
włąsnych dzieci, nie ma we mnie jeszcze instynktu macierzyńskiego który pewnie
by mi bardzo pomógł. Dziecko włąsne chce miec , dzieci nawet zaczęły wymyślac
jednego dnia imiona dla ewentualnego nowego malca w rodzinie. Ale czy ja dam
rade? Staram się bardzo być z nim, tulić, pocieszać. Ale jednoczesnie wiem, że
dużo więcej we mnie jest racjonalizmu i chęci nauczenia ich samodzielności niż
w ich ojcu, choć jemu tego tez nie brakuje. Czy to, ze chcę nauczyć ich
samodzielności, bezinteresownej pomocy, rzeczy które później ułatwią im zycie
to wystarczy?