berek_76
20.09.05, 12:46
Witam po raz pierwszy tutaj i dziękuję za przyjęcie

Uprzedzam, że post
będzie długi.
Chciałam Was prosić o radę - stąd moja obecność tutaj, chociaż nie jestem
macochą, a wręcz przeciwnie. W marcu urodziłam swoją drugą córeczkę i w
niecałe dwa miesiące później wykryłam zdradę męża. Mąż wybrał tamtą panią.
Wyprowadził się z domu, mieszka ze swoją mamą, ta pani ze swoimi rodzicami.
Pracują razem.
Ja zostałam z córeczkami. O ile Dasi, młodszej, na razie wszystko jedno, o
tyle Ania cięzko odchorowała zniknięcie ukochanego taty z codziennego życia.
Ma 3 lata. Nie pojmuje, dlaczego tata już z nami nie mieszka. Po wakacyjnym
wyjeździe ze mną dosłownie pochorowała się z tęsknoty, zaczęła siusiać w
majtki, krzyczeć przez sen, zamykać się w sobie, "zawieszać".
Poszliśmy razem z mężem do psychologa dziecięcego. Tzn. najpierw ja byłam u
psychologa w naszej poradni, potem wspólnie poszliśmy do innej, bardzo
polecanej i sprawdzonej pani. Obie panie po wysłuchaniu szczegółów zachowania
Ani jednoznacznie opowiedziały się przeciwko kontaktom Ani z "tą panią". Nie
na wieki, oczywiście, ale na jakiś czas - sugerowano około roku. Przyczyn nie
chcę tu wymieniać, bo jest ich sporo - i psychologicznych, i etyczno-
moralnościowych.
No i tu pojawia się właściwy problem. Już na początku, tuż po wykryciu
romansu męża, poprosiłam, żeby nie kontaktował dzieci z tą panią, dopóki ja
jej nie poznam. obiecał. Obietnicy nie dotrzymał - razem odbierali Anię ze
żłobka. Wtedy zaczęły się pytania Ani, czy ta pani nie mogłaby z nami
zamieszkać, to tata też by wrócił

.
Postawiłam sprawę jasno - proszę, żeby Ania nie miała kontaktów z tą panią do
końca roku, potem stopniowo i powoli można ją wprowadzać do życia Ani. Nie
stawiam żadnych ograniczeń czasowych kontaktom męża z dziećmi (de facto ze
starszą córką, młodsza go praktycznie nie obchodzi), może je widywać, kiedy
chce i zabierać, dokąd chce pod warunkiem, że bez udziału tej pani.
Mąż protestuje. Coraz częściej. Widuje się z dziećmi coraz rzadziej, na ogół
raz w tygodniu po dwie-trzy godziny i czasem kilka godzin w weekend, ale
coraz rzadziej. Twierdzi, że częściej nie może - no, chyba że podczas spotkań
z tamtą panią. Ja się nie chcę zgodzić, pomna opinii psychologa i świadoma
tego, co dzieje się z córką.
No i teraz podstawowe pytanie:
- Czy ja rzeczywiście nie mam racji? Czy prośba, aby raz-dwa razy w tygodniu
znaleźć kilka godzin wyłącznie dla dziecka, to przesada? czy koniecznie muszę
się zgodzić na spotkania dziecka z kochanką męża, chociaż w najlepszym razie
w niczym to córce nie pomoże, a w najgorszym zaszkodzi? Czy termin do końca
grudnia jest rzeczywiście tak odległy, że mąż ma prawo protestować?
I kilka innych kwestii, które mnie dręczą:
- Nie zgodziłam się, żeby pierwsze oficjalne spotkanie Ani z tamtą panią
odbyło się podczas Bożego Narodzenia, na rodzinnym spotkaniu. Wydaje mi się,
że wprowadzenie takiej osoby w życie dziecka powinno się odbywać stopniowo, a
nie z hukiem. Jak Wy to widzicie?
- Chciałabym poznać osobę, która będzie stanowiła istotny element w życiu
moich dzieci, więc wydaje mi się, że powinnam się z nią spotkać i
porozmawiać. Ale, szlag by to, nie wiem, jak. Nie chcę poruszać tematu mojego
małżeństwa, bo skończyłoby się awanturą - a jednak sam fakt, żeta pani wdała
się w romans z moim mężem w pełni świadoma jego sytuacji rodzinnej, sprawia,
że na przykład wątpię w jej dobrą wolę w odniesieniu do dzieci i ch problemów
(zwłaszcza, że wiem, że ona protestuje przeciwko "zbyt częstym" kontaktom
męża z dziećmi").
Więc może jednak nie spotykać się? A jeśli tak, to jak rozmawiać i o czym?
Nie zakładając z góry złej woli, jak rozmawiać z osobą, która ma zostać
macochą moich dzieci?
Jak rany, poradźcie mi coś. Tak strasznie się boję o Anię. Nie jest z nią
dobrze. Jak nie wyrządzić jej więcej zła?
-----------------------
Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
You've got to kick a little