No i nastał koniec czyli pożegnanie :)

07.12.05, 00:12
Nie wiem czy pamiętacie (pewnie nie). Dawno temu opisywałam swoją historię...
Facet pozbawiony kontaktów z nastoletnim synem, trwający od ładnych kilku lat
rozwód (straciłam już rachubę, to już będzie chyba siedem albo osiem lat
rozprawy, adwokat mówi że jak dobrze pójdzie to jest to połowa drogi do
półmetka smile) ).
Dzisiaj zapadła decyzja o rozstaniu... Po czterech latach... I wiecie co? Może
w tej chwili się nie uśmiecham, ale kamień spadł mi z serca... Największy
problem mojego życia sam się rozwiązał... I wiem że nigdy, ale to przenigdy
nie chcę już pretendować do roli macochy... Dlaczego? Bo miałam wieczny
kompleks niższości wobec ex... I niech wszystkie ex teraz triumfują... Ja też
triumfuję. Bo jestem jeszcze młoda, nie mam dziecka na karku i mogę szukać
faceta bez zobowiązań... I tylko takiego...! A wszystkim next i macoszkom
życzę wytrwałości i szczęścia, obyście miały więcej siły i wiary w siebie niż
ja smile Pozdrawiam cieplutko... Już prawie wolna - Mallika...
    • gad_forumowy Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 07.12.05, 08:42
      Witaj smile

      Masz prawo być szczęśliwa i to Ty decydujesz z kim. Rola machocy, jak i ojczyma
      jest trudna, nie każdy to wytrzyma.
    • lilith76 Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 07.12.05, 10:19
      powodzenia smile
    • mala_paskuda1 Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 07.12.05, 10:23
      Podziwiam Cie za decyzje, wydaje mi sie ze postapilas slusznie! Moja
      przyjaciolka czekala 9 lat, w koncu dala za wygrana. Facet nie mogl sie z zona
      dogadac nt podzialu majatku, a moze nawet nie chcial sie rozwodzic, tylko
      wszystkich klamal... Z perspektywy czasu moja kumpela twierdzi, ze nie wie, co
      ja tak dlugo trzymalo w tym zwiazku - milosc, przyzwyczajenie? A moze
      nastawienie, ze jak tyle juz wlozyla w ten zwiazek i tyle razem przeszli, to
      przeciez musi kiedys byc dobrze... Szukaj faceta bez zobowiazan, ale pamietaj
      tez, ze nie wszyscy panowie z odzysku sa tacy sami - tu i tu zdarzaja sie
      czarne owce... Powodzenia - z calego serca zycze Ci, zebys odnalazla swoja
      druga polowke i byla szczesliwa.
      • gosza26 Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 07.12.05, 11:52
        Faktycznie nie ma recepty. To dobrze ,że czujesz ulgę. z reszta swiadczy to tez o Twojej odwadze, a to dobrze rokuje na przyszłośćsmile


        Żywić urazę, to jak pozwolić komuś za darmo zamieszkać w swojej głowie.
        • zonka77 Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 07.12.05, 13:45
          Z tym ciężkim życiem macoch to naprawdę przesadzacie dziewczyny smile Wcale nie
          musi być ani cięzko ani źle jeśli się trafi na dobrego człowieka - jak się trafi
          na durnia to rozwodnik czy nie - będzie źle wink
          Ja też życzę szczęścia i pozdrawiam cieplutko

          Szczęśliwa macoszka
          PS : A kompleksy wobec ex??? ło matko uczucie znane mi najwyżej 2 miesiące po
          poznaniu M potem wyparowało kompletnie, może dlatego że M daje mi poczucie
          bezpieczeństwa i pewności czyli jak mówię - jak trafisz na fajnego faceta to i z
          "garbatym" można sobie szczęśliwie życie ułozyć, a fakt jest taki że każde
          małżeństwo to praca, kompromisy i staranie się i w "niegarbatych" związkach też
          lekko nie jest i trzeba się starać!
          • niunka24 Powodzenia! 07.12.05, 15:12
            Wszystkiego dobrego!smile)
            jest ciężko być macochą, samej mi bardzo cięzko, ale.. jak się kocha, to można
            wiele wytrwać, poza tym, nie ma idealnych facetów. Jak nie ma dziecka, to może
            mieć nadopiekuńczą mamusię, dziwne przyzwyczajenia, itp..
            Każdy ma jakieś problemy... Nie demonizujmy związku z facetem,który ma dziecko.
            jest ciężko, ale jaka satysfakcja, kiedy udaje się rozwiazać jakiś problem,
            jaka radość, kiedy nagle odczuwa się,że jednak jest się silną...
            No i bez przesady...naprawdę, nie musi być tak źle. Są większe zmartwienia...
            Każdy ma swoje, każdy ma inne.
            Ale skoro Ty nie chciałas, nie mogłaś, to zrobiłaś bardzo dobrze dla siebie!
            Doskonale Cię rozumiem, czasem też myślę,że za młoda jestem na taki związek,że
            przecież mogę znaleźć faceta bez zobowiązań,że już nie dam rady itp..Ale kocham
            i chyba tylko to się liczy. No i mój nie ma żony, to też łatwiej, nie musimy
            męczyć się z adwokatami i sądami...
            Powodzenia!
    • karla78 Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 14.12.05, 14:45
      Jak Ci ulżyło i jesteś szczęśliwa to dobrze. Co do kopleksów wobec ex - to
      nigdy nie miałam ; ) , ale prawda wcale to nie jest łatwe i jakbym miała cofnąć
      czas i zastanowić się jeszcze raz nad związkiem z facetem z dzieckiem
      to ....mhy...chyba bym uciekła daleko.
    • nareene Koniec, który jest początkiem :) 21.12.05, 13:02
      Znam to uczucie ulgi. U mnie było podobnie, nie tak długo ale podobnie. Po 2
      latach szarpaniny, nerwów związanych z rozwodem (w końcu rozwód został
      sfinalizowany, ale eksię rzucił facet i płakała mojemu, że chce wrócić, hihi),
      po tysiącu przepłakanych nocy, po milionach sekund czekania na szczęście
      nastąpił koniec. W pierwszym momencie szok i załamanie. Potem, wielka,
      przeogromna ulga. Nagle sprawy które mnie niszczyły przestały mnie dotyczyć.
      Schizy eksi, problemy dzieciaków w szkole, koszmarna sytuacja finansowa M. i
      jego ciągłe humory. A co najważniejsze - to nie ja byłam katem naszego związku i
      mam czyste sumienie, zrobiłam wszystko co tylko mogłam zrobić. Nie żałuję ani
      jednej chwili. Bardzo wiele się nauczyłam. Nabrałam pokory wobec życia. Z
      nieodpowiedzialnej gówniary zmieniłam się w dojrzałą kobietę (pochlebiam sobie
      wink). Cieszę się, że mogłam być tutaj z Wami, po waszej "stronie" i korzystać z
      Waszych porad i wsparcia. Pozdrawiam smile
      • konkubinka Re: Koniec, który jest początkiem :) 21.12.05, 15:12
        a ja myslę , że jeżeli w związku jest prawdziwe uczucie to cała ta reszta to
        tylko zycie.Mozesz znalezc faceta bez zobowiazan ale on bedzie mial inne
        problemy .Jezeli jego sprawy czy Twoje sa dla drugiej osoby tylko ciezarem to
        chyba o uczuciach nie ma tu mowy.
        • pom Re: Koniec, który jest początkiem :) 21.12.05, 15:24
          Nieprawda, Konkubinko.
          Własnie dlatego, że jego sprawy były także jej sprawami wytrzymała 2 lata. AŻ wa
          lata.
          Ja też kochałam i wytrzymałam - dokładnie tyle samo.
          Uczucie bardzo pomaga ale nie rozwiąże wszystkich spraw tym bardziej, jak facet
          na zakręcie traktuje kochająca kobietę jak jak to nazywam "psychoteraputę z
          dostawą do łóżka".
          Tego żadna nie wytrzyma. Historia Nareene przypomniała mi moją i dziękuję Panu
          Bogu, że to już wieki za mna.
          • konkubinka Re: Koniec, który jest początkiem :) 21.12.05, 15:41
            Kochana a czy w zwiazku jest tylko kobieta?Ona wytrzymala bo kochała widac on
            nie kochal na tyle , by ja zatrzymac.Myslisz , ze jesli im sie nie udalo to
            wina sa jego problemy?A gdyby tych problemow nie bylo to bylaby sielanka?
            Nieprawda.Pojawilyby sie inne i tez by ich przerosly
            • mrs_ka Re: Koniec, który jest początkiem :) 21.12.05, 16:20
              Ja myślę, że związek dwojga ludzi, z których każde ma odmienną osobowość,
              charakter, upodobania i doświadczenia jest już sam w sobie na tyle trudną
              sprawą, że dokładanie do niego eksi i/lub neksi, dzieci jednych, dzieci drugich,
              a juz nie daj Boże nieodpępowionych rodziców, problemów z pracą, nałogów,
              whatever, tylko zwiększa prawdopodobieństwo donośnego huku. Huk ten naturalnie
              się rozlegnie, kiedy cała ta konstrukcja grzmotnie o ziemię. A grzmotnie gdzieś
              tak w siedmiu związkach na dziesięć. Zanim mnie zjedziecie nie zapominajcie o
              tym, że jedziemy w sumie na tym samym wózku, tyle że mój jest lżejszy o brak
              pasierbów. Resztę atrakcji mam taką samą jak i Wy.
              A teraz skierujmy obiektyw kamery na inną scenę:
              ona i on spotykają się w ostatniej klasie liceum, idą sobie razem przez studia
              (wliczając rozmaite doświadczenia) i gdzieś tak około pierwszej pracy nasze dwa
              gołodupce postanawiają się pobrac. Zakładając, że żadne z nich nie jest
              psychopatą ani nimfomanem (wykluczamy jednym słowem patologie i uzaleznienia),
              że są w miarę przyzwoitymi ludźmi (mają jakiś tam kręgosłup na zasadzie kraść
              nie wolno, zdradzać nie wolno, bic nie wolno) mają jakieś 80% szans, że
              doczekają wspólnie złotych godów.
              Zmierzam do tego, że statystyka nie jest po stronie naszych rekonstruowanych
              związków. Na pewno trudniej w nich o szczęście rozumiane tu jako względny spokój
              i komfort ducha.
              Nigdy nie wiadomo kto i z której strony nam przyłoży: czy będzie to eksia, czy
              neksia, czy mamusia opłakująca pierwszą synową, czy pasierbica, czy sam nasz
              partner, którego zycie już nieco zwichrowało. Bezdzietnym i bezżennym odpada
              przynajmniej eksia, neksia, mamusia, pasierbowie, skomplikowane relacje
              finansowo- rodzinne i cały ten cyrk.

              Pół biedy jeśli same jesteśmy świeże, młode i bez przejść. To daje więcej siły.
              Jesli jednak już raz umoczyłyśmy nie będziemy takie chętne do dobrowolnej
              szlifierki piłą tarczową, co jest znane także pod nazwą "docierania się w związku".
              Niestety stwierdzam na przykładzie znanych sobie rekonstruowanych związków
              (kilkudziesięciu powiedzmy), że jest kiepsko, Drogie Panie, jest po prostu kiepsko.
              Dodatkowym obciążeniem jest fakt, że rozwódka/rozwodnik na ogół są ludźmi
              posiadającymi konkretne wymagania i oczekiwania, a także dysponującymi pewną
              mądrością życiową i inteligencją. A to każe im zadawać sobie trudne pytania
              zaczynające się od "w imię czego mam rezygnować/ poświęcać/ cierpieć/
              znosić...?". Przecież raz już to zrobili i wyszli na tym jak Zabłocki na mydle.
              Wiedzą też, że jak okręt tonie to trzeba się z niego ewakuować, aby samemu nie
              zatonąć. W tym czasie "pierwszożenni" wybierają wodę czerpakami i zazwyczaj
              udaje im się uratować łajbę, choc zapłacą za to wysoką cenę własną. Natomiast
              drugie żony i drudzy męzowie już niekoniecznie chcą tę cenę płacić, bo odczuli
              raz na własnej skórze wysokość rachunku. I wychodzi im, że nie każda łajba jest
              cenniejsza od ich zdrowia psychicznego.
              Mam więc dwie rady i uwagi:
              1. Chciałabym znów mieć osiemnaście lat i z dzisiejszej perspektywy podejmowac
              życiowe wybory. Wam też to polecam.
              2.Uważam, że ludzie się nie powinni rozwodzićwink To jest jednak bardzo drogi
              psychicznie gips, za który płaci się ratami i nigdy nie wiadomo, kiedy komornik
              do nas zastuka. Lepiej mieć jednego męża i być z nim szczęsliwą na tej samej
              zasadzie na jakiej lepiej jest być piekną, mądrą, bogatą i zdrową.

              No to rzuciłam Wam odkrywczymi radami...
              pozdrawiam
              a.
              • mag.a Re: Koniec, który jest początkiem :) 21.12.05, 16:29
                Amen!
                smile
                pozdrawiam swiatecznie
              • damiri Re: Koniec, który jest początkiem :) 07.02.06, 18:54
                Mysle, ze to prawdziwe obserwacje, ale nie jestem pewna jednego twierdzenia, ze
                mlode, pierwsze malzenstwo bardziej stara sie je utrzymac i ratowac, niz ludzie
                z odzysku. Przynajmniej u nas jest dokladnie odwrotnie. W moim pierwszym
                malzenstwie, przy klotniach, odwaznie rzucalismy "no to rozwiedzmy sie, bo juz
                nie mozemy sie scierpiec" i czulam ze rozwod jest jedna z naturalnych opcji
                przy rozwiazywaniu naszych problemow. Mielismy oboje rowniez swoje wyobrazenia
                jaki powinien byc maz/zona i gdy nie spelnialismy nawzajem tych oczekiwan, bylo
                to dla nas jednoznaczne z tym, ze to ta druga osoba jest "zla" i to jej wina,
                ze nie pasuje do naszego idealu...
                Teraz, z obecnym M, rozumiemy, ze nie ma idealow, ludzie, nawet kochajacy sie,
                bywaja upierdliwi i wkurzajacy, ale nie znaczy to, ze trzeba wylewac dziecko z
                kapiela. Nauczylismy sie kompromisow, nie oczekujemy od siebie nawzajem
                doskonalosci. I poniewaz wiem, jak boli koniec zwiazku, ile jest dylematow i
                wyrzutow sumienia i jak potem trudno sie pozbierac, wiem, ze dbam o moje drugie
                malzenstwo bardziej niz o pierwsze i na pewno, gdyby bylo zagrozone,
                walczylabym o nie bardziej. Wlasnie dlatego, ze mam swoj bagaz doswiadczen i
                rozczarowan patrze na nasze "dociaranie sie" bardziej tolerancyjnie i nie
                przejmuje sie drobnymi zgrzytami, bo wiem, ze to normalne.
                Wlasnie w tym drugim malzenstwie czuje sie szczesliwa i spelniona, mimo, ze
                czasami sie na siebie wkurzymy, powarczymy i nie odzywamy sie do siebie 2
                dni)), bo wiem, ze to nie zaden kosmiczny znak, ze wybralam niodpowiednia
                osobe, tylko zycie po prostu.

                Nie twierdze, ze nie pomyslalam raz czy dwa, ze fajnie byloby gdybysmy sie z M
                spotkali majac 18-20 lat i zeby to bylo nasze pierwsze malzenstwo, ale znajac
                jego temperament i moj osli upor, wtedy pewnie nie bylibysmy juz ze soba)))))

            • pom Re: Koniec, który jest początkiem :) 21.12.05, 16:56
              Życie to nie tylko problemy ale także podejście do nich. I wsparcie dla OBU
              stron. wiem, jak to jest, kiedy się tylko daje. Wówczas mozna sobie wmawiać
              wiele rzeczy - że będzie lepiej, trzeba przetwać, dać siłę stronie, która jej
              potrzebuje. I tak to działa.
              Ale nie w przypadku, kiedy jedna strona żyje problemami jednej a druga skupia
              sie wyłącznie na sobie.
              życie niejednokrotnie pokazało, że związki budowane na wariackich papierach,
              niedokończona sprawy z przeszłości albo rozgrzebane rozwody bardzo źle sie
              odbijają na związku, jego jakości i psychice strony, która stoi obok i to
              wszystko przeżywa. Można dojść do ładu, po jakimś czasie, oczywiście. ale zawsze
              to sa mocne rany.
              Jeśli, w tym wypadku facet, nie zrozumie, że to jego sprawy i powinien JAK
              NAJMNIEJ obciążać tym jego partnerkę, tym lepiej dla jego przyszłego związku.
              Kto tego nie przeżył nie zrozumie.

              Więc odpowiadając na pytanie - nie tyle same problemy przyczyniły się do rozpadu
              ale podejście faceta do nich właśnie. Bo od TAKICH problemów winien swą kobietę
              chronić.
              Jestem zagorzałą przeciwniczką skakania wokół rozwodzacego się faceta, jako
              biednego żuczka, którego trzeba głaskać na zakręcie życiowym po główce.
              Kobiety niestety, maja tendencje do mamuniowania takim gościom i wspierania
              duchowego niepoukładanego emocjonalnie faceta - swoim własnym kosztem.
              I czesto potem wychodzą na tym bardzo źle.
              • nareene Re: Koniec, który jest początkiem :) 22.12.05, 22:16
                Pom, doskonale ubrałas w słowa moje niepozbierane jeszcze do końca myśli.
                Kochałam bardzo. Zawiodłam wprost proporcjonalnie do uczuć. Niestety - "jak sie
                nie wywrócis to sie nie naucys" smile Uznałam, że ciężka sytuacja usprawiedliwia
                "biednego żuczka" w 100% i pozwoliłam mu po sobie jeździć. Teraz wiem, że
                problem nie leżał w tym, że facet miał dzieci, tylko w tym, jakim człowiekiem
                był.. Okazuje się, że 90% moich problemów było problemiami zrzucanymi przez
                niego na mnie. Zresztą nie miałam prawa mieć własnych problemów. Np gdy mój
                ojciec znalazł sie w szpitalu, co totalnie mnie wybiło z rytmu, "żuczek" dostał
                nagle ataku komplikacji emocjonalnych i zaproponował, żebysmy jakiś czas się nie
                spotykali. Takich sytuacji było kilka. O kilka za dużo. Dlatego czuję sie teraz
                wolna i lekka, a nieznośny ból w sercu zmienił się w delikatny smutek.
    • carmella Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 05.02.06, 16:06
      dzieki za ten watek!! U mnie to juz 5 lat razem, w tym 3 mieszkania razem. I
      ciagle cos stoi na przeszkodzie , zeby dokonczyc dziela.
      I jestem bliska , by powiedziec temu stop.
      Tylko dlaczego ja jeszcze tak bardzo kocham??
    • magnollia11 Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 07.02.06, 11:13
      hej dziewczyny
      rzadko odzywam sie na forum
      ale mam potrzebę tez przyznac sie do porazki, z tym ze mam trudniej, gdyz to
      juz moj maz mamy dziecko i coraz bardziej dusze sie w tym zwiazku,
      z pierwszego zwiazku ma dziecko, ktore wieje nienawiscia do mnie - a ten pacan
      nic z tym nie robi, zawsze mowi ze porozmawia i na tym koniec doszlo do tego ze
      ja tez tej rozpieszczonej dziewczyny nie lubie,
      czuje sie uwiklana w to wszystko i nie wiem jak wyjsc z tego
      uwazam ze zniszczyl mi zycie, zrezygnowalam dla niego ze swoich marzen, a on
      nie potrafi tego docenic jest egoista do potegi entej, liczy sie tylko to, co
      on chce
      wygadalam sie ...a właściwie to wykrzyczałam, mam nadzieję że to początek końca
      • maxxi26 Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 07.02.06, 11:27
        Bardzo współczuje. Dokładnie tego samego się obawiam w swoim związku. Że mnie w
        końcu przerośnie to wszystko i zostawię to za sobą nie zważając na
        okoliczności. Jednak jak nasze zycie się ułoży zależy w ogromnym stopniu od
        faceta, który powinien zrozumieć jak wiele kompromisów się od nas wymaga.
      • m-m-m Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 07.02.06, 21:32
        Czy próbowałaś rozmawiać z rodziną M., np. z jego matką lub ojcem na ten temat?
        Oni byc może mogliby udzielić Ci kilku informacji: po pierwsze jak oni
        postrzegaja wnuczkę, jak oni oceniają postawę M. Warto powiedzieć, że masz
        problem, jest Ci trudno, oczywiście nie wymagasz od nich zaangażowania, ale, że
        zależy Ci na tym związku. Tak myślę cały czas, kto mógłgby uświadomić Twojemu
        M,. te sytuację. Może jeśli nie rodzice, ma siostrę?
        Faceci czasem uważają, że wszystko jest ok. i mają klapki na oczach, naprawdę
        wielu subtelności nie widzą po prostu. Poza tym gaszą poszczególne pożary,
        pojedyncze złe zachowania u swoich dzieci, a nie kompleksowo roziązują takie
        sprawy.
        Może poszukać trzeba psychologa, może to ten psycholog uświadomi M.?
        • magnollia11 Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 08.02.06, 13:28
          dziękuję za zainteresowanie
          nie ufam jego rodzinie, gdyż oni też mnie nie lubią wyczuwam nawet że ucieszyli
          by się z mojej porażki(bo tak by rozpad naszej rodziny odebrali jako MOJA
          porażke) wiec odpada rozmowa
          jestem juz tak zmeczona cala ta sytuacja ze najnormalniej w świecie poddaję się
          i tak samo zaczynam mieć wszystko gdzieś, i wiecie, że to fajne uczucie,
          człowiek zaczyna czuć sie wolny, wczoraj umówiłam się z koleżanką na pogaduszki
          (czego nie robiłam od dłuższego czasu)... odżyłam
          zapisuję się na angielski, zaczęłam szukac pracy - wierze że będzie dobrze
          musze to powtórzyc jeszcze raz - mam gdzieś jego problemy
          • m-m-m Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 08.02.06, 13:35
            No tak, skoro tak bardzo ciąży Ci teen związek to faktycznie nie ma co sobie
            nim dalej głowy zawracać. Szkoda tylko, że Twoje dziecko po ostatecznej Waszej
            rozłące będzie w pozycji dziecka pierwszego. Nie namawiam jednak byś poświęciła
            się dla dobra tegoż dziecka, bo tak naprawdę to dobro na dobre mu nie wyjdzie.
            To będzie tzw. mniejsze zło.
    • sadelko_pimpka Re: No i nastał koniec czyli pożegnanie :) 08.02.06, 13:43
      Gratuluje Ci Mallika! Obiektywnie rzecz biorac nawet ja ( tez prawie,ze
      macocha) uwazam,ze najepszy jest uklad w ktorym oboje sa wolni ( bez eks i
      dzieci z poprzednich zwiazkow) Jest mniej problemow,nie trzeba dzielic czasu
      Twojego faceta z obcymi dla Ciebie osobami (jego dziecmi),nie musisz wdawac sie
      w konflikty z jego dziecmi i je na sile-chcesz czy nie -akceptowac.To naprawde
      trudne zwlaszcza,ze w wiekszosci przypadkow pasierbi raczej nie palaja sympatia
      do macoch ( wlasne doswiadczenie,doswiadczenie znajomych i to forum) Trzymaj
      sie.
Pełna wersja