prawie jak macocha...

18.06.06, 17:01
Witam , pierwszy raz piszę na tym forum, chociaż czytam was od dawna.Jestem
chyba macochą , chociaz moja sytuacja jest nieco dziwaczna.Mój mąż miał parę
lat temu "skok w bok" i owocem jego jest dziewięcioletnia córka.Przebaczyłam
mu zdradę, chociaż Bóg jeden wie ile mnie to kosztowało.Mamy sześcioletniego
synka i jesteśmy już po przejściach dobrym małżeństwem.Matka mojej
pasierbicy nie ułożyła sobie życia i tu zaczyna się problem...Ona od lat
próbuje wejść między nas,wiem ,że liczyła kiedyś na to ,że mąż zostawi mnie i
zwiąże się z nią .Nie zrobił tego, mało tego urodziło nam się dziecko i o
zgrozo myślę ,że po tym piekiełku ze zdradą , lepiej nam teraz ze sobą niż
dawniej.Mąż oczywiście płaci na córkę i kocha ją, mała jest często u nas ale
ostatnio jest w stosunku do mnie i do syna złośliwa i niemiła, wczoraj
powiedziała mi , że gdyby nie ja to tata mieszkałby z nią i jej mamą.Często
niby bawiąc się z bratem mówi mu np., że jest starsza i ma "większe prawa",
a jej mama jest ładniejsza , mądrzejsza niż ja.Nie wiem jak na to
reagować.Próbuje wyciągać męża pod dziecinnymi pretekstami z domu , mąż jest
skonsternowany, bo, jak mówi, wygląda to tak jakby chciała go połączyć z jej
mamą.Oczywiście próbował rozmawiac z jej mamą o tym ale odpowiedziała mu , ni
mniej ni więcej tylko ,że chyba go to nie dziwi , bo mała chce mieć normalny
dom i mogła mieć tylko ja złowiłam go na dziecko i dlatego nie jest z
nimi.Myślę , że mamusia nieźle ją szkoli i nieźle miesza , a ja na razie
staram się nie reagować co przyznaję przychodzi mi z coraz większym trudem.Co
ja mam jej mówić, jak reagować na zaczepki co Wy na to ?Będę wdzięczna za
każdy post.
Melka
    • mangolda Re: prawie jak macocha... 18.06.06, 17:14
      To jakieś chore, że tamta dziewczyna was odwiedza i w dodatku kontaktuje się z
      waszym synem. Jeśli już twój mąż musi na nią placić to trudno, ale te widzenia
      należy natychmiast zakończyć.
      • anastazjapotocka Re: prawie jak macocha... 18.06.06, 17:39
        Przede wszystkim zachowaj czujność. Taka duża dziewczyna działa już
        najzupełniej świadomie, najprawdopodobniej w porozumieniu ze swoją matką. Nawet
        jeśli nie doprowadzą do rozpadu Waszego związku (to jest mało prawdopodobne),
        to nieźle w nim namieszają. Zatrują też umysł Twojego synka złymi i nigodziwymi
        informacjami (jakobyś była brzydsza lub gorsza od tamtej). Nie zgadzaj się pod
        żadnym pozorem na odwiedziny tej dziewczyny - tylko bardzo nieczęsto i na
        krótko. Nie zgadzaj się, żeby u Was nocowała: taka dziewczyna, jeśli jest
        cyniczna, może nawet oskarżyc Twojego M o molestowanie. Płaćcie i tyle.
        Dziewczynę i jej matkę unikajcie jak zarazy. To moja rada. W podobnej sytuacji
        była moja koleżanka: przez taką "córcię" przeszła piekło. Nie zapomnij o
        drobiazgowym uregulowaniu wszelkich możliwych spraw spadkowo-finansowych na
        rzecz Twojego synka. Nie daj sobie wmówić, że jesteś zła lub podła. Jesteś żoną
        i matką i masz obowiązek walczyć o SWOJĄ rodzinę. Pozdrawiam, będę trzymać za
        Was kciuki.
        • melami Re: prawie jak macocha... 18.06.06, 17:54
          Dzięki za odpowiedź.Trudno to będzie zrealizować, bo mała wpada często ,zresztą
          długi czas mi to odpowiadało , układało się nieźle.Zresztą nie chciałabym mówić
          mężowi ...wiesz kochanie zabierz ją gdzieś poza dom i bawcie się dobrze,
          zresztą synek też pyta o nią często.Ona jest częścią rodziny i naprawdę to
          fajne dziecko o ile nie zaczyna tych głupich gadek.Myślę , że to może minie jak
          zobaczy , że nic nie osiągnie i że tatuś nie zamieszka z nią i z jej mamą.Mój
          mąż też twierdzi , że to treba przeczekać ale być konsekwentnym i stanowczo nie
          pozwalać jej na pyskówki i knucie. Łatwo mu mówić , to jego dziecko a ja
          naprawdę chcę zgody
    • luna67 Re: prawie jak macocha... 18.06.06, 20:37
      Melami,
      podziwiam ciebie za przebaczenie tej zdrady, dowodem jest na to, ze "owoc
      zdrady" odwiedza was czesto. Ja nie przebaczylam i wiem zebym nigdy nie
      przebaczyla, wiec po 17 latach malzenstwa odeszlam i wiem ze dobrze zrobilam.

      Moja rada; maz i ty powinniscie otwarcie i madrze porozmawiac z dziewczynka i
      uzmyslowic jej (a przewaznie ojciec), ze jest w bledzie i jej mama z tata nigdy
      nie byli by razem.
      Zagadka jest dla mnie, ze jej matka tak mysli, przeciez pomimo przyjscia dziecka
      na swiat nie zwiazal sie z mama dziewczynki, tylko zostal przy tobie (zonie), a
      dziecko wasze przyszlo dopiero 3 lata po dziewczynce, czyli tez nie moglas go
      zlapac na dziecko.

      Dziwie sie, ze na ten temat rozmawia sie z matka, ktora nigdy nie zmieni zdania,
      a nie z dziewczynka, przeciez ona ma juz 9 lat i duzo rozumie.

      Jezeli zostalabym przy mezu (o zgrozo), to nigdy ale przenigdy bym nie pozwolila
      na odwiedziny dziecka ktore by mi za kazdym razem tymi odwiedzinami przypominalo
      o tej zdradzie.
    • agnese_1 Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 09:43
      Podziwiam bo ja bym takiej sytuacji nie zdziezyla...
      Uwazam, ze absolutnie nie naleza ci sie, czy twojemu synkowi takie uwagi.
      Sprawe powinien rozwiazac twoj maz, to on was w to wpakowal. Najpierw
      porozmawiac z matka pasierbicy i w jakis sposob jej przetlumaczyc, ze nigdy do
      niej nie wroci i jej zachowanie niczego nie zmieni. I ze dla dobra wlasnego
      dziecka powinna przestac je buntowac. Widze, ze twoja pasierbica jest dobrze
      przyjmowana w waszym domu i traktowana jak rodzina, na pewno by sie z ta
      sytuacja pogodzila gdyby nie matka.
      Chociaz jak ona ma do niego zal i nie ma nikogo innego to moze to byc trudne.
      A po drugie porozmawiac z corka i tak samo wytlumaczyc dlaczego tata z jej mama
      nigdy nie bedzie.
      To wszystko powinien zrobic twoj maz, to przez jego zdrade teraz cierpisz ty i
      twoja rodzina.
    • lilith76 Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 09:46
      stanowczo wytłumaczyć dziewczynce jaka jest sytuacja i jakie nikłe szanse na
      jej zmianę. pokazać, że ona i jej brat są dla ojca dziećmi RÓWNORZĘDNYMI.
      może rzeczywiście lepiej aby z ojcem i bratem częściej spotykała się na terenie
      neutralnym.
      być konsekwentnym.
      dziewczynce trudno się dziwić - chce normalności przez siebie wymyślonej. swoje
      dokłada jej matka.

      będzie ciężko i być może z rosnącym wiekiem dziecka gorzej, ale smutno spisać
      dziecko na straty, bo jego rodzice poplątali otoczeniu życie.
      • melami Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 11:11
        Ja nie jestem taka znowu doskonała, mam chwile kiedy chcę wywrzeszczeć mężowi
        to co mówicie , że to jego wina i on ma poradzić sobie z tym problemem.Ja już i
        tak swoje przeżyłam.Ale z drugiej strony to tylko dziecko i ona właśnie spija
        cały "miód" z tej sytuacji.Jej matka, wiem nie jestem obiektywna, to taka
        prosta kobieta, żeby nie powiedzieć prostaczka.Ona rozumuje mniej więcej tak:
        mogło jej być tak fajnie, mąż dobrze zarabia i ma tzw. pozycję.Wtedy gdy się
        skumali ona wywrzeszczała mi w twarz , żebym dała mu odejść bo...ja się
        przecież utrzymam, mam dom i dobrą pensję .Mała dobrze się u nas czuje do kiedy
        nie zaczyna swoich zagrywek, bo wtedy atmosfera gęstnieje i wszyscy czują ulgę
        gdy ona wychodzi.Wczoraj poruszyła temat wakacji : dlaczego tata jedzie nad
        morze ze mną i z bratem a nie chce jechać z nią i jej mamą?Usiadłam z wrażenia
        i czekałam jak mąż z tego wybrnie, a on powiedział jej , że nie wyjeżdża z jej
        mamą bo ona jest dla niego obcą osobą.Mała zapytała :a ja?On na to : ty nie ,
        a chciałabyś wyjechać ze mną?Ona:sama to nie.
        No i co o tym myślicie?Czy mamusia ją inspiruje?
        • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 11:23
          Mała zapytała :a ja?On na to : ty nie ,
          a chciałabyś wyjechać ze mną?Ona:sama to nie.
          No i co o tym myślicie?Czy mamusia ją inspiruje?



          Niewątpliwie matka jej przekazała, że kocha jej ojca nadal i tylko dlatego, że
          jest poprzednia kobieta (czyli Ty) oni nie mogą być razem. Mała łudzi się, że
          tę walkę o ojca w domu u niej wygra i łudzi się, że jej rodzice będą razem.
          Jeśli ona mówi, że sama (bez matki) nie pojedzie z Wami na wakacje, to mąż
          powinien jej powiedzieć, że trudno, ale innej opcji nie ma: albo z Wami, albo
          wcale. To dałoby jej jasny sygnał, że nie ma powrotu do zakładania rodziny z
          jej matką. Ale poza sygnałem trzeba jej to wyraźnie powiedzieć.
        • anastazjapotocka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 11:35
          Melami, Ty to chyba świętą zostaniesz! Sprawa przedstawia się bardzo źle.
          Dziewczyna jest wyraźnie inspirowana i kierowana przez matkę do rozbicia
          Waszego związku. Naprawdę nie powinnaś się krępować i przy następnym "występie"
          małej powiedzieć spokojnie: "moje prawa i prawa mojego synka są większe i
          lepsze, bo ja jestem żoną. A twoja matka jest taką panią, która wtrąca się w
          cudze małeństwa i chce je rozbić. A świat bardzo źle o takich paniach mówi.
          Twoja mama zrobiła mi wielką krzywdę i twój tatuś zrobił mi wielką krzywdę. Ale
          twojemu tatusiowi wybaczyłam, bo go kocham i jest moim mężem, a ja jego żoną.
          Jest też ojcem mojego synka, którego oboje bardzo kochamy. Ale twojej mamusi
          nie wybaczyłam, bo jest dla mnie osobą obcą i złą kobietą. To nie jest twoją
          winą dziecko, że przyszłaś na świat wbrew mojej woli i jesteś owocem zdrady
          małżeńskiej. Ale proszę, żebyś nie mówiła nigdy, a zwłaszcza w moim domu, że
          twoja mamusia jest lepsza, czy ładniejsza ode mnie, bo tak nie jest. Ja jestem
          lepsza i nigdy nikogo nie skrzywdziłam. I mój mąż nigdzie nie będzie z twoją
          matką chodził, ani jeździł i nigdy się z nią nie ożeni, bo do tego nie
          dopuszczę, póki żyję. Umierać też nie zamierzam, bo jestem potrzebna mojemu
          synkowi i mężowi, choćby po to, by go strzec przed takimi złymi kobietami, jak
          twoja matka. A ty powinnaś za wszelką cenę starać się, aby nigdy nie krzywdzić
          innych kobiet i ich dzieci, tak jak to robi twoja matka. Jesteś już dużą
          dziewczynką i to zrozumiesz. A jeśli nie, to będę zmuszona zabronić ci u nas
          bywać. Jesteś nieślubną córką mojego męża, a twoja matka jest dla mnie wrogiem
          i osobą obcą". Nie pozwól zrobić piekła ze swojego życia. Nie daj sobie wejść
          na głowę. Mężczyźni też łatwo się usprawiedliwiają. Nie przekonuj całego tego
          towarzystwa, że sytuacja jest normalna, bo nie jest. Myśl tylko o sobie i swoim
          synku. NIE POZWÓL IM SIĘ ZNOWU SKRZYWDZIĆ!
          • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 12:22
            Jedna drobna uwaga: taki tekst może powiedziec do dziewczynki ojciec, a nie
            Melami.
            Taki tekst w ustach Melami odniesie odwrotny skutek do zamierzonego i być może
            dziewczynka jeszcze bardziej zażarcie będzie walczyc o ojca w "swojej"
            rodzinie. Natomiast jeśli to powie ojciec to sytuacja bedzie dla niej jasna i
            klarowna.
            • anastazjapotocka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:33
              m-m-m. Przyznaję Ci rację. To powinien powiedzieć M. Pozdrówko.
              • karrolina1 Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:43
                ????? Czegos tu nie rozumiem. Chcecie, zeby ojciec-dziwkarz zrzucil cala wine i
                odpowiedzialnosc za swoja zdrade na mame dziewczynki i z niej zrobil ta zla,
                tylko po to, zeby jego nowa zona miala lepsze samopoczucie?

                • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:46
                  Nie...odebrałaś dosłownie całą wypowiedź. Dziecku trzeba powiedzieć, że z jego
                  matką nigdy rodziny miał nie będzie i by mała nie miała złudzeń, że tak się
                  kiedykolwiek stanie.
            • jula55 Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:38
              Zasadniczo zgadzam sie z tym, co napisala anastazja, ale mysle, ze mowienie
              dziewczynce tylu zlych rzeczy o jej matce nie przyniesie nikomu niczego dobrego.
              Zadne dziecko nie chcialoby sluchac czegos takiego o ukochanej mamie i w ten
              sposob mozecie sobie z niej zrobic wroga.
              • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:42
                Ojciec z siebie wroga nie zrobi (rodzicom zdecydowanie więcej się wybacza), a
                mam nadzieję, że ww. tekst byłby powiedziany mniej wiecej w taki sposób, a nie
                dosłownie.
              • mikawi Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:46
                zgadzam się - proponuję ucinać jej gierki, nie wdawać się w nie, być
                konsekwentnym ale nie mówić dziecku tego w taki sposób jak powyżej.
              • anastazjapotocka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:51
                Zasadniczo zgadzam się, że powiedzenie dziewczynce PRAWDY w końcu o jej matce,
                zrobi z niej wroga w stosunku do macochy. Tylko, że tu jest sytuacja
                ekstremalna, dziewczynka nastawiona przez matkę(BYŁĄ KOCHANKĘ) zamierza sobie
                uwić gniazdko rodzinne. Na zgliszczach małżeństwa skrzywdzonej żony. Kubeł
                zimnej wody, czy nawt pomyj jest lepszy niż przez lata sączenie jadu. Co jest
                ważniejsze? Szczęście małżeńskie skrzywdzonej i doświadczonej żony, czy
                samopoczucie... bękarta? (Przepraszam za szczerość!). Kobieta ma synka, jest po
                ciężkich przejściach I MA PRAWO WALCZYĆ O WŁASNE SZCZĘŚCIE WSZELKIMI SPOSOBAMI!
                Kobieta broni swojej rodziny, a była kochanka jest wyjatkowo nachalna i
                cyniczna i wyraźnie posługuje się sprytnie manipulowaną córką. Dla mnie
                sytuacja jet jasna. Żadnych skrupułów. Była kochanka ich nie miała i nie ma.
                • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:55
                  No, to tez przesada, nie można stawiać kontry szczęście zony , a dziecka ze
                  zdrady.
                  Trzeba zaś na pewno wyprowadzic dzieciaka z błędu, iż kiedykolwiek ten ojciec
                  zonę zostawi i to musi załatwić z dzieckiem ten ojciec, a nie skrzywdzona żona.
                  • anastazjapotocka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 14:35
                    m-m-m. To prawda, ale tylko w tym przypadku, jesli rzecz rozpatrujemy jako
                    rozgrywkę pomiedzy małą dziewczynką, a żoną. Lecz to jest w istocie rozgrywka
                    pomiedzy byłą kochanką, a żoną, przy pomocy córki byłej kochanki. Prawdą jest
                    tylko to, że tej dziewczynki w ogóle nie powinno być na świecie. Ale jest. I
                    swoją pozycję w cudzej rodzinie zajmuje tylko dzięki łasce żony. I tę łaskę
                    należy pasierbicy uświadamiać od najmłodszych lat, bo później będzie już tylko
                    gorzej. Czytamy przecież, jak bezczelną i nachalną jest była kochanka. Zachodzi
                    obawa, że tak szybko i łatwo nie odpuści. Jej nie wystarczą alimenty na córkę,
                    ona jeszcze bezczelnie chce mieć cudzego męża. Terapia szokowa dla obu tych
                    obcych pań może mieć zbawienne skutki dla dobra i trwałości prawowitej rodziny.
                    Skoro żona wybaczyła mężowi - to ja nie mam prawa tego faktu ani oceniać ani
                    komentować. Ale skoro zżna cierpi dyskomfort z powodu szczucia byłej kochanki -
                    to mam prawo powiedzieć jej, żeby sie broniła. Bo jeszcze nie jest za późno.
                    Jeszcze.
                    • mangolda Anastazjo! 19.06.06, 14:42
                      Zgadzam się z każdym Twoim slowem smile
                    • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 15:08
                      I tę łaskę
                      > należy pasierbicy uświadamiać od najmłodszych lat, bo później będzie już
                      tylko
                      > gorzej. Czytamy przecież, jak bezczelną i nachalną jest była kochanka.
                      Zachodzi


                      Anastazja, tu musi porządek robić ojciec, a nie sama żona, bo to przez niego
                      jest taka , a nie inna sytuacja. Owszem była kochanka rozgrywa wszystko
                      dzieckiem, ale ojciec chyba nie jest w ciemię bity i powinien córce jasno
                      określić, że z jej matką nigdy nie będzie.
                      No, nie mów tak, że mała korzysta z łaski żony. Stało się jak się stało i teraz
                      żona miała wybór, albo znaleźć się w nowej sytuacji i zaakceptować to dziecko
                      (co uczynila i co podziwiam , albo z gościem się rozwieść.
                      Nie może mówić dziewczynce, że jest ważniejsza od jej brata (którego ojciec ma
                      z żoną), bo czasy bękartów dawno się skończyły. Dziś wszystkie dzieci danego
                      rodzica są sobie równe i do rodzica należy temperowanie charakteru dziecka. I
                      uważam, że to jest jak najbardziej możliwe do zrobienia przez OJCA.
                      Żona niech pogoni tatusia do działania, a nie bierze to na siebie, bo skutki
                      jej interwencji będą opłakane.
                      • anastazjapotocka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 15:39
                        Jakoś strasznie się boje tych spotkań (przepraszam) byłych kochanków, którzy
                        już raz żonę oszukali. Żona wybaczyła, podziwiam i szanuję jej wybór, ale
                        pozostawić teraz sprawę szczęścia żony i synka w ręku byłej kochanki? NIE, NIE
                        NIE I JESZCZE RAZ NIE. Nie wierzę ani w dobre intencje, ani uczciwe zamiary
                        babsztyla, który juz raz wszedł w rodzinę. To zwykła złodziejka i tak ją trzeba
                        traktować. Co do dziewczynki, owszem, czasy bękartów już się skończyły i teraz
                        dzieci mają równe prawa. Nie odmawiam tej dziewczynce prawa do dziedziczenia po
                        ojcu, spotykania się z nim. Odmawiam jej prawa do mieszania w tej rodzinie i na
                        jej "szczebiot o ślicznej mamusi" proponuję: kubeł zimnej wody na łeb. Niech
                        powtórzy mamusi, a sama oduczy się szczebiotać. Jak nie - szlaban na wizyty w
                        prawowitej rodzinie. Nic na to nie poradzę, że już taka nieufna jestem. Lepiej
                        zapobiegać, niż leczyć. Bo czasem już na leczenie może być za późno. Szkoda
                        dziewczyny i jej synka.
                        • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 16:14
                          Nie wierzę ani w dobre intencje, ani uczciwe zamiary
                          > babsztyla, który juz raz wszedł w rodzinę


                          Weszła za pozwoleniem faceta i wejdzie dalej na tyle na ile on jej pozwoli.
                          Nie ma czegoś takiego jak prawowita rodzina (tak samo jak nie ma bekartów) te
                          czasy też się skończyły.
                          Nie powinno się karać dziecka szklabanem na wizyty w domu ojca za przewinienia
                          matki dziecka (bo dziecko jest sterowane przez nią). Ten ojciec MUSI
                          dzieciakowi wyjaśnić pewne zasady.


                          ale
                          > pozostawić teraz sprawę szczęścia żony i synka w ręku byłej kochanki?


                          Nie w ręku kochanki, tylko w ręku męża. On chyba nie jest jakąś chorągiewką,
                          która obróci się w stronę mocniejszego wiatru. Zrobił co zrobił i miejmy
                          nadzieję szanuje w żone to, że mu wybaczyła.
    • ywwy Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 11:02
      A czyje nazwisko nosi córka męża ?
      Słuchaj, my mamy problemy z eksiami , a co dopiero z kochanicą ... oj, nie
      zazdroszczę ci , dziewczyno. Chyba, że uznasz kochankę jako swoją eksię to
      wtedy może będzie jakoś prościej.
      • melami Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 11:15
        Nosi nasze nazwisko
        • barbara001 Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 11:33
          Twoja historia melami jest bardzo podobna do sytuacji, w jakiej znalazła się
          rodzina mojego przyjaciela. Jego ojciec, zasłuzony obywatel pewnego miasteczka
          odbył skok w bok z pewną bardzo prosta panią i zafundował mu oraz jego
          młodszemu bratu siostryczkę. Małżeństwo z tego powodu nie rozpadło się, ale
          tamta pani latami próbowała wniknąć w rodzinę i rozbić ją posługując się
          córką.A dziewczynka zachowywała się dokładnie tak samo jak twoja pasierbica. I
          jej zachowanie było nie do końca dziecięcym pragnieniem posiadania pełnej
          rodziny, tylko efektem działania jej matki. Skończyło się to tym, ze dziecko
          wtedy 10 letnie przestało bywać w domu taty. Spotykał się z nią na gruncie
          neutralnym, raz w roku jechał tylko z córką, ewentualnie jeszcze z którymś z
          synów na wakacje. Kiedy dziewczynka miała już około 16-17 lat ponownie zaczęła
          przychodzić do ich domu. Ojciec z tego co wiem nigdy nie dał powodu żonie do
          tego by mogła mieć podejrzenia, że tamta sprawa jest nie zakończona a z
          obowiazków względem córki wywiązywał się. Teraz utrzymują jako już dorosli
          ludzie kontakt, który nazwałabym przyzwoitym, ale odsunięcie dziecka od rodziny
          ojca wtedy okazało się być najlepszym rozwiązaniem.
    • agnese_1 Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 11:54
      Dla mnie to wyglada jak manipulacja matki. Corka mojego niemeza nigdy nie mowi,
      ze tatus moglby byc znowu z mama czy cos w tym stylu gdyz oboje rodzice
      wytlumaczyli jej dlaczego nie sa razem, ze kazde ma teraz nowych partnerow itp.
      Jeszcze gdyby pasierbica czula sie przez was odrzucana, zaniedbywana to bylabym
      w stanie zrozumiec jej zachowanie. Ale z tego co piszesz wynika, ze tak nie
      jest. Pewnie gdy dorosnie i zrozumie, co sie naprawde wydarzylo bedzie mogla
      zmienic swoj stosunek do was. A co do tej pory to nie wiem.
      Ciezko jest 'ukarac' dziecko odsunieciem od rodziny tylko dlatego, ze matka
      robi mu sieczke z mozgu. A moze zagrozic matce, ze jesli nie przestanie
      buntowac to taka opcja wchodzi w gre i wtedy to dziecko na tym ucierpi bo nie
      bedzie mialo kontaktow z ojcem czy przyrodnim bratem.
      A moze pojsc z mala do psychologa, ktory pomoze jej to wszystko zrozumiec?
      Pozdrawiam
    • tarzynka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 12:00
      Melami, rzeczywiście łatwo nie jest. Pewnie rzeczywiście dobrze by było
      uświadomić dziewczynce, że jej tata nie kocha jej mamy, nie chce z nią żyć, nie
      chce żeby była jego żoną. Że tata rozumie, że ona by chciała, żeby było inaczej,
      ale nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli i ona ani jej mama nic tu nie są w
      stanie zmienić. Pewnie może też dodać, że nawet jakbyś nie była jego żoną, to
      też nie chciałby być mężem jej mamy, bo jej nie kocha i nie chce z nią być.
      Jednocześnie powinien jej powiedzieć, że kocha ją, ona jest dla niego ważna,
      lubi z nią się spotykać, bo jest jego kochaną córeczką. Natomiast musi to zrobić
      ojciec, nie Ty. Ty możesz jedynie (jeśli chcesz) go wspierać, doradzać. I to nie
      dlatego, że jak się nawarzy piwa, to trzeba go wypić, ale dlatego, że dziecku
      jest łatwo mieć do Ciebie złe uczucia, obwiniać Cię, być niesprawiedliwą. Bo nie
      jesteś jej rodzicem.
      • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 12:25
        Natomiast musi to zrobić
        ojciec, nie Ty. Ty możesz jedynie (jeśli chcesz) go wspierać, doradzać. I to nie
        dlatego, że jak się nawarzy piwa, to trzeba go wypić, ale dlatego, że dziecku
        jest łatwo mieć do Ciebie złe uczucia, obwiniać Cię, być niesprawiedliwą. Bo nie
        jesteś jej rodzicem.



        Oczywiście popieram, tak jest w istocie, że dzieciak będzie zawsze "wybielał"
        rodziców, a obwimiał macochę/ojczyma.
      • tarzynka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 12:39
        I to ni
        > e
        > dlatego, że jak się nawarzy piwa, to trzeba go wypić, ale dlatego, że dziecku
        > jest łatwo mieć do Ciebie złe uczucia, obwiniać Cię, być niesprawiedliwą.

        Jeszcze chciałam dodać, że dziecko może nie przyjąć od Ciebie tych racji, nie
        uwierzyć po prostu. Szczegónie, że pewnie powtórzy matce, a ona spokojnie może
        to zinterpretować, że Ty jesteś zła, dbasz o swoje itp. i nie masz racji.
        Dziewczynka chciałaby mieć dwoje rodziców w domu (każde dziecko by chciało, nie
        ma w tym nic złego), więc pewnie chętnie by przyjęła tłumaczenie matki. Słowa
        taty też można zmanipulować, ale trudniej. NO i mała pewnie go kocha, jest dla
        niej ważny, więc jest większa szansa, że mu uwierzy.
        • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 12:43
          Też popieram jako była pasierbica, że dzieccko wierzy rodzicom, a nie
          macosze/ojczymowi.
    • melami Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:15
      Dodam jeszcze , że ta kobieta podjęła jeszcze akcję z moimi teściami , swego
      czasu przychodziła do nich z dzieckiem i zaczęła zapuszczać u nich korzenie,
      np. chciała im pomagać na działce, gotować itp.Teściowie powiedzieli nam o tej
      niezręcznej sytuacji i mąż ochrzanił ją za te zagrywki.Obraziła się.Czy
      myślicie , że powinnam spotkać się z nią i porozmawiać? Dotąd te spotkania
      bywały okropne, dlatego unikam ich jak mogę ale może jej to trzeba jasno
      wytłumaczyć,że się ośmiesza i nic z tego nie będzie.
      • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 13:16
        Nie Ty, ale Twój mąz jak najbardziej powinien jej powiedzieć, żeby zapomniala o
        mozliwości budowania z nim gniazda.
      • tarzynka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 14:07
        > Czy myślicie , że powinnam spotkać się z nią i porozmawiać?
        Nie, Ty nie. To powinien zrobić Twój mąż.
        • anastazjapotocka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 14:46
          Porozmawiać powinien mąż. Ale listownie. Po pierwsze, sama możesz ten list
          napisać, M tylko podpisze. Po drugie, była kochanka tylko czeka, żeby spotkać
          się z twoim M pod byle pretekstem: po co Ci to? Po trzecie, nie będzie żadnych
          argumentów z jej strony, zadnych gierek. Tylko suchy komunkat z Waszej strony.
          A jak babsko czegoś nie zrozumie, to może sobie kilka razy przeczytać.
          Nie dopuszczaj do spotkania tych dwojga! NIGDY! Już raz zranili Ciebie boleśnie
          (wybacz, że Ci o tym przypominam), a nie wiesz, do czego posunie się ta
          bezczelna i cyniczna kobieta. Ona gotowa jest wrzucić narkotyk Twojemu M do
          piwa lub kawy. I co? Jak się będziesz czuła, gdy go baba znowu do łóżka
          zaciągnie? Nawet nieprzytomnego... Nie ufaj babom, amatorkom cudzych mężów!
          • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 15:10
            Anastazjo, list nie jest dobrym pomysłem, może być zawsze wykorzystany
            przeciwko autorowi, a poza tym jest doskonałym dowodem.
            • anastazjapotocka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 15:42
              Dowodem na co? Że się chłop nie chce z żoną rozwieść? Że broni się przed
              nachalnością byłej kochanki? Toż to taki list małżonkowie powinni sobie
              skserować i zachować! Jakby co, mają dowód, że baba zawsze mieszała i życie im
              komplikowała!
              • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 16:24
                Anastazjo, intencje autora mogą być inne, a treśc można odczytać inaczej.
                • melami Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 16:35
                  Nie bardzo sobie szczerze mówiąc wyobrażam wysłanie do niej listu.Może po
                  prostu razem powinniśmy pójść do niej i poprosić żeby opanowała się i myślała
                  mniej o sobie a więcej o swoim dziecku, dla którego dobrze będzie jeśli będzie
                  miało jasność sytuacji i poczucie ,że taka właśnie sytuacja jest jedyną
                  możliwą.
                  Ja nie mam nic przeciwko niej ale chcę mieć w domu spokój.
                  Mela
                  • melami Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 16:37
                    Nic przeciw dziecku rzecz jasna, mamusię chętnie widziałabym na Marsie.
                    M
                  • m-m-m Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 16:38
                    Dlaczego macie iść tam razem?
                    • melami Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 16:52
                      Mąż już próbował z nią o tym rozmawiać , nie wiem może ja potrafię ją przekonać?
                      A jak nie to przynajmniej ją opierniczę tak z całego serca , może chociaz mi
                      się lepiej zrobi.
                      nie , nie wiem, to chyba tez głupi pomysł, bo sobie do gardeł skoczymy i się
                      zrobi cyrk. Ale tak to zostawić? Nie wiem naprawdę.
                      M.
                      • tarzynka Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 17:05
                        Pewnie rozsądnie jest tę babę zostawić i starać się odseparować od swojego
                        życia. Bo jej raczej nie przekonacie, tylko się podenerwujecie. Może nie mam
                        racji, ale wydaje mi się, że jeśli nikt nie będzie zwracał na nią uwagi, to może
                        da spokój. Grzeczne acz stanowcze nie (w przypadkach takich jak teściowie) i nie
                        wchodzenie w dyskusję, może przynieść jakiś efekt. Rozmowy, przekonywanie tylko
                        ją nakręcą i podniecą. Jest jeszcze tylko problem młodej. Tu pewnie też
                        stanowczo, ale delikatnie trzeba uświadomić, że nie ma szans takie rozwiązanie
                        sytuacji, jakiego by chciała.
    • agnese_1 Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 16:59
      Nie wiem czy jest sens isc razem. Naprawde myslisz, ze ta kobieta cie poslucha?
      Ciebie, osobe, ktora jest dla niej wrogiem nr 1? Skonczy sie awantura, szkoda
      twoich nerwow.
      Troche mnie jednak zastanawia fakt, ze to trwa juz tyle czasu. Piszesz, ze
      corka meza ma 9 lat. I przez ten czas matka probuje rozbic wasza rodzine? Twoj
      maz nie byl w stanie nic z tym zrobic przez tyle lat? Jesli dostaje jasne
      sygnaly, ze twoj maz do niej nie wroci to jak moze jeszcze miec na to nadzieje?
      Chyba, ze robi to z czystej zlosliwosci i wredoty. Wtedy jakos cienko widze,
      zeby trafily do niej rozsadne i rzeczowe argumenty...
      • melami Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 19:47
        To nie jest tak ,że ona miesza od tylu lat.Przez jakiś czas miała jakiegoś
        absztyfikanta i długo był spokój.Sytuacja zaostrzyła się ok. pół roku temu
        kiedy mała stała się nieznośna , wtedy tak naprawdę zaczęła się ta szopka.Mąż
        dzisiaj przyznał się , że gdy odprowadza małą zaczęła go zapraszać na herbatki
        i obiadki,wydzwania do niego do pracy pod różnymi pretekstami.Ufam mu ale
        cholera mnie wzięła.
    • kicia031 Re: prawie jak macocha... 19.06.06, 23:03
      Chcialam napisac przede wszystkim, ze bardzo cie podziwiam. Okazalas mezowi
      wielkodusznosc, za ktora powinien ci byc dozgonnie wdzieczny. Choc jak znam
      zycie wink)
      Zgadzam sie z dziewczynami ktore sugeruja przeprowadzenie przez m. powaznej
      rozmowy z corka - pewnie nie jednej. Kocha ja, ale nie jej mame, Kocha ciebie i
      waszego synka i stanowczo domaga sie szacunku i poprawnych manier w stosunku do
      was obojga. I tak metoda zdartej plyty, az dotrze.
      Nie widze osobiscie sensu rozmawiania z ta kobieta - co to zmieni - bedzie
      tylko awantura. Swoje droga twoj m. nie wykazal sie dobrym gustem, zeby
      romansowac z osoba tak nieodpowiedzialna, ktora nie potrafi siem pohamowac dla
      dobra wlasnej corki wink)
Pełna wersja