anastazjapotocka
12.09.06, 11:41
Cukierkowo się zrobiło i słodko, aż mnie zemdliło.
Możemy sobie wmawiać różne rzeczy i idealny świat, tylko oby rzeczywistość
nie obudziła nas z ręką w nocniku.
Dla równowagi opowiem Wam autentyczną historię, która wczoraj wdarła się do
mojego życia.
Mój mąż ma kolegę, którego zna od lat. Może ze 30, kolega jest starszy od
mojego meża. Znał go jeszcze w liceum, z tą różnicą, że kolega edukację
zakończył na 4 klasie, bez matury. Nie chciało mu się, choć (to ważne)
pochodził z dobrej, zamożnej rodziny. Kolega ma siostrę starszą o 2 lata.
Kiedy kolega miał lat 16, a siostra 18, ich ojciec zakochał się bez pamięci
we własnej sekretarce, rozwódce z dwójką dzieci, młodszych od jego własnych
dzieci. Jak głoszą rodzinne opowieści, owa rozwódka bardzo się starała, żeby
szef stracił dla niej głowę.
W rezultacie pobrali się. Pan wychowywał dzieci nowej żony jak własne, a nawt
lepiej, bo rodzona córka pana zaraz po studiach wyjechała na stałe do Kanady
i jest tam po dziś. Kolega męża ożenił się, urodziło im się dziecko - córka.
Kolega charakter miał rozrywkowy, wyjechał we wczesnych latach
osiemdziesiątych "za chlebem" do Niemiec. Trochę pracowł, lecz głównie szalał
i pił, przepijając wszystko co zarobił. Wrócił do Polski chyba w 1988, jak
jeszcze marka miała dużą wartość, więc za kamerę i wideo wszedł w interes z
pracowitym i oszczędnym człowiekiem. Szło im niewiarygodnie. Po paru latach
zarabiali takie pieniadze, że trudno im było je wydać. To znaczy koledze
męża, bo wspólnik kolegi kupił dom, sklep i w ogóle inwestował.
Kolega szalał w burdelach, sypiał z własnymi ekspedientkami, rozbijał po
pijanemu kolejne auta. Żona kolegi nie pracowała, dostawała kasę i oprócz tej
kasy nic jej nie obchodziło. Córka rosła, ojciec płacił za edukację.
Wspólnicy pokłócili się o ciężar wnoszonej pracy i rozstali dzieląc majątek.
Koledze męża los sprzyjał nadal. Kiedyś policzyliśmy z mężem, że jego obecny
majątek powinien wynosić około 3 mln złotych. Powinien, ale nie wynosi.
Zjadła go zabawa i prostytutki. Koledze zaczęło nieco kuleć. Ale od czego ma
się ojca z oszczędnościami i emeryturą? Zaczął od ojca pożyczać pieniądze.
Tu wtrąciła się macocha, której każdy grosz "pożyczony" synkowi stawał kością
w gardle. Zaczęła nakłaniać męża, żeby dom z dużą hektarową działką w Aninie
pod Warszawą, który mąż właśnie odziedziczył po zmarłej matce - sprzedać, a
pieniądze zainwestowac W JEJ DZIECI, które pokończyły studia. Był rok 1995,
czas do sprzedaży nieruchomości - fatalny. Kochający mąż pod wpływem
stanowczości żony zrobił co mu kazała. Dom został sprzedany, pieniądze co do
grosza oddane jej dzieciom.
I teraz zaczyna się szekspirowska tragedia. 5 lat temu starszy pan zachorował
na parkinsona. Dzieci żony rozjechały się po świecie, czasem przysyłają
kartki świąteczne, ale nie zawsze. Kolega męża splajtował, nawt nam zalega z
niespłaconym długiem 10 tys (mówiłam, żeby mu nie pożyczać, mógł iść do
burdelu po kredyt), żona kolegi sprząta biura, córce narzeczony załatwił
pracę protokolantki w sądzie.
Żona "nie ma siły" opiekawać się chorym mężem, więc zażądała pieniędzy od
biologicznych dzieci męża. Córka na list nawet nie odpowiedziała, to, co
powiedział kolega, nie nadaje się do powtórzenia. Swoich dzieci nie prosiła,
bo to ojczym. Obcy (to jej słowa, ja to słyszałam).
Kolega zadzwonił do mojego męża i namolnie prosił, żeby szybko załatwić
umieszczenie starego, chorego ojca w zakładzie opieki prowadzonym przez MOPS.
Na lepszy ponoć ich nie stać i tylko na taki wystarczy ojcowskiej emerytury.
Na pytanie mojego męża, czy stary ojciec kolegi wyrazi zgodę na umieszczenie
go w takim ośrodku, kolega razem z macochą wrzsnęli: "a zmusi się go! a kto
będzie koło próchna skakał!".
Mąż zelżył te parkę i zapowiedział, że on reki do takiego nieszczęścia nie
przyłoży.
A ja od dzisiaj kupuję więcej różnych praktycznych rzeczy, które będziemy
mogli korzystnie sprzedać na starość.
Pasierbica ode mnie może dostać najwyżej niedrogą czekoladę (na stres).
Tę historię dedykuję wszystkim wierzącym, że ich coś takiego na pewno nigdy
nie spotka.