monache_6
22.09.06, 12:46
Przepraszam, że swoją obecność na forum zacznę od jęczenia i skamlenia. Wiem
jednak, że większość z Was zrozumie moje dzisiejsze chlipanie w klawiaturę.
Problem – jak w temacie. Przeszłość mnie dopadła, osaczyła, przygniata. Coraz
częściej mam wrażenie, że jednak sobie z nią nie poradzę.
Zacznę od początku...
Z NM jestem od 7 miesięcy, jest w trakcie rozwodu (nie ja byłam powodem, ale o
tym później). Jest naprawdę fajnym, mądrym facetem i mimo że jesteśmy ze sobą
tak krótko wiem, że to jest mężczyzna jakiego szukałam.
Poznaliśmy się ponad 10 lat temu przez wspólnych znajomych. Ale wtedy to była
bardzo luźna, przelotna znajomość – widywaliśmy się na wspólnych imprezach,
ale rozmawialiśmy ze sobą może kilka razy. Potem przez parę dobrych lat
kontaktu nie było wcale, w sumie nawet zapomniałabym o jego istnieniu, gdyby
nie to, że od wspólnych znajomych dowiadywałam się czasem ciekawostek o jego
dość burzliwym małżeństwie. Takie zwykłe osiedlowe plotki J. Tak naprawdę
poznaliśmy się jakieś 2 lata temu (znowu u wspólnych znajomych), po rozpadzie
jego małżeństwa – powodem było to, że jego żona wyjechała za granicę (jeden z
krajów Ameryki Płd) do mężczyzny poznanego przez Internet. Zostawiła go z
3-letnim synem. Po paru tygodniach wróciła, ale to był koniec ich małżeństwa.
W czasie jej południowego romansu NM wyprowadził się i zamieszkał z dzieckiem
u rodziców. Ona chciała do niego wrócić, NM się nie zgodził więc złożyła
pozew o rozwód.
Na początku byliśmy tylko znajomymi, widywaliśmy się rzadko u znajomych. Potem
coraz częściej rozmawialiśmy ze sobą, nasz związek poprzedziło kilka miesięcy
bliższej znajomości, wiele przegadanych godzin. Powoli to wszystko zaczęło się
przeradzać w przyjaźń, a potem w miłość. Przepraszam, że tak szczegółowo
opisuję to wszystko, ale wydaje mi się to ważne dla tego, co dzieje się teraz.
Nasz związek od początku był pełen problemów. Byliśmy ze sobą miesiąc kiedy
jego żona znowu wyjechała do tego mężczyzny. Nie wyjechała sama – nielegalnie,
na fałszywych dokumentach wywiozła syna. Nie musze opisywać tego, co działo
się przez 2 następne miesiące - tyle czasu trwało ustalenie miejsca pobytu
małego i próby ściągnięcia go do kraju. To był koszmar ale udało się. Niestety
razem z młodym wróciła tez jego matka. Będzie oczywiście odpowiadać przed
sądem za nielegalne wywiezienie dziecka za granicę, ale znając polskie sądy
trochę to potrwa. Ale to jest nieważne. Najważniejsze ze mały jest w domu z tatą.
Może to przez to, że tyle się działo od początku w naszym związku (cały czas
byłam przy NM, wspierałam, pomagałam jak umiałam) ja powoli wysiadam. Jestem
zmęczona, brak mi sił. Przez długi czas wyjazd Eks z małym był tematem nr 1
podczas wszystkich spotkań czy rozmów ze znajomymi. To zrozumiałe. Ale w
pewnym momencie zaczęło mnie to męczyć. Nie to, że pytali o małego, że chcieli
pomóc - byli cudowni i naprawdę bardzo nam pomagali, ale to, że przy okazji
opowiadali mi ze szczegółami o małżeństwie mojego NM. Co z tego, że w
większości były to same złe rzeczy. Ale znam szczegóły, których znać nie
powinnam. Nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić. Teraz jest już w miarę
spokojnie. Mały jest u NM, czekamy na sprawę rozwodową i sprawę o opiekę nad
dzieckiem. Z małym mam dobry kontakt od początku, lubi mnie i akceptuje. Chyba
jestem nawet już kimś ważnym w jego życiu, bo sam każe NM do mnie dzwonić,
żebym przyszła bo on tęskni

. Ale wiecie co...mnie to już nawet nie cieszy
Coraz częściej myślę, że nie dam rady. Coraz częściej chce po prostu uciec.
Patrzę na małego i czuję, że zaraz się rozbeczę. Ja go naprawdę lubie, jest
chwilami trudny (to zrozumiałe zważywszy ile się wydarzyło w jego życiu) ale
ja go naprawdę lubię. Ale cały czas myślę o tym, że to jest ICH dziecko, owoc
ich miłości. Nie umiem sobie z tym poradzić. Może wyda się wam to głupie,
niedojrzałe ale nie mogę sobie poukładać w głowie tego, że mój mężczyzna, mój
ukochany ma dziecko z inna kobietą. I zaraz ochrzaniam w myślach samą siebie,
bo przecież od początku wiedziałam, że ma dziecko. I wiedziałam, że miał żonę.
Nie mam z kim o tym nawet porozmawiać, bo nieraz usłyszałam komentarz, że
wiedziałam w co się pakuję. Nie wiedziałam. Wydawało mi się, że wszystko sobie
na początku przemyślałam. Ale czy któraś z nas tak naprawdę wiedziała na
początku co znaczy związek z partnerem z przeszłością. Że prędzej czy później
ta przeszłość nas dopadnie i będzie tak bardzo bolała. Czy wiedziałam, że Eks
wpadnie na pomysł wywiezienia dziecka? Planowała na stałe, bo nie miała nawet
pieniędzy na bilet powrotny, za powrót dziecka płacił NM. Czy wiedziałam, że
przez to będzie jej tak dużo w naszym związku? Ze wszyscy będą chcieli ze mną
o niej rozmawiać? Nie z NM tylko właśnie ze mną. Te ciągłe porównania
znajomych, mówione oczywiście żartem i zawsze na moją korzyść. Ale jednak
porównania. Ciągłe wspominanie jej, ich. Te szczegóły, które znam. Przez to
ich związek jest tak bardzo wyraźny i rzeczywisty. A ja coraz częściej myślę,
że zawsze będę ta druga, że nie dam NM nic, czego by już nie miał z nią. Co
innego jest wiedzieć, że osoba, którą kochasz kiedyś z kimś była i mieć
świadomość, że żyli jak każda inna para, a co innego wiedzieć to naprawdę,
słuchać o tym, ze szczegółami. Te obrazki cały czas pojawiają się w mojej głowie.
Rozmawiamy o tym dużo z NM. Jest cierpliwy, kochany. Jeszcze zanim zaczęły się
moje, jak to nazywam, jazdy na temat jego przeszłości, mówił mi, że jestem
kobieta, na którą czekał całe życie. I wierzę mu. Tym bardziej, że widzę jak
od początku się stara, ile robi dla mnie, jak o mnie dba, jak zależy mu na
tym, żeby było mi dobrze, żebym była z nim szczęśliwa. Widzę też, że powoli
opada z sił, że męczy go to, że jak mówi „cierpię przez niego i przez to
bagno, które się za nim ciągnie”. (Od razu wyjaśniam – to bagno to nie jego
syn, nie o nim to mówi jest naprawdę cudownym ojcem. Między innymi za to tak
bardzo go kocham.)
Kocham NM, wiem, że on tez mnie kocha, lubię małego, on akceptuje i lubi mnie,
z rodzicami NM tez nie ma problemu, wydaje mi się, że polubili mnie od razu.
Z pozoru wszystko układa nam się świetnie. Kochamy się, rozumiemy, chcemy być
ze sobą, planujemy wspólną przyszłość. Ale jak planować przyszłość, kiedy ta
przeszłość jest wciąż obecna i tak bardzo wyraźna w mojej głowie. I tak bardzo
boli. Wiem też, że powinnam się skupić nad tym co mam, co jest teraz. Nad tym,
że mam cudownego faceta, związek jakiego chciałam, że mimo wielu trudności
(opisałam tylko jedna z tym wyjazdem Eks i małego, ale było ich więcej)
daliśmy rade, że to co nas łączy nie rozpadło się, mimo, że miało do tego
prawo ze względu na to, jak krótko byliśmy ze sobą. Ale na razie nie potrafię.
Na razie myślę tylko o tym, co mnie boli i czego nie potrafię poukładać,
zaakceptować.
Matko ale się rozpisałam. Jak przypomnę sobie słowa mojej polonistki, która mi
zawsze mówiła, że dobrze tylko za zwięźle i za krótko...

Nie macie pojęcia jak mi ulżyło po napisaniu tego wszystkiego. Jeśli któraś z
Was dotarła do końca bardzo za to dziękuje. Musiałam się wygadać, wyrzucić to
z siebie przed kimś kto to zrozumie. Musiałam bo sama już nie daje rady.