To już rok minął...

24.09.06, 20:22
Odkąd się poznaliśmy, odkąd się w sobie zakochaliśmysmilePatrzę wstecz na moje
zmagania z jego przeszłością, i widzę, ze czas działa na korzyść, że staram
sie mieć dystans, że było burzliwie, myślałam, ze nie mam siły na taką miłość,
ale wygrzebywałam się z tych dołków za każdym razemsmile
Tylko...
On mi nic nie obiecuje...jest samo uczucie i miłe chwile.Ja już mam swoje
lata, chacha(27 niedługo stuknie) i gotowośc "biologiczną" do założenia
rodziny...on 10 lat starszy, wie już co to znaczy być rodzicem, ale z drugiej
strony - wieczny chłopiec, jak to jest?

Mam takie wątpliwości, że już nie będzie się chciał z nikim związac, bo już
miał tą jedyną na całe życie, z kórą nie wyszło, dlatego wypalił się i już w
to nie wierzy, nie wierzy w poważny związek...sad

A jak tak bym chciała, żeby mi mówił, że to ja jestem ta jedyną,że chce ze
mną zacząć jeszcze raz, złe chwile na dobre zmienić, tak jak mi mówił na
początku - jak to jest z tymi facetami- czy mam czekac cierpliwie, aż zacznie
to mówić? Poł roku temu mówiłam o swoich pragnieniach, że szukam czegoś
poważnego, że chce założyć rodzinę, on na to, żebym dała mu szanse bycia ojcem
mojego dziecka,a teraz unikamy tego tematu jak tabu.

Nie wiem co to za etap - może znacie to z waszych doświadczeń - zawieszenie
jakieś? Lęk przed wiązaniem się po przeszłych ciezkich doświadczeniach? Jakie
mam gwarancje, że to się zmieni, czy mam cierpliwie czekać i wierzyć w tą
miłość? A może mi ciągle za mało a on nie jest w stanie tego mi teraz dać,
tylko kilka słów, że chce ze mną być, albo aż te kilka słów... Dlaczego mi to
nie wystarczasad
    • mrs_ka Re: To już rok minął... 25.09.06, 00:06
      Znacie to, znacie.
      Jednak zapewne większość forumowiczek uważa, że to DOPIERO rok, a nie JUŻ rok.
      W przeciwieństwie do większości rozwódek, które po rozwodzie wolą odpocząć i
      przypatrzeć się nowemu partnerowi, zjeść z nim beczkę soli i tworzyć konkubinat,
      ewentualnie po paru latach się pobrać, ja wyznaję teorię szybkich ruchów. Z
      czego wynika, że ją wyznaję- to dłuższa opowieść.
      Dlatego mniej więcej po roku kazałam się mojemu niemęzowi określić. Oprócz
      teorii szybkich ruchów wyznaję też teorię braku gierek, co oznaczało, że
      powiedziałam mojemu niemężowi wprost, o co mi chodzi i że preferuję brylanty.

      Teraz rzućmy okiem na sajko niemęza wink Niemąż też był po rozwodzie, poniekąd
      bardziej traumatycznym niż mój (choć to w sumie ciężko stopniować) i naturalne
      było, że się "zbiera do kupy". Z moich doświadczeń wynika, że zbieranie się do
      kupy niektórym panom zajmuje całe życie. Wobec powyższego do kupy niemęża
      zebrałam ja, co wyszło nam obojgu na zdrowie.
      Teraz mój mąż jest tak doskonale wyszkolony, że nawet obudzony w środku nocy i
      zapytany "kto jest najlepszą żoną na świecie?" odpowie karnie "merska jest
      najlepszą żoną na świecie.
      To oczywiście żart, uprzedzam na wypadek, gdyby czytała to Mangolda czy ktoś
      dorównujący jej umiejętnościami rozumienia tekstu pisanego.

      To wszystko, co piszę powyżej, wynika z faktu, że nie raz i nie dwa przejechałam
      się na niedomówieniach, zawieszeniach głosu i słynnym "chciałabym, aby on się
      domyślił". Nie znam wszystkich mężczyzn na tym świecie, wiec nie mogę napisać,
      że żaden chłop się nie domyśli. Nie wykluczam, że tacy istnieją.
      Ja ich jednak w swoim życiu nie spotkałam.

      Spotkałam się za to ze zjawiskiem łatwej adaptacji mężczyzny do okoliczności,
      szczególnie jeśli są to komfortowe okoliczności przyrody, czyli sympatyczna
      nie-żona gotowa wysłuchac, przytulić, poseksić się i niewymagająca za wiele.
      Co ciekawe: mile widziane są asertywne nie-żony pod jednym wszakże warunkiem- ta
      asertywność nie przekłada się na strefę legalizacji związku, narodzin dzieci itd.
      Uważam, że momentem krytycznym jest moment graniczny pomiędzy zachwytem
      pierwszych miesięcy, a pojawieniem się już pewnej rutyny (używam tego słowa w
      pozytywnym znaczeniu) i niezłym poznaniem się wzajemnym. I wtedy powinno się
      stawiać pewne sprawy jasno oraz bardzo uważać na fałszywe (o ile jest fałszywe
      oczywiście) krygowanie się pod tytułem "co ma być to będzie, nie musisz mi
      niczego obiecywać, twoja miłość jest wystarczającą obietnicą, która znaczy
      więcej niż papierek".
      Okazuje się, że mężczyźni naprawdę nie widzą drugiego dna tych słów i na ogół
      wcale nie walczą o to, aby wybranka zmieniła zdanie i przyjęła oświadczyny;
      wręcz przeciwnie: ze stoickim spokojem godzą się na ten wygodny układ.

      Jeżeli więc kobiecie zależy na stabilizacji i/lub małżeństwie to powinna
      konsekwentnie do tego dążyć i stawiać sprawę jasno (jak jasno to już zależy od
      subtelności kobiety). Przemilczanie sprawy w 9 przypadkach na 10 obraca się
      przeciwko nam, bo owocuje goryczą i poczuciem, że on jednak "nie zrozumiał, co
      jest nieprawdą zresztą.

      Jesli więc pół roku temu wysyłałaś okreslone komunikaty to zacznij je wysyłać
      znowu. Nie jest Twoim obowiązkiem byc powiernicą Niemęża, który z tego układu
      -nie oszukujmy się- spija samą śmietankę. Zobacz, co się będzie działo dalej-
      albo te komunikaty zakiełkują i coś z nich wyrośnie, albo będzie uprawiana
      spychologia (wtedy powinien Ci się włączyć alarm).


      W temacie "jedynej miłości na całe życie" wyznaję teorię konkretu: mianowicie
      niech się delikwent okresli, czy po drodze mu z rzewnym romantyzmem w nurcie
      gdzież się podziały niegdysiejsze śniegi oraz "polały się łzy me czyste,
      rzęsiste" czy też bierze sprawę po męsku i mówi sobie "nie jest miłością na całe
      życie coś, co się właśnie rozpieprzyło i rozpieprzyło mnie przy okazji".
      Nie wspieraj go zanadto, bo to tylko wspomaga tę płaczliwą ciamajdowatość i
      użalanie się nad swym nieszczęsnym losem osobistym. Czas żałoby się skończył,
      więc postaw sprawę jasno: czy dalej uskuteczniamy żale nad grobem, a ty
      występujesz w charakterze
      Podpory_którą_ewentualnie_można_bzyknąć_i_nie_trzeba_jej_niczego_obiecywać czy
      też kończymy z egoizmem, który pozwala jęczeć nad sobą i trzymać w szachu
      27letnią kobietę usprawiedliwiając to swoim permanentnym "zbieraniem się do kupy".

      Teraz na temat tego, co Ty byś chciała, aby on Ci mówił- zdystansuj się. To, że
      mężczyzna nie mówi, że Jesteś jedyną nie oznacza, że nią nie jesteś. Nie każdy
      mężczyzna ma osobowość Hugh Granta z Czterech wesel i pogrzebu, który będzie
      rozmawiał o uczuciach. Powiedziałabym nawet, że miażdząca większość nie ma tej
      osobowości. Tutaj sugerowałabym oddzielić Twoje własne wyobrażenia i marzenia od
      tego, co masz realną szansę otrzymać. Trzeba więc pójść na życiowy kompromis
      pomiędzy romantyczną wizją, a rzeczywistością mogącą być naprawdę fajną, ciepłą
      i dobrą rzeczywistością tyle że bez banałów o byciu jedyną.


      Gwarancji nie masz żadnej- to dotyczy nie tylko mężczyzn, ale życia w ogóle.
      Jeśli chcesz cierpliwie czekać to czegoś na pewno się doczekasz- może Godota,
      może siwych włosów, może czegoś innego
      Generalnie nie można znaleźć, jeśli się nie wie, czego się szuka. Dlatego
      powiedz Niemęzowi, czego oczekujesz od niego i od życia, to naprawdę nie jest
      ani niekobiece, ani niestosowne. To jest tylko i aż rozsądne.

      I nie wiem, co oznacza, że Twój niemąż to "wieczny chłopiec"- osobiście nie
      znoszę i zapaliłoby to wszystkie lampki w mojej głowie.
      Radzę jednak z dobrego serca: nie bądź zanadto naiwna i nie zadowalaj się
      "miłymi chwilami bez żadnych obietnic". No, chyba, ze masz ochotę na
      niezobowiązującą znajomość. Oczekiwanie deklaracji nie jest wyrachowaniem, ale
      szacunkiem do samego siebie, swoich uczuć i swojego czasu.

      ranyboskie, ale długie.

      a.
      • pamig Re: To już rok minął...i wybór strategii 25.09.06, 10:59
        Ranyboskie mrska, ale czadu dałaś - aż mi się umysł pozytywnie ożywił, hihi.

        Poświecam własnie chwile mojej uwagi na rrekomendowaną przez Ciebie metodę
        "szybkich ruchów" wybieraną przez kobiety tzw.stanowcze, konkretne i wiedzące
        czego w zyciu chcą. Plus dla Ciebie, ze metoda okazała się strzałem w dziesiątke
        - pasuje bowiem do Twojej osobowości i osobowości lubego, no i pewne danej
        sytuacji, a której się znależliście. Zazdroszczę szczerze, bo masz teraz spokój
        i poczucie stabilizacji, do czego ja gdzieś podskórkowo tęsknię...

        Tobie się udało, Twój partner potrzebował być może kogoś właśnie kto by
        pokierował tą sytuacją między Wami, co sądzisz o tym przedstawieniu sprawy?

        A wogóle to chcę tu sprowokowac burzę mózgów w kwestii wyboru różnych strategii
        w sytuacjach kryzysowych. Teoria szybkich ruchów czyli postawa aktywna (ale też
        dominująca i roszczeniowa) czy też teoria "przeczekania", poddania się życiu,
        losowi (pokora lub też akceptacja pewnego procesu, tj. zgoda na etapy
        niepewności i zawieszenia w realcjach damsko-męskich) - takie określenia mi
        teraz do głowy przychodzą, może odkryjecie bardziej precyzyjnewink.

        Jestem piekielnie ciekawa Waszych podejść i rozwiązań z życia wziętych.


        piszciewink

        • dzk35 Re: To już rok minął...i wybór strategii 25.09.06, 12:50
          hmmmm... moja metoda nieco inna jest... nie wiem do czego mnie doprowadzi bo to
          dopiero półtora roku ale... ja na wstępie powiedziałam i kilka razy
          powtórzyłam, że mi facet do szczęścia własnego potrzebny nie jest! jestem z nim
          bo mi z nim dobrze i jeśli chce bym z nim była to musi „zasługiwać” i mam
          wrażenie że zadziałało tak jak powinno! on się stara być mi potrzebny i bym
          przy nim była szczęśliwa... i to on głównie mówi o naszej wspólnej
          przyszłości...
          • pamig Bravo!Nareszcie Strategia Kobiet Niezależnych 25.09.06, 13:30
            Ciepło, ciepło, coraz cieplej...dzika35winkten oto kierunek mi bliższy - zająć się
            własnym życiem bez faceta, i niech on się sam zdeklaruje, a co ja mam mu się
            przypominać, oświadczać, naciskać, prędzej czy później zwieje z takiego układu i
            przestaje czuć cokolwiek, tak jak to się stało w przypadku poprzedniej.

            Nie będę mu mówić i powtarzać tego co deklarowałam na początku. Zakładam, że nie
            jest głupi i pamięta o tym co mówiłam. Nie będe knuć planów złapania go na
            dziecko. Nie wyobrażam sobie mojego partnera jako bezwolnej marionetki, która
            zgadza się na spełnianie moich warunkiem i realizowanie "mojego" szczęscia, tak
            jak to pisze Anastazja. Może tak i byłoby wygodniej...ale to nie jest dla mnie
            partnerstwo, kiedy jedna strona podaje swoje warunki, a druga ma albo dostosować
            sie albo, "do widzenia".

            Chciałabym być na tyle wolna od tego rodzaju "społeczno-biologicznych" presji,
            żeby chęć założenia rodziny byla decyzją wspólną, nawet nie tyle decyzją, bo to
            za bardzo z racjonalną kalkulacją mi się kojarzy, ale jednoczesnym pragnieniem i
            potrzebą duchową czy też psychiczną obu stron. Bardzo by mi to uwłaczało, gdybym
            tylko ja o tym trąbiła.

            Dzk35 zainspirowałaś mnie w tych krótkich zdaniach - zobaczymy co z tego wyjdziewink

            Ciekawe, czy faceci zmieniają swoje nastawienia po uzyskaniu rozwodu? (mój
            jeszcze formalnie nie uzyskał, bo tamta wyjechała do pracy zagranicę i na razie
            termin rozprawy jest wstrzymany)

            Pewnie zarobki i poczucie stabilizacji finansowej tez mają wpływ na podjęcie
            decyzji związanej z założeniem rodziny i z konkretyzacją związku...Mój cały czas
            się ustabilizować nie może i tonie w długach...

            Biorąc wieć po uwagę powyższe,raczej nie mogłabym rzucić mu hasła, że czekam
            jeszcze pół roku...

            Ale obiecuję Wam, że jak tylko wyczuję, że lubemu się poprawia i dalej żadnych
            konkretnych działan nie podejmuje w kwestii relacji, to po prostu odejdę i tyle.

            • anastazjapotocka Re: Bravo!Nareszcie Strategia Kobiet Niezależnych 25.09.06, 13:45
              Życzę Ci szczęścia z całego serca. Ja jestem strasza zołza i mnie by się nie
              chciało czekać. Ty możesz, 27 lat to nie koniec świata.
              Ja nawet podziwiam subtelne kobietki. Tylko nie mam cierpliwości dla mężczyzn.
              Chociaż mojego kocham bardziej niż własne życie.
              Powodzenia!
            • dzk35 Re: Bravo!Nareszcie Strategia Kobiet Niezależnych 25.09.06, 14:08
              oj! to nie tak... trochę inaczej ja na to patrzę, bo mi nie chodzi o to by
              sobie określić czas do kiedy będziesz czekać, to chodzi o to by on miał
              świadomość że dany mu czas może sam zmarnować...
              widzisz, ja poza nim mam nadal własne życie, troszeczkę rozluźniłam ale nie
              zrezygnowałam ze znajomości, pielęgnuję swoje pasje i... daję mu jak największą
              swobodę - zawsze może zadzwonić i powiedzieć że plany mu się zmieniły i wróci
              później, ale on mieć świadomość że po powrocie do domu może zobaczyć
              kartkę „odgrzej sobie to co w garnku, jestem u/w ...”
              efekt jest taki że on cały czas wie, czuje że jak nie będę szczęśliwa i
              zadowolona z życia z nim to po prostu odejdę, bo nie będzie mnie z nim wiązać
              wszystko, bo będę miała co robić i bo będą ludzie którzy będą ze mną czas
              spędzać, bo w końcu ja się dobrze ze sobą samą czuję i nie potrzebuję drugiej
              osoby do szczęścia!
              efekt jest taki że to on wymógł na mnie obietnicę że jak nam będzie dobrze to
              się pobierzemy, on co jakiś czas stara się skrócić umówiony czas do momentu
              podjęcia tej decyzji... on robi wszystko by mnie ze sobą związać jak największą
              ilością „nici” i by życie z nim było dla mnie bardziej atrakcyjne niż bez
              niego...

              wybacz poczułam się wywołana do odpowiedzi bo Twój post był reakcją na mój...

              nick "dzika35" bardzo mi się podoba!!
              • pamig Re: dzika;) 25.09.06, 14:44
                Jasne, że moje zdania co do określenia czasu nie Twojego postu się dotyczyłysmile

                Dziś mam w miarę wolny dzień, więc buszuję po interneciesmileale słoneczko zaraz
                mnie z domu wywabi, także jeszcze kilka małych słów:

                Przyszło mi do głowy, że te tzw.roszczenia, o kórych pisze mrska, mogą na
                jednostkach z większym poczuciem wolności osobistej wywołać właśnie takie
                wrażenie bycia motanymi nićmi...

        • mrs_ka Re: To już rok minął...i wybór strategii 25.09.06, 13:12
          O tym przedstawieniu sprawy sądzę, że jest trafne wink

          Po prostu uwazam, że czas na namysł jest wówczas, jeśli sami uwazamy, że go
          potrzebujemy. MOja sytuacja była inna- ja wiedziałam, że chcę być z tym facetem,
          bo będzie genialnym mężem, ojczymem i ojcem moich dzieci. Co do dwóch
          przypadków- nie pomyliłam się, jak będzie z trzecim zobaczymy.

          Uważam też (ale to konkluzja raczej nieprzydatna dla bezdzietnych panien), że w
          luźne związki i niedookreślone konkubinaty można się bawić na pewnym etapie
          życia, własnie bezdzietnym. Generalnie nie życzę sobie, aby zawracać mi (i
          mojemu dziecku siłą rzeczy) głowę, jeśli oczekuje się ode mnie wejścia w rolę li
          i jedynie materaca. Tak już mam, dla mnie dziecko równa się odpowiedzialności.
          Oczywiście jeśli ktoś ma ochotę na ksiuty, a jednoczesnie ma dziecko, to gzi się
          swobodnie, tyle że poza zasięgiem wzroku i świadomości dziecka smile
          Ja jednak nie nadaję się na długoterminową kochankę: albo wyłącznie seks, albo
          obrączka.

          To jednak wcale nie znaczy, że nie czułam sie "zdobywana". Ogólnie uważam się za
          wyjątkowo ciemną masę w temacie męsko- damskich gierek, ale w tym przypadku
          absolutnie byłam zdobywana, a jednocześnie sytuacja rozwijała sie po mojej myśli
          (do tego stopnia, że mój mąż oświadczał mi się dwukrotnie. Za pierwszym razem
          uznałam, że oświadczyny nie były wystarczająco doskonałewink ).

          Nie wyszłoby to jednak, gdyby moje poczucie, że to ten "jedyny" nie było
          obopólne. Mój mąż jest jednostką, którą nie da się manipulować. Można mu tylko
          pokazać pewien kierunek i jeśli jest on zgodny z potrzebami męża, to ów łaskawie
          może zgodzić się w tym kierunku iść.
          A poza tym odnoszę wrażenie, że mój mąż potrzebował, żeby ktoś mu powiedział:
          "nie jesteś stary na dzieci, życie przed tobą, chcę mieć z tobą dziecko,
          pobieramy się w przyszłym roku, będzie wspaniale".
          Ja to potraktowałam i odebrałam jako wlanie w Niego potężnej dawki wiary,
          nadziei i pozytywnych komunikatów. W tamtym czasie było u niego bardzo krucho z
          wiarą w przyszłośc i własne możliwości. Dlatego ten pozytywny kop pchnął go na
          tory, które były mu bliskie, ale których jednocześnie się bał, bo bał się, że
          nie spełni moich oczekiwań, że na mnie nie zasługuje, że wszystko co dobre w
          jego życiu minęło.

          Bosz, wychodzi na to, że namawiam kobiety do odnalezienia się w roli męskiej
          przyjaciółki, podpory i kierowniczki, jednym słowem "za każdym sukcesem
          mężczyzny stoi kobieta". Co skądinąd jest prawdą.
          Fakt jednak, drogie panie, że bez nas ten świat by zginął.


          a.

          ps. co do postawy "roszczeniowej". Ten przymiotnik konotuje się źle, ale ja
          uważam, że każda samotna matka ma obowiązek wykształcenia w sobie postawy
          roszczeniowej rozumianej tu jako określenie pewnego minimum, bez osiagnięcia
          którego nie chce jej się nawet palcem ruszyć w kierunku mężczyzny.
          I nie piszę tu o kwestiach materialnych (choć to też jest istotne), ale calym
          życiowym backgroundzie: stosunku do jej dzieci, odpowiedzialności, przyzwoitości
          itd. Zaniechanie tej "roszczeniowości" jest zaniedbaniem nie tylko w stosunku do
          siebie samej, ale tez w stosunku do własnych dzieci.
    • lilith76 Re: To już rok minął... 25.09.06, 10:34
      Wiele ci nie doradzę, bo my mieszkamy razem już 2,5 roku (to też ważne, czy jesteś dochodząca, czy prowadzicie wspólne gospodarstwo domowe!).
      Mój zdecydowanie jest niechętny instytucji małżeństwa, ale kiedyś w chwili słabości wyrzekł, że jak się uprę, to się ze mną ożeni. Teraz nie może sobie tego przypomnieć tongue_out
      Dla mnie ślub nie ma wielkiej wartości, więc ok.
      Za to zdecydowanych deklaracji potrzebowałam w kwestii wspólnego dziecka.

      Najważniejsze jak ty się czujesz w tej sytuacji, jaki masz komfort. Jeśli czujesz grząski grunt, pewnego intymnego wieczoru zarządź dyskusję na temat fundamentów waszej relacji - jakie byście je nie ustalili.
      • anastazjapotocka Re: To już rok minął... 25.09.06, 11:17
        Zdaje się, że jak na razie to ja mam najdłuższy staż małżeńsko-konkubencki (ale
        potworek słowny mi wyszedł!).
        Z moim "wiecznym chłopcem" jestem 19 lat i kochamy się bardzo pomimo wielu
        przeciwności losu i trudności, które pokonaliśmy.
        Moja rada:
        nie czekaj, aż on się domyśli, pozbiera, zastanowi.
        Jasno mu powiedz, czego chcesz i oczekujesz i w jakim czasie. Jeśli chcesz
        ślubu - ustalcie datę. Jeśli chcesz mieć dzieciątko - uzgodnijcie termin (płci
        nie musiecie, to oczywiście żart).
        Liczy się Twoje szczęście: albo będziesz miała to, czego pragniesz, albo
        będziesz czekać nie wiadomo na co, a zegar tyka.
        Mój chłop też sobie zupełnie inaczej wyobrażał życie ze mną. Nie mówię, że nie
        poszłam na kompromisy, ale w rezultacie realizujemy moją wersję szczęścia we
        dwoje.
        Mój jest też bardzo zadowolony, a najbardziej lubi jak za niego załatwiam
        wszystkie trudne i niewygodne sprawy, bo on jest subtelny, a ja nie. Jestem
        stanowcza i zawsze dążę do celu jak najprostszą drogą.
        Można to nazwać na przykład "rozpychaniem się łokciami" za niego, żeby mu
        utorować w miarę wygodną drogę życiową. Ale ja to lubię, łokcie mam twarde,
        zdrowe zęby i ostre pazury.
        Najważniejsze, że oboje jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi.
        Czasem, jak mam doła z jakiegoś powodu (bo coś mi nie wyjdzie) mój mówi ze
        zjadliwą satysfakcją: to był twój pomysł, sama chciałaś.
        No i co?
        Wychodzi mi następnym razem.
        Życie jest cudowne, tylko nie warto dawać się rolować...
        Życzę powodzenia i konsekwencji w realizowaniu własnej wizji szczęścia.
    • agnese_1 Re: To już rok minął... 26.09.06, 14:10
      A mnie sie wydaje, ze tu pare rzeczy trzeba rozwazyc.

      Czego ty bys chciala od zycia i od niego. Jezeli chcesz wyjsc za maz, chcesz
      miec dzieci i to wlasnie z tym mezczyzna to warto, zeby on to wiedzial i sie do
      tego ustosunkowal. Ty masz prawo wiedziec czy on chce i zamierza ci to
      zapewnic. Mysle, ze tu zasady powinny byc stosunkowo jasne, on juz mial zone,
      ma dzieci, ty nie, to jeszcze przed toba. On wiazac sie z kobieta wolna i bez
      przeszlosci powinien miec na uwadze to, ze ona moze chciec czegos wiecej niz
      luzny zwiazek bez zobowiazan.

      napisalas: Nie wyobrażam sobie mojego partnera jako bezwolnej marionetki, która
      zgadza się na spełnianie moich warunkiem i realizowanie "mojego" szczęscia, tak
      jak to pisze Anastazja. Może tak i byłoby wygodniej...ale to nie jest dla mnie
      partnerstwo, kiedy jedna strona podaje swoje warunki, a druga ma albo dostosować
      sie albo, "do widzenia".

      Gdybym ja byla w sytuacji: ja pragne miec dzieci i rodzine a niemaz juz ma i
      wiecej nie chce to dla mnie bylaby to sytuacja jednoznaczna: 'do widzenia'. I
      chyba dla niemeza tez bo zrozumialby, ze jesli nie jest mi w stanie dac tego
      czego naprawde pragne to lepiej, zebym byla z kims kto mi to da.

      Troche tu przejaskrawilam ale jezeli jestes pewna, ze wiesz czego chcesz to
      warto, zeby i on to wiedzial i nie chodzi tu o zadne 'trabienie'. I nie
      dyskutuje sie o tym po 3 randkach ale po roku bycia razem to obie strony maja
      prawo wiedziec mniej wiecej na czym stoja.

      A moze to, ze on zwleka z deklaracjami ma tez inna przyczyne? Napisalas, ze
      jeszcze nie ma rozwodu, sprawa jest w toku. Moze facet najpierw chcialby sie do
      konca rozwiesc zanim zacznie rozmawiac z toba o malzenstwie i innych powaznych
      planach. Moja kolezanka tak ma, jest w trakcie rozwodu (nie z jej winy),
      poznala kogos i jest szczesliwa jednak nie chce z nim zamieszkac ani skladac
      powaznych deklaracji do czasu zamkniecia za soba definitywnie przeszlosci.



      • pamig Re: To już rok minął... 26.09.06, 19:44
        Wiesz/wiecie, kiedy rok temu zdecydowałam się wejść w tą "relację", bo jakoś
        wzbraniam się przed nazwaniem jeszcze tego "związkiem"(może rok to za mało dla
        mnie) jasno i wyraźnie deklarowałam czego chcę, tak..

        Pragnęłam budować zdrowy związek i założyć normalną, szczęśliwą rodzinę.
        Wiedział o tym od samego początku i zdeklarowal się, że chce ze mną spróbować.
        Ale tak jest pod wpływem namiętności, zauroczenia, pierwszych uniesień, ludzie
        myśla o rzeczach wielkich i wzniosłych na początku.

        Po 2-3 miesiącach powiedziałam wyraźnie pod wpływem smutku, że pragnę też kiedyś
        dzieci i że on jest własnie tym człowiekiem, przy którym czuje, ze może być
        ojcem mojego dziecka. Ale jeśli on nie chce już założyć rodziny, bo z tamtą nie
        wyszło, to nasze drogi się rozejdą,a to jest tylko romans przelotny. On bardzo
        czule zareagował mówiąc, że to naturalne, że jestem kobietą i myślę o dziecku, i
        żeby chciałby, żebym to mu dała szanse.

        Tak było na początku, kiedy były różne obawy o zajście w ciąże (nie
        zabezpieczłąm się), więc były też okazję to poruszania tego tematu. Ale wspólnie
        zdecydowaliśmy, że jeszcze nie czas, bo oboje musimy dojść do pewnej
        stabilizacji finansowej, której w tej chwili mocno brakuje. Ja w czasie tego
        roku straciłam pracę, jemu popsuło się w interesach...i bylo nam naprawdę
        ciężko, ale jakoś to przeszliśmy, ja musiałam się wyprowadzić niedawno z
        wynajmowanego przez nas mieszkania do rodzinnego domu, bo już finansowo było
        kiepsko.

        Potrafi by dla mnie cudowny, wspierać mnie w ciężkich chwilach, ale wkrótce
        wyjeżdża z tego kraju, aby zapewnić sobie lepszy byt...W tych okolicznościach
        rozumiem go trochę, ze myśli o sobie i nie daje mi żadnych obietnic, poza tą, ze
        "chce być ze mna". To może powinno mi wystarczać, ale kurde, no, potrzebuje tego
        romantyzmu, uniesienia, słów, ze jestem tą jedyną, że mnie kocha nad życie i
        planuje ze mną wspólne życie itd, itp...te romantyczne pierdu, pierduwinksmile


        Pewnie, że chciałabym założyć z nim rodzinę, ale chciałabym, żeby pragnął tego
        równie mocno co ja...Nie sądzę, żeby był na to teraz gotowy i co ma mieć do
        niego pretensje? Zobaczymy jak to się ułoży...Rzeczywiście ciekawa jestem czy
        ten cholerny rozwód, coś zmienia w podejściu faceta, ale nie mam co do tego się
        przywiązywać, bo z powodu braku wyjazdy jego "ex" zagranicę sprawa się przedłuża.

        Ech, kwestia z facetem na razie zawieszona, taki to czas, pora zająć się sobą iw
        łasnym doskonaleniem zawodowym i wewnętrznym wink

        Dziewczyny, kobiety,to nie jest czasami takie łatwe stawiać takei warunki komuś
        kogo się kocha..no wiecie miłość cierpliwa jest itp,itp. Dobrejnocki

        • wyksztalciuh Re: To już rok minął... 27.09.06, 14:03
          A nie chcesz wyjechac razem z nim? Zwiazki na odleglosc sa trudne i czesto nie
          wytrzymuja proby czasu, wiec jesli czujesz, ze to ten mezczyzna, moze warto
          zaryzykowac?
          • pamig Związki na odległość 27.09.06, 15:53
            No wyjechałabym, nawet sama dla siebie, jak bym pracę w miarę dobrą znalazła.
            Duszę się w tym kraju z perspektywą najniższej pensji po wyzszych studiach i
            wiecznej walki o byt.

            Narazie musze się przemęczyć jeszcze te 6 miesięcy, żeby wyrobić prawo do
            zasiłku i dokończyć prawo jazdy.

            Jeśli macie kontakty i namiary na pracę w Irlandii, dawajcie znać...wink
Pełna wersja