I jeszcze jedno pytanie ;-))

09.10.06, 15:17
Pytanie do tych z nas ktore maja za soba nieudany zwiazek malzenski lub
konkubenski (czyli z zamieszkiwaniem, o randkki nie pytam wink). A czy wy sie
rozliczylyscie z przeszloscia? Bo mnie sie wydawalo, ze tak, ze znam
przyczyny porazki i nawet ze wiem, jakie moje zachowania doprowadzily do
kleski.
Ale to psu na bude sie zdaje, bo wybralam sobie faceta innego niz moj Ex i w
zwiazku z tym mamy zupelnie inne problemy, niz te ktore mialam z Exem. Wiec i
pracowicie wypracowane metody samonaprawy nie zdaja egzaminu wink)
I wiecie co, to jest bardzo ciekawe - nasze problemy w zasadzie w ogole nie
dotycza relacji z dziecmi z poprzednich zwiazkow... Przynajmniej pod wzgledem
prodziecinnosci sie w miare dobralismy wink)
    • m-jak-magi Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 15:32
      trudno mi powiedziec. ja mam bardzo trudny charakter - nie sposob to ukryc i
      wydawalo mi sie, ze jesli spotkam w swoim zyciu faceta, ktory bezkrytycznie
      akceptuje mnie ze wszytskimi wadami, jakie mam to bedzie to gwarancja dobrego
      zwiazku.
      nie do konca tak jest bo:
      po 1sze - jak sie okazuje moj m tak nie do konca jest bezkrytyczny w stosunku
      do mnie
      po 2gie - okazuje sie ze i mnie to do konca nie wystarcza sama akceptacja.
      • kicia031 Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 15:36
        > po 2gie - okazuje sie ze i mnie to do konca nie wystarcza sama akceptacja.

        Ja w pracy organizowalam kiedys takie seminarium, ktore mialo tytul:
        tolerancja, akceptacja, szacunek i zrozumienie
        wprawdzie rzecz dotyczyla social diversity, a nie relacji w zwiazku, ale coraz
        bardziej mysle, ze cos jednak jest w tym ciagu myslowym, co sie i do zwiazkow
        stosuje wink)
      • chalsia Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 15:42
        he he, mój eks twierdził zawsze (nawet niedługo przed rozstaniem), że akceptuje
        mnie taką, jaką jestem. A potem się okazało, że jednak nie.
        Chalsia
        • chalsia Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 15:43
          może mu się tolerancja z akceptacją pomyliła ????
          • kicia031 Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 15:46
            może mu się tolerancja z akceptacją pomyliła

            Ale ciekawe, ze jakos nie docieramy nawet do poziomu szacunku i zrozumienia wink)
            • chalsia Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 16:16
              > Ale ciekawe, ze jakos nie docieramy nawet do poziomu szacunku i zrozumienia ;-
              )
              > )

              Bo tego niestety z jego strony nie odczuwałam w ogóle sad
              Chalsia
        • kicia031 Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 15:44
          Chalsia akceptowal cie bardzo, bardzo, ale jeszcze bardziej akceptowal Nexie ;-
          )))
    • lilith76 Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 15:45
      Ja z tych neurotycznych, co to toksycznych wybierały, co wykluczało cokolwiek mającego ze związkiem wspólnego, ale się wypowiem, bo trafiony wątek.

      Ostatnio, z powodu ograniczonych środków pieniężnych zmuszona jestem do dokonywania autoterapii psychologicznej (literatura i warsztaty pomogły). Zaczęłam odkrywać różnego rodzaju powiązania pomiędzy moimi zachowaniami, widzieć źródła zachowań. I nagle dotarło do mnie, że to "taką mnie Panie Boże stworzyłeś" to g... prawda. Taką się dałam (w)/(z)robić.
      Zawsze to jakiś początek.
    • anastazjapotocka Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 16:34
      Ciekawy wątek.
      Jak kiedyś zrobiłam sobie podsumowanie, to diablo w nim minusowo wypadłam.
      1. Moje obydwa małżeństwa były z chęci ucieczki od matki, z bezsilności i z
      braku innego wyjścia.
      2. W domu mojej matki nie było dla mnie miejsca z wielu różnych powodów.
      Może też byłam zbyt podobna do niej pod pewnymi względami i nie mogła znieść
      myśli o konkurencji? rywalce? nie wiem...
      3. Smutne, ale wzięłam, co się nawinęło i co było dość miłe i do ludzi podobne,
      miało pozycję i mieszkanie.
      Przyznaję obiektywnie.
      Obaj moi byli mężowie mogli wzbudzać mnóstwo emocji i uczucia w innych
      kobiatach (uczciwie przyznaję), trafili jednak na mnie - więc polegli.
      Byłam młoda, ambitna, chciałm do czegoś dojść. Oni mięli mi w tym pomóc, a
      tylko przeszkadzli... wymaganiami, którym spełnić nie byłam w stanie.
      Nie potrafiłam nigdy być potulną, posłuszną, kochającą bez zastrzeżeń żoną i
      matką... macochą...
      Mój łagodny i słodki wygląd, a także subtelny sposób bycia zmylił obu
      kandydatów na szczęśliwych posiadaczy potulnej i milusiej żoneczki.
      Tak naprawdę to ja jestem maczo i żaden facet mi nie podskoczy.
      Choćbym miała za to pójść na stos.
      Po pewnym czasie jednak, dość miałam prób i błędów. Zrobiłam sobie rachunek
      sumienia, takie rzetelne podsumowanie.
      Zrobiłam sobie też potret mężczyzny z którym chciałabym być. Określiłam jego
      cechy. Oczywiście, miałam jeszcze szczęście, że udało mi się takiego właśnie
      mężczyznę spotkać.
      Wybrałam intelektualistę, któremu jest wygodnie, że za niego rozpycham się w
      życiu łokciami. Myślę, że bardzo dobrze się uzupełniamy.
      Żadne z nas nie zawdzięcza drugiemu niczego materialnego: mieszkania, pozycji,
      wykształcenia. Na wszystko pracowaliśmy wspólnie, wszystko, co posiadamy jest
      NASZE.

      To oczyściło atmosferę i sprawiło, że jesteśmy partnerami. Kochamy się bardzo.
      Fakt, że kiedyś zrobiłam takie podsumowanie, bardzo mi pomógł. Zdałam sobie
      jasno sprawę z tego, czego pragnę, na czym mi zależy. I postarałam się to
      osiągnąć.

      Oczywiście, czasem mój Misio zarzuca mi despotyzm (trudno się z nim nie
      zgodzić), ale i Misio bywa tyranem i wiem, kiedy trzeba ustąpić (najczęściej
      zależy mu na bzdurach i osiągamy kompromis).

      Nie byłabym dzisiaj szczęśliwą kobietą, gdybym przed laty bała się odejść od
      któregoś z moich mężów (nie byli potworami), wystraszyłabym się walki o byt,
      dała "wrobić" w dziecko, które odebrałoby mi moją niezależność.
      Z całą pewnością moi mężowie trafili na niewłaściwą kobietę, a nie odwrotnie
      (mnie było wszystko jedno, i tak bym się rozwiodła: po ukończeniu studiów, po
      uzyskani niezależności finansowej).
      Ich rola miała sie ograniczyć jedynie do zapewnienia mi dachu nad głową,
      pieniędzy na naukę, odzieży i butów. W zamian dawałam im czysty dom, w
      niedzielę dobry obiad i... kiepski małżeński seks (no cóż, obowiązki żony).
      Byłam niespecjalną żoną, choć paru niezorientowanych kolesi i posiadaczy
      brzydkich żon - zazdrościło tym moim byłym nieszczęśnikom.
      Może gdyby moi byli mężowie nie próbowali mi narzucać swojej woli, tylko
      poprzestali na tym, co mogłam im dać i dawali tylko to, czego od nich chciałam -
      skończyłoby się dla nich to wszystko mniej boleśnie?
      Z własnej woli podjęli ze mna walkę, nie dając mi rozwodu.
      To nie moja wina, że z tej walki wyszli poranieni i właściwie... wykastrowani.

      Warto i namawiam każdą kobietę, aby zrobiła podsumowanie swoich błędów.

      Ciekawy wątek, Kiciu...
    • kasian27 Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 09.10.06, 17:09
      moje malzenstwo, to blad mlodosci, bardzo chcialam "uciec "z domu i wybralam
      najglubszy sposob jaki moze byc.po roku bylam przekonama na 100%, ze nie chcem
      z nim byc i zupelnie przestalam walczyc i starac sie. na szczescie nie bylo
      dzieci wiec roztalismy sie bez wiekszych problemow. teraz oboje zyjemy w nowych
      zwiazkach
    • reksia Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 10.10.06, 11:31
      EX? Kiedyś poczułam ogromny żal.Wyparłam go z pamięci praktycznie z dnia na
      dzień.Dziś do Exa mam obojętny stosunek.
      Moje byłe małżeństwo to "koszmarek".By poradzić sobie z "pozostałością po
      przeszłości" od kilku lat co jakiś czas korzystam z pomocy psychologa .Zbyt
      dużo wspomnień jest zbyt bolesnych.Mineły już serie nocy bezsennych gdy
      wybudzałam się zlana zimnym potem ,albo czując silne dreszcze na całym
      ciele,nie mam już tak silnych czy intensywnych nerwobóli ... Zbyt mocno boli
      więc wiele wypieram z pamięci...sad(( Terapie powodują,że co jakiś czas wracają
      jakieś obrazy z przeszłości...bardzo boli.

      Chyba robię jakieś tam postępy....może malutkie ale jednak...wink

      Odpowiedzialność za moje niedojrzałe wybory wink Z niedojrzałości których ,jako
      młode dziewczę kompletnie nie zdawałam sobie sprawy,wzięłam a i owszem ....i to
      zaraz po rozstaniu z Exem...kiedy musiałam szeroko otworzyć oczy by zobaczyć
      jakikolwiek cień światełka w tunelu.
      Otworzyłam...dźwignęłam się...wpierw na kolana...było bardzo,bardzo
      ciężko....wiele razy się po drodze potykałam i padałam na
      przysłowiowy "pysk" ,ale warto było,oj wartosmile

      Nie tyle z exem miałam problem,czy rozliczeniem się z nim ,ale z odnalezieniem
      samej siebie i odnalezieniem mojego miejsca i celu w życiu.

      Z rozliczeniem się z samą sobą.Z wybaczeniem samej sobie.
    • luna67 Re: I jeszcze jedno pytanie ;-)) 11.10.06, 17:35
      Zawarlismy zwiazek malzenski z prawdziwej az do bolu milosci, byly plany, ktore
      staralismy nie stracic z oczu do ktorych oboje dazylismy, bylo naprawde nam ze
      soba dobrze. Ale obydwoje mielismy bardzo podobny charakter, przescigiwalismy
      sie nawzajem nasza pomyslowoscia na zycie (w milosci jak i w klotnismile, zawsze
      kazdy staral sie miec racje, ale to doprowadzalo nas nie do klotni lecz do
      dlugich dyskusji ktore nas jeszcze bardziej zblizaly.

      Sytuacja sie drastycznie zmienila, gdy wyjechalismy do innego kraju, i doszlismy
      w bardzo krotkim czasie do kolosalnych pieniedzy. Moj (wtedy) maz, zaczol byc
      typowa sknera, nagle zaczol uwazac, ze najlepiej jak moje miejsce bedzie przy
      dzieciach i w kuchni, zaczol byc chorobliwie zazdrosny, a ja durna probowalam
      isc na kompromisy (dla dobra dzieci), odeszlam..., jak stwierdzilam, ze zyjacy
      ze mna czlowiek nic juz nie ma wspolnego z tym troskliwym, wiernym i kochanym
      czlowiekiem, ktorego tak bardzo kiedys kochalam, wiedzilalam, ze nigdy mu nie
      przebacze. Cierpialam bardzo, ale mojej decyzji nie zaluje, tak jak mojego
      malzenstwa, gdyz byly tez piekne chwile, ktore sa ukryte bardzo gleboko w moim
      sercu.
      Czas leczy rany, wyleczylam sie tez z milosci do niego, "wyzdrowialam",
      pochowalam w myslach czlowieka ktorego kiedys do bolu kochalam, do ktorego
      tesknilam, i chcialam zeby czas sie cofnol, po "zalobie" znowu bylam gotowa
      oddac moja milosc, nie szukalam ona mnie sama odnalazla.

      Teraz moj M rozkoszuje sie moim istnieniem w jego zyciu, kocham go do
      szalenstwa, a on mi mowi, ze nigdy ale to nigdy nie kochal kogos tak jak mnie, i
      ja mu wierze. Nie ma znaczenia czy terazniejszy facet jest taki sam jak Ex lub
      jego przeciwienstwo, liczy sie chemia i czy ten czlowiek umie bezwarunkowo
      odwzajemniac milosc (gdyz nie kazdemu jest to dane)smile ja tez wybralam faceta
      calkiem innego niz moj EX (swiadomie).

      Nic drastycznego (z mojej strony) nie moge sobie zarzucic w moim bylym
      malzenstwie (17 lat), szukalam u siebie bledow, ktore nie umialam znalezc, wiec
      na "rachunek sumienia" udalam sie do psychologa, ktory mi nie pomogl ale
      utwierdzil mnie w moim przekonaniu.

      Moj EX nie umial sie dlugo z moim odejsciem pogodzic, jego kochanka nie
      udzwignela trodu bycia ta druga (bylo jej wygodniej w trojkacie)smile, rozowe
      okulary spadly, chcialam zeby on tez byl szczesliwy jak ja, moze dla niektorych
      bedzie to smieszne, ale pewnego dnia zrobilismy "podsumowanie" naszego
      malzenstwa, i to mu bardzo pomoglo (tak bynajmniej mowi).

      Mamy teraz nienaganny kontakt (ze wzgledu na dzieci), ktore razem wychowujemy i
      im pomagamy. Za miesiac moja cora bedzie miala 18-stke, razem (ja, EX, i moj M)
      organizujemy przyjecie na 50 osob, jak zwykle nie obedzie sie bez "wyscigow" (o
      Boze jak ten czas leci!!!!!)

      kicia031 napisała:
      > I wiecie co, to jest bardzo ciekawe - nasze problemy w zasadzie w ogole nie
      > dotycza relacji z dziecmi z poprzednich zwiazkow... Przynajmniej pod wzgledem
      > prodziecinnosci sie w miare dobralismy wink)
      W przeciwienstwie do ciebie u nas problemy sa tylko i wylacznie zwiazane z
      dziecim Mojego M (nie z moimi), i sie z tego cieszesmile, gdyz dzieci rosna pojda
      sowja droga a z nimi te problemy. Jak by te nieporozumienia/problemy z moim M
      byly na innym tle, to dawalo by mi to do myslenia.
Pełna wersja