kylie7
13.01.07, 12:40
Jest mi trudno. Chcialabym sie wygadac, nie wiem moze któras z Was mi cos doradzi czy jakos pomoze. Chodzi o jego córke.
Jak go poznalam pare miesiecy temu wiedzialam, ze jest od 5 lat rozwiedziony, ze ma 7-letnie dziecko. Wiedzialam, w co sie pakuje. Ale, nie wiem, moze jestem naiwna, ale wydawalo mi sie, ze pewnie nie bedzie z tym problemu, o tyle, o ile mala wie, ze rodzice od dawna nie sa razem i jak bedziemy spedzac razem czas to mnie polubi i bedzie w miare spokojnie. Tym bardziej, ze ona nie mieszka z nim, tylko z matka, wiec i te spotkania jej z nim nie sa za czeste.
Tyle ze ona od poczatku nie zapalala do mnie sympatia. W ogole jak ja poznalam, to od razu rzucilo mi sie w oczy, ze ona jest strasznie rozbrykana, krnabrna, gburowata, pyskata i w ogole. Moj M tez to widzi, ale co on moze wiele zrobic jak ma mala co drugi weekend tylko, a wychowuje ja jego byla zona, ktora najwyrazniej pojecia nie ma, kogo w domu chowa. Ale nie o tym chcialam pisac.
Wiedzialam, ze na pewno od razu dziecko mnie nie pokocha, z przymruzeniem oka patrzylam, jak na moje "czesc" ona ostentacyjnie odwraca sie i ignoruje, jak milczy, gdy o cos ja zapytalam, gdy chcialam nawiazac kontakt. Ale choc wydawalo mi sie, ze mam dobre podejscie do dzieci, to nie wiem, albo tu robie cos nie tak, albo ona po prostu jest taka trudna, nie umiem jej przelamac.
Nie wiem, moze gdyby byla mlodsza, byloby mi latwiej, albo starsza, to wtedy bylabym jej obojetna. NIe wiem.
Ale na dzis dzien ja juz stracilam ochote zeby ja do siebie przekonac, ze ona mnie polubi. Nie musi mnie kochac, wiadomo, ma matke, ale chcialabym zeby nasze stosunki byly w miare przyjemne i normalne, na luzie.
Ale na dzis dzien jak wiem, ze ona bedzie u M na weekend, to po prostu sie z nim nie spotykam. Czuje ze mala "wygrala" i dobija mnie to po prostu. Ale spotkanie z nia po prostu mnie wykanczaja psychicznie, jak widze, jak patrzy na mnie spod byka, jak sie rzadzi, jak np. zrobilam kiedys sniadanie i powiedzialam :"jedz prosze" to powiedziala mi, ze nie jestem jej matka zeby jej cos kazac... Nie moge tez patrzec, jak moj M na to wszystko przymyka oko, wpatrzony w nia jak w obrazek, ona chce czekoladke, on zaraz leci i jej kupuje, ona chce tam czy tam isc, to czy to robic - wszystko ma. Nic dziwnego, ze dziecko uwaza, ze wszystko mu wolno, ale choc go rozumiem, w koncu tak rzadko mala widzi, ze chce ten czas z nia nadrobic, wykorzystac jak najlepiej, i nie chce jej ochrzaniac, ale nie podoba mi sie to po prostu. JAk raz mu na to zwrocilam uwage, dal mi do zrozumienia, ze mam sie nie wtracac, bo sama nie mam dzieci wiec nie wiem jak to jest...
Ale ja juz na dzis dzien zastanawiam sie, czy w ogole to dalej ciagnac, bo mnie to tak wszystko juz meczy. Jak jego eks dzwoni, wez jutro mala, a on od razu zapomina, ze mielismy plany na jutro, tylko leci caly w skowronkach, ze moze dziecko niespodziewanie do siebie wziasc. Jestem zla na siebie o takie niskie uczucia, w koncu ja wiem, ze to jest JEGO dziecko, ze on je MUSI kochac, i jest wspanialym ojcem, skoro zywi takie mocne uczucia do dziecka, ale czuje taki zal i smutek jak widze, jak on caly szczesliwy jest jak ona jest przy nim, jak mu siada na kolana, jak sie do niego usmiecha. Na mnie nigdy tak nie patrzy, przy mnie nigdy nie jest taki rozanielony, wpatrzony...
Wiem, ze to chore, nie moge byc przeciez zazdrosna o jego córke ! - ale przez to moja niechec do niej tez sie poglebia... Jak ona przytula sie do niego a z nad jego ramienia patrzy na mnie takim wzrokiem: Heh, on mnie kocha, nie ciebie...
Nie wiem, moze za bardzo sie wkrecam, nie umiem sobie poradzic z ta sytacja i dlatego tak sie teraz miotam. Wiem, wiedzialam, z kim sie wiaze, ze on ma dziecko, i dlatego moge miec dzis pretensje tylko do siebie, jak on woli wieczór z córka spedzic niz ze mna... Ale dlaczego wtedy placze? Dlaczego mowie sobie, ze gdyby mial syna, to inaczej by go traktowal i mi by bylo latwiej?
Ze nie spal by z nim w jednym lozku a on nie przytulalby sie do niego caly czas, tak, ze ja musze spac w osobnym pokoju? Czy to na pewno ona jest calym problem czy to ja musze sie jakos przestawic? Ale jak? co mam zrobic?
A moze to moj M jest winny tej sytuacji? Bo ona dla niego jest wszystkim, a ja nie czuje, ze on mnie kocha? Wiem, ze ja zawsze bedzie kochal, a mnie pewnie inaczej, ale dlaczego czuje, ze on cala milosc jaka ma przelal na nia, a ja jestem mu potrzebna tylko do lozka? Dlaczego jemu tak oczy nie blyszcza jak mnie widzi? Dlaczego nie uwzglednia mnie w swoich planach tylko robi wszystko pod corke a ja jestem na drugim miejscu? A moze wlasnie z tym drugim miejscem nie umiem sie pogodzic? Ze mam ta swiadomosc, ze gdyby mial wybierac, zawsze wybierze corke...?
Gdyby to bylo nasze dziecko, pewnie nie zwracalabym na ta jego milosc do corki takiej uwagi. A tak wiem, ze tam juz gdzies jest kobieta, ktora urodzila mu juz dziecko. I to, jak patrzy, jak kocha mala, jest dla mnie tez potwierdzeniem, ze tamtej kobiecie wiele zawdziecza i pewnie dlatego na mnie otworzyc sie juz nie potrafi...
Nie wiem...