dzk35
05.03.07, 15:28
a tak było dobrze, tak się wszystko układało... przeczuwałam że zbyt wesoło
nie będzie, nie wiem czy niektóre wypowiedzi na tym i innych forach, nie wiem
czy moje własne obserwacje... ale mimo cudownej sielanki, ciepłych kontaktów
i gestów sympatii okazało się że wszystko co dobre musi się skończyć...
ale chyba opiszę jak wygląda sytuacja, bo nie pamiętam na ile wylewna byłam
dotąd:
spotkałam mojego partnera jak już nie mieszkał z żoną, nie układało im się,
mimo wielu prób nie wychodziło, więc się wyprowadził... pomieszliwał potem u
znajomych, jednej z partnerek, rodziców... jak się spotkaliśmy i
zdecydowaliśmy na wspólne życie, złożył pozew o rozwód, zamieszkał u mnie...
wynosząc się z domu zadeklarował się że będzie na niego łożył tyle ile
dotychczas, i tak było: mimo że w domu mieszka teraz mniej o jedną osobę on
płaci tyle ile płacił; sobie (a teraz nam) zostawiając tylko to co wtedy było
jego „kieszonkowym” i to co zarobi dodatkowo (jego hobby przynosi pewne
dochody, nie są stałe i wysokie ale pozwalają nam przeżyć, ja przecież też
pracuję)
wyprowadził się z domu który jest jej, nie wynosząc z niego nic (poza
ubraniami), uznał że pod jej opieką zostają dzieci, więc nie może inaczej...
mimo jej wrogiej postawy w stosunku do niego i mnie, starał się być zawsze w
porządku i nigdy nie wciągać w ich sprawy dzieci; ja oczekiwałam tylko
jednego, że dzieci będą zachowywały się wobec mnie z szacunkiem, ofiarowując
im wszelką pomoc jakiej będą oczekiwały i tyle sympatii ile tylko zdołam, w
ich wewnętrzne sprawy (całej rodziny, więc i stosunki z dziećmi i stosunki
między byłymi małżonkami) się nie wtrącałam bo uważam że to nie moja tylko
ich sprawa (czasami mi się tylko tu „ulało”...)
i tak działało to kilka miesięcy... miałam nadzieję na to że ta sielanka
potrwa do pełnoletności dzieci i wtedy jego kontakty z ex się skończą i
właściwie to jawiła nam się świetlana przyszłość z gatunku tych „i żyli długo
i szczęśliwie”...
dzieci z matką mieszkają w trzypokojowym mieszkaniu (należącym do niej), my
mieszkamy w jednym pokoju (jest moje od ponad 10 lat); na utrzymanie i
wyposażenie ich domu zarabiał on sam (tutaj błagam, nie wmawiajcie mi że
decyzja o pozostaniu kobiety w domu zawsze jest wspólną decyzją małżonków, tu
tak nie było! tak jak i z decyzją o drugim dziecku), do mieszkania w którym
mieszkamy chwilowo nic nie trzeba, wszelkie plany remontowe przenieśliśmy na
za kilka lat, jak dzieci zaczną na siebie zarabiać i wydatki ojca ograniczą
się do pomocy finansowej, a nie utrzymywania; dodatkowo umówiliśmy się między
sobą że z każdego niezaplanowanego grosza, który on przyniesie coś odłożymy,
tak by było choćby kilka złotych na początek ich dorosłego życia (niewiele
pewnie ale w takim momencie pewnie każda złotówka się przyda)
wybaczcie ale jak patrzę do lustra to nie widzę złej macochy (nie dam się
przekonać że jestem wredną i pełną żądań jędzą), przy czym mój stosunek do
nich uważam za naturalny i nie odgrywam przed otoczeniem roli odejmującej
sobie od ust by dla innych było bo nie lubię zachowań teatralnych, opisuję to
teraz tylko dlatego że uważam za istotne w tej sprawie...
wczoraj byliśmy na imieninach mojego prawie teścia, dzieci też były i właśnie
jedno z nich w trakcie rozmowy powiedziało że mama go prosiła o przekazanie
że ojciec ma zacząć zbierać pieniądze bo ona chce zamienić mieszkanie na
większe bo się nie mieszczą (brakuje im czegoś w rodzaju pokoju
komputerowego, bo nocami w internecie może siedzieć tylko ten w czyim pokoju
jest komputer, i salonu, bo w każdym pokoju ktoś ma sypialnię i nie ma gdzie
przyjmować gości), jeszcze nie wiadomo ile ale jak mama znajdzie coś co
będzie odpowiadać jej oczekiwaniom to powie ile trzeba dołożyć (!)
nas zatkało! ja się nie wypowiadałam (nie moją rolą rozmowa na ten temat) ale
mój pan nieopatrznie zaczął oponować mówiąc że trochę za wiele od niego
oczekują (uważam, że źle zrobił bo to jest sprawa między nim a jego byłą i
nie powinni w to wciągać dzieci ale ona kazała im przekazać... no i poszło!)
i wtedy usłyszał od syna że to ta „pazerna k...a” (czyli ja) go doi i na jego
własne dzieci nic już nie zostaje, że w domu prawie przymierają głodem, że on
kupił i wyremontował mi mieszkanko a syn w starych łachach chodzi! wykład był
długaśny, oberwało się wszystkim w tej rodzinie ale główną winowajczynią
obwołana zostałam ja!! i to ja, diabeł wcielony, mam zły wpływ na tych
wszystkich ludzi z otoczenia ich ojca! właściwie to winna jestem wszystkiemu,
nawet temu że syn ma problemy z fizyką bo z mojego podpuszczenia ojciec nie
chciał „wpłynąć” na nauczyciela, tylko wysłał do znajomego na korepetycje
(kurde, nawet mi się mój pan nie przyznał że był naciskany o danie łapówki
nauczycielowi!)
wszyscy przeżyli szok! próbowali powiedzieć że tak nieładnie i niegrzecznie i
że zaszokował ich poziom wypowiedzi ale byli tak wytrąceni z równowagi że
wypadło to bardzo blado (ale nie mogę złego słowa powiedzieć o ich reakcji
byli zszokowani i nie wiedzieli jak się zachować, właściwie poza
natychmiastowym przeproszeniem mnie za zachowanie członka rodziny nie
wiedzieli co zrobić - młody zachował się tak, jak nikt z otoczenia tej
rodziny się nie zachowuje i z czymś takim się nie spotykają, chyba że
przypadkiem)
mój partner stanął w mojej obronie, jeszcze planuje spotkać się z nimi razem
i każdym z osobna i wygłosić pogadankę na temat dobrego wychowania, szacunku
dla starszych itp, a potem pewnie będzie próbował wyjaśnić i skorygować
błędne informacje ale ja się przeraziłam... wyszło z tego że dzieciaki są
karmione jadem i że ten jad do nich powoli trafia, że może się zdarzyć że
najwięksi moi wrogowie to będą dzieci mojego ukochanego, że muszę się liczyć
z powtórką tej „miłej” sytuacji, że właściwie mój życzliwy stosunek nic nie
znaczy, bo zawsze będę winna temu że zabrakło na coś (grę, komórkę, nową
kurtkę czy wakacje w górach...), potem się okaże pewnie że przeze mnie ojciec
nie kupił im samochodów czy mieszkań... przecież nigdy nie było w tym domu
jakiś wyjątkowych pieniędzy (on zarabiał sam na troje osób), teraz daje
naprawdę tyle ile przed wyprowadzką, jej załatwił dobrze płatną pracę... nie
twierdzę że im zbywa ale twierdzenie że ja im odbieram...?!!
nie wiem co zrobić, uśpili moją czujność... byłam przygotowana na batalię, na
walkę o to by mnie zaakceptowały, by nie widziały we mnie wroga ale teraz to
ja nie wiem co robić, bo jak tu się zachować gdy wszystko jest w porządku,
prawie idealnie ale w każdej chwili może coś takiego wyskoczyć...