dyderko
12.04.07, 15:17
Rozeszli się z pół roku temu – za obopólną zgodą (walka była tylko o alimenty
i kontakty z dziećmi). Z pół roku wcześniej się wyprowadził (nie była
zadowolona – typ, który lubi mieć chłopa, nieważne jak jej z nim jest). Od
momentu wyprowadzki dyszy nienawiścią i pluje żółcią (właściwie to ją
rozumiem – rozsypał się jej świat, może nie szczęśliwy, ale znany). Jednak
przedstawia światu bajeczkę, że ona go z domu wyrzuciła, więc w towarzystwie
obcych się opanowuje, pozwala sobie na szczerość zachowań i uczuć tylko wobec
niego i jego dzieci (ja na szczęście nie mam kontaktu, trzeba przyznać, że
poza wymyślaniem epitetów na mój temat nie interesuje się mną).
Tak więc żyjemy sobie przyjemnie on mieszka ze mną, ona z dziećmi. On każdą
wolną wspólną chwilę, swoją i dzieci, spędza z nimi (kino, spacer, lody,
wizyty u lekarza, nigdy u nich - do domu nie ma wstępu), płaci alimenty
(niezbyt wysokie ale jest to 40 % dochodów, więc nie za bardzo ma możliwość
więcej), kupuje drobne prezenty, daje kieszonkowe. Propozycje pomocy
osobistej lub próby porozumienia w celu uzgodnienia taktyki wychowawczej
pozostają bez odpowiedzi (jak słyszy głos w słuchawce odkłada telefon, pocztę
nieotworzoną odsyła, na e-mail’e nie odpowiada, numer gg zmieniła). Jak
czegoś chce to przekazuje dzieciom np. „powiedzcie temu [...], że ma
natychmiast przepisać gaz na mnie”. Dodatkowo wiemy, że o nim i o mnie dzieci
słyszą tylko obelgi, że robi im awantury o rozmowy telefoniczne z ojcem
(dostały komórki, które opłaca ojciec), wściekła się nawet o to że ojciec był
w szkole i rozmawiał z wychowawcą.
Ostatnie święta - NM poprosił dzieci o spotkanie w któryś dzień Świąt
Wielkanocnych u jego rodziców. Dzieci jakoś wyprosiły, wynegocjowały lub w
inny sposób uzyskały zgodę matki i przyjechały w Wielką Niedzielę po południu
do dziadków by z nimi i nami trochę świątecznego czasu spędzić. Jechaliśmy do
jego rodziców w oparach szczęścia i nadziei na przyszłość. Wydawało się, że
wszystko idzie ku dobremu. Było miło, ciepło, życzliwie, radośnie... jak to w
święta. Przed wyjściem syn podał NM kartkę od swojej matki. Zwykłą kartkę,
złożoną na pół, nawet nie w kopercie, na której była informacja napisana
tonem nieznoszącym sprzeciwu, że ma on natychmiast dać jej połowę kosztów
wakacji dla dzieci bo jak nie da to ona natychmiast idzie do sądu. Ton, brak
wcześniejszych rozmów (nawet nie wiedział że są takie plany i czy dzieci
chcą), straszenie sądem, przekazywanie tego przez dzieci! I to wszystko w
Wielką Niedzielę! NM aż poszarzał, całą noc nie spał, właściwie święta miał
zepsute. Wprawdzie wymyśliliśmy przez noc skąd zdobyć pieniądze ale przecież
nie w tym problem. Wiedzieliśmy, że dzieci trzeba będzie wyprawić na wakacje,
wiemy że i ona w Lotto nie wygrała, powinniśmy się liczyć z tym że będzie
chciała by ojciec się dołożył, nie powinno nas to zaskoczyć. Poruszył nas
ton, wypowiedzi, użyte słowa, straszenie sądem, no i przekazanie tego przez
dzieci (niech widzą że ojca można potraktować jak służącego – pewnie uważa że
im to dobrze zrobi).
To był wstęp, teraz problem. Przez te całe święta, przygotowania, wątpliwości
co do spotkania z dziećmi zapomnieliśmy o alimentach, jak się zorientowaliśmy
to okazało się że jest ostatni moment by je jeszcze w terminie przesłać, bo
wysłane na drugi dzień dojdą z opóźnieniem. A on powiedział NIE. Nie będzie
biegł do banku. Nie będzie stał w kolejce. Nie będzie płacił za piorytet. Nie
zrobi nic, bo on jej nie będzie już w niczym pomagał! Zaciął się i nie słyszy
argumentów, ani nie rozumie co się do niego mówi. Żadne tłumaczenia że
alimenty są dla dzieci a nie dla niej, żadne dantejskie wizje komornika
zajmującego jego pensję, żadne teksty o tym że jego matka się go wyprze, a ja
stracę zaufanie, wizja dzieciaków pytających dlaczego nie płaci też go nie
rusza - nic nie działa! Rozmawiam z Łysą Górą i takie same mam, jak od niej,
odpowiedzi.
Efekt jest taki że od kilku dni nie rozmawiamy. Nie wiem czy zapłacił czy
nie. Nie wiem co zrobić. Wierzę że to dobry człowiek, że po prostu
przekroczono granicę jego odporności ale... co teraz? Mam się odezwać udając,
że nic się nie stało? Zapytać się jak problem rozwiązał? Przeczekać, bo coś
się przecież musi zacząć dziać? Co w takiej sytuacji mam zrobić?
No i jest jeszcze coś, mam wątpliwości, coraz więcej. Wierzę, że w ich domu
wiało chłodem i smagało lodem ale czy przypadkiem sam się nie dopracował
pewnych zachowań ze strony swojej byłej? Bo przecież jak można być tak
nieprzemakalnym na jakiekolwiek próby rozmowy?!