mamapodziomka
17.04.07, 10:39
Troche Wam potruje, bo chyba nikt inny tego nie zrozumie, a ja po prostu musze
to opisac
Na forum pojawilam sie przy okazji dzieci mojego eksa. Macocha bylam tylko
weekendowa, ale i tak bywalo ciezko. Nie znosilam tego balaganu w domu, ktory
pozostawal za kazdym razem, kiedy znikaly do mamy, bywalam czasem o nie
zazdrosna, mialam problemy, zeby polubic starszego. Z pieniedzmi tez nie bylo
lekko. Ogolnie rzecz biorac wygladalo to nieciekawie i w koncu zwiazek sie
sypnal. I zostawil mocne postanowienie, ze juz nigdy nie bede macocha....
Haha, oczywiscie ironia losu zadzialac musiala i jakos tak zupelnie
niespodziewanie, nie wiedzac kiedy, zakochalam sie w moim najlepszym
przyjacielu. Z dwojka dzieci, mieszkajacych pol na pol u niego i u mamy
(tydzien tu-tydzien tu). I jakos tak po pewnym czasie zapadla decyzja o
wspolnym zamieszkaniu. OK, OK trwa nadal miesiac miodowy, ale mimo wszystko
nie potrafie zrozumiec dlaczego te problemy z przeszlosci zupelnie zniknely??
Moze dlatego, ze dzieci NM znam juz dosc dlugo i obu ich juz od dawna bardzo
lubie? Moze dlatego, ze on traktuje mnie jak partnera i dzieci dosc szybko to
zaakceptowaly? Moze dlatego, ze dzieci sa dosc samodzielne, maja obowiazki i
jakos tak automatycznie zaakceptowalam je jako czesc wspolnoty?? Jasne, to
tylko dzieci, maja swoje wady, ale jakos mi to wszystko po prostu nie
przeszkadza...
Moze wplyw ma tez plec? NM ma dwoch chlopcow, ja mam corke, nie ma tej
najostrzejszej formy zazdrosci coreczki o tatusia i synka o mamusie?? Owszem
zdarza sie, ze dzieciaki sa zazdrosne, o siebie, albo o nas, ale jak do tej
pory udaje sie chyba calkiem niezle rozplatywac te problemy. Ostatnio na
przyklad obracajac zazdrosc w zart i zabawe. Moze tez dlatego, ze bedac u nas
sa u siebie w domu, a nie w gosciach, zapraszaja przyjaciol, etc. i jakos taki
ten czas jest normalny po prostu, a nie nadete celebrowanie dzieci
utraconych?? Ostatnio nawet przetrwalam logistycznie caly weekend z piatka
dzieci, z ktorych zazwyczaj przynajmniej dwojka sie klocila o cos i i tak
uwazam, ze bylo bardzo milo??
I chyba przede wszystkim dlatego, ze dzieci sa dla mnie wazne i chyba ja dla
dzieci tez, bo sie przejmuja jak jestem chora i same oferuja pomoc, jak akurat
jest duzo do zrobienia?? Zastanawia mnie tylko jaki wplyw ma na to, ze tak
dlugo juz sie znamy, NM jest nawet chrzestnym mojej corki, a z jego dziecmi
tez czesto spedzalismy czas juz wczesniej. Na poczatku troche im bylo trudno
zaakceptowac te nasza nowa role, ale i tak chyba poszlo o wiele latwiej niz
gdybysmy swoich dzieci wzajemnie nie znali.
Oczywiscie wiem, ze problemow bedzie jeszcze sporo, przede wszystkim dlatego,
ze eksia NM, ktora ogolnie jest bardzo w porzadku, chce sie wyprowadzic 800km
stad i zabrac dzieci i obawiam sie, ze niezle napsuje nam to krwi. A i
dzieciom pewnie sie sytuacja opatrzy i zrobia sie bardziej pyskate

tym
bardziej, ze starszy zamienia sie wlasnie w nastolatka

Ale i tak na razie
nie moge oprzec sie wrazeniu, ze w koncu w moim zyciu zaczyna sie ukladac i
jesli nadal tak bedzie, to moze nawet kiedys pokusimy sie o czwarte diablatko,
o przepraszam, anioleczka do kompletu
Pozdrowienia
Gosia