kylie7
29.04.07, 23:40
Krotko, dostalam prace w innym miescie, wcale nie lepiej platna, ale
ciekawsza. Moj M sie ucieszyl, sam chetnie by ze mna sie przeprowadzil, i nie
byloby problemu, ale – cytuje – „takie cos jest teraz niemozliwe, on najpierw
musi przeciez dziecko (9 lat) odchowac, to przez najblizsze 10 lat to i tak
nie wchodzi w gre”. No i oczywiscie znowu sie wkurzylam. Przeciez ona nie
jest niemowlakiem, czy on bedzie do jej 18-stki czekal, i dopiero wtedy moze
spokojnie patrzec na siebie?! Przeciez to jest chore!
Powiedzialam mu: „Ty to nazywasz wychowywaniem jej?! Raz w tygodniu co ja
masz?”
I juz zaczelismy sie klocic. Powiedzial mi, ze jestem niemozliwa, zaborcza,
zazdrosna, ze wyolbrzymiam ze chce go ograniczyc i jego milosc do dziecka! I
ze on uwaza, ze wcale nie przesadza ze swoja miloscia do dziecka, tylko wrecz
przeciwnie, wszystko to za malo! Ze gdyby on mogl, to chcialby ja miec
codziennie. A i tak nigdy jej nie zrekompensuje tego, ze musiala sie tyle lat
bez niego wychowywac i teraz prawie go nie ma, bo co to jest raz tylko
weekend. To wszystko malo.
Potem powiedzial, ze jak bedziemy mieli wspolne dziecko, to wtedy ja bede
miala inne zdanie o niej. I tym tez mnie wkurzyl. To co ma dziecko u nas
zmienic? Ze ja bede miala maskotke na kolanach (czyt. zajecie) a on wtedy
bedzie mogl spokojnie sobie z corka przebywac, bo ja sie nie bede juz
czepiac, bo bede zajeta? To on wtedy bedzie mial wolna reke? Bez sensu! Ja
jestem zla, bo on widzi w budowaniu nowej rodziny ze mna wtedy swobode w
kontaktach z corka, a nie nowa przyszlosc!! On wszystko robi przeciez pod
nia, ustawia plany, zycie, gdyby trzeba by nam bylo naprawde sie wyprowadzic,
bo gdzies by byla lepsza praca na przyklad, to on by tego nie zrobil, nie
zostawilby jej! To samo ale, gdyby ona sie wyprowadzila, on by poszedl za
nia, bez wzgledu na to, ze tutaj by kogos zostawil! Ja uwazam, ze to jest
przesada – nikt go ogranicza w kontaktach, nikt mu nie kaze mniej kochac, ale
on juz teraz stawia corke z bylego zwiazku na pierwszym miejscu, a potem
dopiero swoja nowa rodzine, czyli mnie i nasze dzieciaki – dobra, jeszcze ich
nie mamy, ale niedlugo chcemy, ale skoro on juz dzis tak stawia sprawe...
I nie rozumie mnie zupelnie. Twierdzi, ze facet ma zone, dzieci, a gdzie
indziej prowadzi inne zycie, ma kochanke itd. I skoro jest mozliwe, skoro tak
idzie, i ludzie to potrafia, to dlaczego on nie moze miec tez „drugiego
zycia” – czyli gdzies tam swojej corki. Ale ja znowuz nie potrafie sobie tego
wyobrazic, ze moj maz bedzie gdzies tam mial drugie zycie – dobra, nie
kochanke ale i tak... A on zas mowi, ze on sobie nie wyobraza, zeby w naszym
domu nie bylo miejsca dla jego corki – ona musi miec swoj pokoj, i jak bedzie
do nas przychodzic np. co weekend, to to bedzie tylko jej miejsce, i nikt w
ciagu tygodnia nie moze tam mieszkac. No hodowla ksiezniczki, moim zdaniem. A
jego zdaniem to ja ksiezniczka jestem (!) bo rodzice mnie tak wychowali, ze
teraz jak prawdziwa egoistka chce miec wszystkich i wszystko dla siebie...
Ale co to ma byc?? Myslalam, ze on chce ze mna budowac przyszlosc, miec
dzieci, a nie po to to, zebym ja siedziala cicho, a on mial wolna reke do
spotkan z corka! I najgorsze, ze on nie widzi w tym problemu! Ba, wrecz
powiedzial, ze to chyba normalne, ze on corce, ktora „jest polsierota” (???-
dziecko wychowuje matka, on ma ja co weekend- jaka polsierota??), ktora nie
ma pelnej rodziny, musi dac wiecej milosci, niz naszym dzieciakom, ktore beda
mialy te mozliwosc wychowywania sie w pelnej rodzinie!!
Ja nie wiem, czy on tak tylko teraz mowi, a wszystko sie zmieni, jak naprawde
bysmy mieli dziecko, to wtedy by zaczal za nim szalec, i nie bylby taki glupi
za nia, ale na dzis dzien, to mnie taka perspektywa po prostu przeraza...
Przeciez dziecko nie jest lekarstwem! A on uwaza, ze mi zrobi dziecko, to
wszystko sie ulozy! A przeciez sam najlepiej powinnien wiedziec, ze gdyby
wspolne dziecko poprawialo relacje miedzy kobieta a mezczyzna, to on nie
musialby sie rozwodzic! Dlatego mi sie wydaje, ze na dzis dzien gdybysmy
mieli miec dziecko, to dopiero moja frustracja by sie poglebila, bo jemu
doszedlby kolejny powod do wynagrodzenia corce schrzanionego dziecinstwa;
wtedy bedzie mial jeszcze wieksze poczucie winy, skoro dzis je juz ma! A mi
wtedy bedzie jeszcze gorzej: Jak to, mamy rodzine, wspolne dzieci, kochamy
sie, a on i tak woli tamte dziecko, ktore ma z inna kobieta...??!
Ja czarno widze nasza przyszlosc. Przeciez jak dzis to jest taki problem, to
co bedzie pozniej? Jak my nie umiemy sie dogadac, bo patrzymy na to z dwoch
roznych stron: ja jestem z boku, a on jest ojcem... Ja oczekuje od niego, ze
nasza rodzina bedzie dla niego najwazniejsza, a tamte dziecko bedzie obok –
nadal jego dzieckiem, ale nie powinnien jej traktowac lepiej od innych swoich
dzieci, a on wlasnie tak zamierza! Za duzo wymagam? A jak do tego dojdzie
jakis nie daj boze szantaz emocjonalny ze strony corki, to dopiero bedzie! Bo
moj M nigdy – na to na dzis dzien wyglada – nie stanie po stronie naszej
rodziny, tylko bedzie ja tlumaczyl: Bo ona ojca nie miala, cala zycie czula
sie mniej kochana, wiec dlatego on musi dzis za nia glupieć...?!