Manifest świętojebniętej

07.05.07, 14:22
Proszę o nie wykasowywanie ze względu na tytuł wątku, bo nieopatrznie dano mi moda i go przywrócę tongue_out

Czytam ostatnie kłótnie na forum, modny, wiodący teraz trend i wcale nie czuję się tożsamą z linią tego forum.
Ale, kurde, dlaczego, skoro też nie sprzątam po pasierbach (robią to same), gotuję rzadko (robi to ich ojciec), dystansuję się (gdy są na weekend idę do przyjaciółek, zamykam się w pokoju i czytam), nie daję sobie wejść na głowę (ojciec pilnuje by mnie szanowały), jak coś chlapną to wzruszam ramionami. Czyli żyję tak jak trzeba - nie poświęcam się, olewam ciepłym moczem. I, o zgrozo, nadal lubię i martwię się o pasierby.

Skoro teoretycznie powinnam się solidaryzować, to czemu nie czuję się tu ok?
I chyba wiem.
Kiepska ze mnie gospodyni domowa, towarzyszka życia i matka zapewne. W tym cały mój sukces.
Część forumowiczek była w życiu tresowana na gejsze i weszła w tę rolę zarzynając się dla nowej rodziny, kiedy ja miałam postawę "mnie to wali". Moją postawę mocno wspiera mój facet uważający, że jego dzieci, to jego problem i on ma się nimi zajmować. One wybrały być może mężczyzn nastawionych na coraz to bardziej doskonalony typ gejszy, którzy lubią mieć wszystko gotowe. Bo ja mam straszną wadę - dla mojego "misia-pierdzisia" też nie jestem gejszą. Ja to raczej katalizator domowych usterek, przypaleń, katastrof. W moim przypadku "leżeć i pachnieć", to po prostu być czy nie być bezpieczeństwa tego domu.

Dlatego mnie stać na to żeby pasierbiątka lubić, zajmować się nimi, spędzać czas. BO NIE MUSZĘ.

I dlatego bliżej mi zaczyna być exiom.
Sorry.
    • m-jak-magi Re: Manifest świętojebniętej 07.05.07, 14:35
      lilith chyle czola smile
      • bei Re: Manifest świętojebniętej 07.05.07, 15:29
        smile
        czyli nic na siłę i zdrowy rozsądek górą.
        Moje macochowanie to moje czyste chęci, tak samo jak matkowaniesmile
    • phidyle Re: Manifest świętojebniętej 07.05.07, 22:11
      Mozesz zapewne lezec i pachniec, ale nie wszyscy moga sobie pozwolic na taki
      luksus. Ja na przyklad musze gotowac, bo mam dziecko, musze codziennie sprzatac,
      bo dziecko brudzi i rozsiewa okruszki bulki, musze prasowac, na zmiane z NM co
      prawda, ale i tak dosc czesto, generalnie lubie miec w domu czysto i ladnie. I
      nie czuje sie gejsza, dlatego, ze gotuje i pieke nawet ciasta, tak sie sklada,
      ze moj partner nie umie, ale za to ja nie prowadze samochodu i on mnie wozi, on
      czysci lazienke a ja mu przygotowuje ulubiona salatke.
      Nie widze nic pozytywnego ani godnego chwalenia sie w fakcie, ze nie jest sie
      dobra gospodynia i matka. I nie sadze, by gwarantowalo to pozytywny kontakt z
      pasierbami. Ja na przyklad gotuje dla pasierba, bo uwazam to za oczywiste, kiedy
      jest u nas i nie zmuszam go do sprzatania, poniewaz jest w moim domu mimo
      wszystko gosciem. Wymagam tez jednak szacunku dla siebie i jego brak powoduje
      rozne konsekwencje w postaci barku "ekstrasow" i ogolnej sympatii w kierunku
      pasierba.

      • tautolog Re: Manifest świętojebniętej 07.05.07, 22:15
        Phidyle, azaliż na pewno odpowiadasz na tytułowy post?
      • joanna9969 Re: Manifest świętojebniętej 07.05.07, 22:45
        I jesli jestes z tym szczesliwa to bardzo dobrze .
        Bo kazdy powinnien zyc (albo starac sie tak zyc)tak jak mu dobrze.
      • m-jak-magi Re: Manifest świętojebniętej 07.05.07, 23:24
        nie zrozumialas przeslania phidyle...............
    • weronka77 Re: Manifest świętojebniętej 07.05.07, 23:38
      Ok mogłabym się pod tym podpisacwinkZ wyjątkiem martwienia się o pasierbówwink A
      M to taki sam jak Twój-aczkolwiek trochę zajęło "urobienie go"wink
    • chalsia Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 01:00
      > I dlatego bliżej mi zaczyna być exiom.
      > Sorry.

      mnie tam przepraszać nie musisz smile)
      Chalsia

      ps. klaski za odwagę cywilną.
    • lilith76 Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 09:52
      To skrócę do jednego zdania - nikt od macochy nie wymaga poświęcenia, ona sama to sobie wymóżdża w głowie, a potem sfrustrowana i zmęczona odgrywa się na innych.



      PS: A to w kwestii mojego skandalicznego prowadzenia się jako kobieta - w domu gotuję, sprzątam, bo też lubię jak jest czysto (ale też nie widzę sensu w chetaniu się) i zdaję sobię sprawę, że pojawienie się mojego dziecka podbije ilość pracy i obowiązków o 100%. Nie zmienia to faktu, że 80% rzeczy przy pasierbach, gdy są u nas wykonuje ich ojciec. Ja mu tylko pomagam.
      • e_r_i_n Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 11:37
        lilith76 napisała:

        > To skrócę do jednego zdania - nikt od macochy nie wymaga poświęcenia


        Jesteś tego pewna? Ode mnie też nikt niczeg nie wymaga, a nawet gdyby, to umiem
        sie temu przeciwstawic. Ale znam - osobiscie - macochy, ktore zyja z pietnem
        tej 'wrednej', nie kochajacej dzieci meza jak wlasnych. Tak wiec zdarza sie, ze
        jednak ktos (na przykład rodzina meza) tego poswiecenia wymaga. I tutaj reakcja
        zalezna jest od tego, jak silna osoba jest ta kobieta.
        • pom Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 11:50
          A mi M jest wdzięczny, jeśli robię coś dla jego dzieci.
          Wdzięczny. Bo to nie jest oczywiste.
          Życie jest różne, dziwnie się układa, potrzeba nam kompromisów.
          I M cieszy się z każdego z nich.
          Ja też, bo to znaczy, że umiemy tworzyć więzi i nam na nas zależy.

          pom_zadowolona
          • nsc23 Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 11:55
            Moj facet tez sie cieszy, ze mi sie dobrze z jego corka uklada i ze lubie dla
            niej robic rozne rzeczy i kupowac jej prezenty. Cieszy sie tez, ze sie o nia
            martwie i nie bagatelizuje jej problemow i zawsze potrafie mu pomoc, poradzic
            czy tez po prostu wysluchac jak chce o niej pogadac. I dla tej jego radosci,
            dla jej radosci i dla dobra ogolu uwazam, ze warto takie rzeczy robic.
            Tymbardziej, ze sama czerpie przyjemnosc z tego, ze moge innym sprawic radosc smile
          • mikawi Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 12:00
            podpisuję się pod pom, bo u nas jest podobnie; problemy w związkach macochowo-
            eMowych zaczynają się, gdy eMowie przestają postrzegać zaangażowanie partnerki
            w kategoriach wdzięczności parterce, a zaczynają - w kategoriach jej obowiązku
            i gdy parterki od razu nie ustalą granic swojego wkładu w życie dzieci
            • lilith76 Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 12:02
              Podpisuję się pod mikawi smile
              • nsc23 Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 12:05
                To ja sie jeszcze podpisze pod lilith od siebie dodajac, ze milo jest tez ta
                wdziecznosc odczuc smile
              • e_r_i_n Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 12:08
                W takim razie nie rozumiem skrotu manifestu smile
                • lilith76 Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 13:01
                  > W takim razie nie rozumiem skrotu manifestu smile

                  A ja uważam, że to się nie wyklucza smile
            • balladynka Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 12:34
              mikawi napisała:

              > podpisuję się pod pom, bo u nas jest podobnie; problemy w związkach macochowo-
              > eMowych zaczynają się, gdy eMowie przestają postrzegać zaangażowanie
              partnerki
              > w kategoriach wdzięczności parterce, a zaczynają - w kategoriach jej
              obowiązku

              No właśnie, nie ma to jak umiejętność zwięzłego pisania. Jak Ty to zrobiłaś, że
              ujęłaś w jednym zdaniu to co u mnie jest długie jak matura z polskiego?
      • balladynka Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 12:23
        > To skrócę do jednego zdania - nikt od macochy nie wymaga poświęcenia, ona
        sama
        > to sobie wymóżdża w głowie, a potem sfrustrowana i zmęczona odgrywa się na
        inny
        > ch.

        Eee tam, nieprawda, właśnie, że bardzo często wymaga, przynajmniej w moim
        przypadku. Ty z tego co piszesz masz komfortową sytuację albo tak sobie M
        wychowałaśsmile Gdyby mój M spokojnie robił dla dzieci (albo i nawet dla siebie po
        prostu, bo dzieci nie czynią tu żadnej różnicy – kwestia podejścia do podziału
        ról domowych co do zasady) czasami obiad z trzech dań przytachawszy uprzednio
        ze sklepu osiem kilo różnych frykasów, spokojnie patrząc jak ja leżę, pachnę i
        czytam książkę to ok, mogłabyś stwierdzić, że wymóżdżam zamiast pachnieć. Ale
        nie tak to wygląda w praktyce. W praktyce wygląda to tak, że M oczekuje ode
        mnie, że to ja przytargam te siaty, odstoję swoje przy palniku a w dodatku
        zapewnię dzieciom wszystkie te atrakcje których oczekują. Cytuję: "bo w
        normalnych rodzinach jest matka w domu, która się dziećmi zajmuje...", w wolnym
        tłumaczeniu: "podczas gdy mężczyzna leży na kanapie i pstryka pilotem a ja
        biedny żuczek muszę coś zrobić sam wokół swoich własnych dzieci." Dodam, że mi
        wcale nie przeszkadza zrobienie czegoś dla dzieci M, korona mi z głowy nie
        spadnie, ale co bym nie robiła to dla M będzie i tak niewystarczające, bo albo
        by jeszcze chciał widzieć w tym niewiadomo jakie uczucie albo i tak coś tam
        nieprzyjemnego dla niego zostawiłam typu pozbierać zabawki z podłogi czy coś,
        zamiast zrobić to sama, jak "w każdym normalnym domu"smile

        Podsumowując, często to nie macochy ale eMowie mają wobec macoch oczekiwania
        (związane z obowiązkami lub emocjami, które powinny być ich udziałem), które
        powodują u macochy albo poczucie poświęcania się (jeśli starają się spełniać te
        oczekiwania wbrew swoim chęciom, możliwościom czy planom) albo poczucia winy
        (jeśli ich akurat nie mogą lub nie chcą spełnić). No bo jeśli ja mam ochotę w
        ten weekend zrobić sobie dzień dziecka, nie gotować (zawsze przecież można coś
        zamówić) i poczytać książkę to mam przed sobą następujące scenariusze:
        1. Nie gotuję, czytam całymi dniami książkę, w rezultacie M musi biec do
        sklepu, młody podnosi larum, że mu się nie chce, M uspakaja młodego obietnicą
        batona, w sklepie gubi młodą między półkami, po drodze do domu jedna z czterech
        siatek pęka i tłucze się mleko, młody uważa to za arcyzabawne podnosząc i tak
        już wysokie ciśnienie M, wracają do domu (ja nadal czytam, bohaterowie właśnie
        się spotkali i w sobie zakochują), M przez dwie godziny stoi przy kuchence
        gotując obiac i wysłuchując od młodego, że mu „się nudzi”, M serwuje obiad
        (główny bohater właśnie się oświadcza), obiad młodemu nie smakuje i tym razem
        to M, nie ja, jest odpowiedzialny za ten dyskomfort młodego,. Chociaż mi już
        żal M, że się tak miota po domu spocony na maksa, ja nadal leżę, pachnę i
        wkurzam M tym widokiem do nieprzytomności. Gdzieś tak około godziny 18
        bohaterowie się pobierają, my z M wręcz przeciwnie a do tego mam straszne
        poczucie winy, że jestem złą macochą, złą partnerką, egoistką do kwadratu,
        zupełnie niepomocnym sobkiem.
        2. Wybieram opcję numer 2, se myślę: pomogę M w jego obowiązkach, zadbam o
        stosunki - pędzę do sklepu, uginając się pod ciężarem reklamówek, z wiadomych
        względów przechodzę obojętnie obok oferty weekendu dla dwojga wzdychając
        zaledwie jeden raz (lata praktyki robią swoje), winda nie działa jasny gwint!
        Wchodzę zatem z zakupami na nasze piętro na dwie raty, po otwarciu drzwi
        umiejętnie lawiruję pomiędzy butami, kurtkami, zabawkami, ślizgam się na
        piłeczce pingpongowej ale cudem jakimś w ostatniej chwili łapię się wieszaka z
        ubraniami. Jednakże upuszczam jedną z siatek i tłucze się mleko, młody wraz z M
        uważają to za arcyzabawne. Podczas gdy M leży na kanapie otoczony gromadką
        dzieci niczym w jakiejś pieprzonej reklamie Żurku Winiary ja w kuchni spędzam
        dwie godziny gotując: schab dla młodego ale bez sosu, koniecznie jakiś sos dla
        M, surówkę z marchewki i jabłka: z cytrynką dla młodej, z chrzanem dla M, z
        cukrem dla młodego bo taką lubi jak się dowiedziałam tydzień temu. W
        międzyczasie kiedy gotują się kartofle podejmuję nieudane próby poczytania,
        zafajdując sobie książkę oliwą z oliwek i zapominając się co do piekarnika.
        Serwuję obiad, okazuje się, że młody już nie lubi z cukrem, ba! w ogóle nie
        lubi marchewki i chętnie zjadłby pomidora zaś M stwierdza pod nosem, że chyba
        coś ten schab przypalony jakby. Mam ochotę wbić mu nóż w samo serce i
        przekręcić zgodnie ze wskazówkami zegara. Atmosfera robi się lekko zagęszczona
        zwłaszcza, że pomidor okazał się za zielony, po czym słyszę od M, że „Ty jak
        masz już coś zrobić to lepiej nie rób jak masz to robić z taką miną”. Nadejszła
        wiekopomna chwila zmywania. Zmywa M, ale już coś widzę, że zły bo obiad zrobił
        swoje z poziomem cukru i chętnie by poleżał zamiast zmywać. Z chęcią bym
        wreszcie zasiadła nad książką ale wiem co będzie (patrz punkt 1 powyżej) więc
        wynajduję sobie różne zajęcia: a to łóżko pościelę, a to wody do wanny
        napuszczę, a to piżamki przygotuję, żeby coś się działo, żeby M nie miał
        poczucia, że „się izoluję”, „nie integruję się z jego dziećmi”, „nie pomagam a
        on ze wszystkim jest sam”. I jeśli widzę wdzięczność od M za tę moją pomoc to
        jakoś lepiej mi się to wszystko robi ale jak bierze to za oczywistość i tylko
        stawia wymagania albo krytykuje, że miłości za mało, tego za mało, tamtego za
        dużo, tu krzywe spojrzenie, a tam mi się zmęczenie czy niezadowolenie
        wyrysowało na twarzy i, nie daj Boże, chęć odpoczynku w samotności, to mam
        ochotę mu normalnie tak przyfasolić patelnią, żeby mu w pięty poszło. I to jest
        chyba właśnie clou całej sprawy: łatwiej dawać jeśli nie ma musu. Tylko, że ten
        mus często nie pochodzi od nas ze środka tylko własnie z zewnątrz, ludzie
        bardzo szybko przyzwyczajają się do otrzymywania pewnych rzeczy, szybko
        przestają mówić dziękuję i zaczynają coś, co jeszcze kiedyś było extrasem czy
        dobrą wolą, traktować jako oczywistość, tak się dzieje często w różnych
        relacjach i przeciw temu czasem bunt. Wydaje mi się, że tam gdzie nie ma
        oczekiwań a są prośby i tam gdzie jest wdzięczność, nie ma poczucia poświęcania
        się.

        Także kochana, Ty się ciesz że Twój M bez szemrania taki samowystarczalny jestsmile

        • konkubinka Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 12:44
          dla mnie pasierb przestaje byc tylko pasierbem z chwila narodzin wspolnego
          dziecka.Jest juz wtedy rodzenstwem przyrodnim.
          Trzeba jednak umiec odroznic poswiecenie dla dziecka od poswiecenia dla faceta
          i do tego jeszcze czasem dochodzi poswiecenie w slusznej sprawie.
          Mysle , ze pasue tu przyslowie "co za duzo to niezdrowo".
        • lilith76 Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 13:00
          Przepięknie to balladynko napisałaś!
          Masz u mnie za to piwo!

          No właśnie - u nas od zakupów jestem ja, często też i ja gotuje te obiady uwzględniając wypadkową gustów wszystkich. M jest od śniadań, kolacji, kąpania, ubierania, prasowania, pilnowania aby zjadly mój obiad prawie w całości i bez grymasów. W inne dni domem zajmuję się ja, tak jak tylko moje dwie lewe ręce potrafią.
          W tygodniu, on wychodzi wcześniej z pracy, odbiera dzieci ze szkoły, robi im w domu jedzenie. Potem wracam ja i gotuję obiad dla nas dwojga. Albo i nie wracam bo znowu gdzieś wychodzę.
          Ale ja wiem, że w każdej chwili mogę rzucić, że wyjeżdżam na weekend, wychodzę na cały dzień i mają dom tylko na swojej głowie, a on powie "ok, nie ma sprawy".


          Oczywiście, gdyby z nami mieszkały nie było by tak super. Pewnie byłoby ciężko. Nie mogłabym już wszystkiego zrzucać na ich ojca.
          Zdaję sobię tez sprawę, że gdy jest "szalona eks" i negatywnie nastawione, nie wychowywane przez nikogo pasierby, to na nic manifesty. Nie ma dobrej woli, bo rozbija się o ścianę. Dlatego niektóre z macoch tutaj rozumiem.
        • chalsia Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 13:27
          niemniej jednak to macocha się zgadza albo nie na opcję 1 lub 2 - i powinna
          robić to (jako dorosła) z pełna świadomościa, jakie każda z opcji przyniesie
          dla niej konsekwencje.
          I dlatego stwierdzenie Lilith jest słuszne, że to do macochy zależy.
          Chalsia
          • mamba30 Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 16:19
            chalsia napisała:

            > I dlatego stwierdzenie Lilith jest słuszne, że to do macochy zależy.
            > Chalsia


            Myślę, że do tego trzeba Chalsiu dojrzeć. Większość z nas przynajmniej
            przechodzi taki specyficzny okres ikubacji, u jednych trwa krótko, u innych
            latami a i znajdzie się odsetek wiecznych cierpiętnic. Ja byłam cierpiętnicą 2
            lata, w pierwszym kwartale 3 roku dojrzałam i to bardzo w tej materii. W tej
            chwili nawet moja poroniona teściowa może mi nafiukać i mam w rzyci jej
            stwierdzenie, że nie mam dobrych stosunków z małą, jakby to sobie cały świat
            życzył. Wkładałam, wkładałam i za przeproszeniem goowno miałam, zniechęciłam
            się, mam nadzieję, że już na zawsze. Aczkolwiek z tym u mnie krucho, bo i serce
            mięciutkie.
            • chalsia Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 16:38
              tylko, że niektórzy etapu niedojrzałości pazurami się trzymają.
              Chalsia
              • mamba30 Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 16:49
                Wtedy to już jest ich wybór i konsekwencje i nie powinny obarczać
                odpowiedzialnością osób trzecich. Nie mniej jednak jestem w stanie zrozumieć
                takie osoby, może dlatego, że sama bardzo długo dojrzewałam do przerwania
                toksycznego związku z exem. Ktoś stojący z boku mógłby mnie osądzić, że byłam
                taka czy smaka, bo nie potrafiłam tego uciąć, a ja z własnej perspektywy
                postrzegania faktów i sytuacji, w której byłam, mogę rzec, że nie było łatwo i
                że nie miałam ku temu warunków itd. itp.

                Kobiety, które poświęcaja się za wszelką cenę i na zawsze pasierbom, czy tez
                innym osobom wbrew swojej woli, robia z siebie cierpiętnice, owszem, ale też
                nie zawsze do końca znamy podłoże takich sytuacji. Dlatego też ja osobiście
                wolę się powstrzymywać od wydawania osądów czy tez komentarzy, bo sytuacji do
                końca nie znam. Wiem natomiast jedno - nie każda kobietka potrafi mimo wszystko
                być tak twarda jak ja (przykłady z otoczenia) i nie umie sobie radzić z
                codziennymi faktami. Czasami też procentuje to tym, że odpowiedzialność za
                zaistniałe okoliczności zwalają na otoczenie. Troszkę naookoło to napisałam,
                ale chyba mniej więcej zrozumiesz.
                • mikawi Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 17:06
                  a ja tak sobie myślę, że to w ogóle cecha kobiet, niekoniecznie macoch - takie
                  branie na siebie wszystkiego i za wszystkich - mężów i dzieci (własnych). Żeby
                  wyręczyć, odciążyć, pomóc - jako żona, matka, kobieta, strażniczka domowego
                  ogniska. I rzeczywiście, zgadzam się z mambą, od poziomu asertywności i
                  zdrowego egoizmu kobiety zalezy, ile tego na siebie przyjmie a kiedy postawi
                  granicę i znak stop. Mało jest Matek Polek, które tyrają za cały dom od świtu
                  do nocy, obsługują zmęczonego po pracy męża i ukochane dzieci, coby się nie
                  zmęczyły domowymi obowiązkami za bardzo? A w zamian nie ma wdzięczności tylko
                  przekonanie najbliższych, że tak ma właśnie być.
          • mamaika Re: Manifest świętojebniętej 08.05.07, 23:23
            Wszystko pięknie i ślicznie , ciekawa jestem tylko jak mocno życie 24 godziny
            na dobę z pasierbicami ot takimi jak moje zapewne nawet nie najgorszymi
            odmieniło by poglądy i życie co niektórych .PięknA jest teoria wyboru opcji
            numer 1 czy 2, szkoda tylko że w życiu niekoniecznie się sprawdza. Bo odnosząc
            do mojej sygnaturki to najzabawniesze jest to,że malpy może i nie moje ale cyrk
            niestety tak .
        • kicia031 Droga Balladynko 09.05.07, 09:00
          Przeczytala opis sytuacji, ktory nam tu z duzym zacieciem literackim
          przedstawilas i niestety, mimo calej sympatii do ciebie musze zapytac - czy ty
          masz kochana zle w glowie?
          Jak dlugo jeszcze bedziesz tkwic w relacji w ktorej ty masz jedynie obowiazki i
          zadnych praw? W ktorej stosuje sie wobec ciebie szantaz emocjonalny i oczekuje,
          ze zrezygnujesz z siebie w imie calkowitego poswiecenia dla celow twojego
          partnera?
          Czy ty sie juz nie liczysz w tym wszystkim? Czy warto? Zastanow sie, jak twoje
          zycie bedzie wygladalo za 10 lat? Wyobraz sobie, ze masz lat 70 i patrzysz z
          tej perspektywy na swoje zycie - co zobaczysz? teraz jeszcze masz szanse cos
          zmienic, wtedy bedzie juz za pozno.
          Pisze to oczywiscie w kontekscie calekj twojej sytuacji, ktorej ten opisany
          wycinek jest tylko bolesna egzemplifikacja... man nadzieje, ze cie nie
          urazilam, ale jest mi strasznie przykro kiedy ktos sie marnuje....
          • nsc23 Re: Droga Balladynko 09.05.07, 09:22
            kicia,
            dlaczego od razu sie marnuje? Nic mnie nie irytuje jak to, kiedy ludzie probuja
            mowic innym, jak maja zyc swoje zycie. Niektorym kobietom taki uklad pasuje,
            spelniaja sie w nim i - o zgrozo - nawet go LUBIA. To, ze ktos woli gotowac dla
            meza i dzieci (nawet cudzych) niz 'lezec i pachniec' i ze lubi dbac o innych i
            robic im przyjemnosc, to nie znaczy, ze sie marnuje. Niektorzy ludzie sie
            wlasnie w ten sposob SPELNIAJA.
            • kicia031 NSC 09.05.07, 09:29
              Poszukaj w wyszukiwarce postow Balladynki i zobacz, dlaczego dziewczyna sie
              marnuje i potrzebuje wsparcia.
            • m-jak-magi Re: Droga Balladynko 09.05.07, 09:34
              przeczytalas tekst balladynki dokladnie ??
              jesli tak to wyciagnij wnioski czy autorka tego postu spelnia sie w takiej roli
              do konca ??
              w moim odczuciu nie.
              ma partnera walkonia ktory nie dosc ze nie pomaga to jeszcze na dodatek nie
              potrafi docenic jej wysilkow.
              nawet jesli kobieta spelnia sie w roli gospodyni domowej to chce byc za swoje
              wysilki doceniana i chce aby jej praca byla szanowana.
              jesli tak nie jest - to jest wlasnie taka tresowana gejsza o jakiej mowi
              lilith.

              spelnic sie mozna w wielu konfiguracjach - chodzi jednak o to zeby nasz partner
              umial nas uszanowac i docenic nasza prace.
              nie wyobrazam sobie uczucia spelnienia w ukladzie jaki opisuje balladynka.
              czegokolwiek by nie zrobila pan M jest nieusatysfakcjonowany.
              w moim rozumieniu balladynka sie marnuje nie dlatego ze pierze, gotuje, prasuje
              i sprzata ale dlatego ze nie jest doceniana.

              twoja irytacja nie do konca uzasadniona.
              • nsc23 Re: Droga Balladynko 09.05.07, 09:40
                W takim razie, dlaczego wybiera opcje numer? Cos z tego musi miec, bo nie
                wierze, ze czlowiek sam siebie lubi 'umajac' w takie rzeczy.
                • nsc23 Re: Droga Balladynko 09.05.07, 09:44
                  oczywicie w poprzednim poscie ucieklo mi 2. Mialo byc 'w takim razie, dlaczego
                  wybiera opcje numer 2?
                  • lilith76 Re: Droga Balladynko 09.05.07, 09:55
                    Gdybyśmy znali odpowiedź na pytanie dlaczego człowiek twki nadal w związku choć najbardziej racjonalnym wyjściem byłoby odejście i rozpoczęcie nowego życia...
                    Nie burz się nsc23, ale jak ma się 21 lat to się wydaje, że wystarczy pstryknąć palcem i rewolucja dokonana, bo tak na prawdę jeszcze nigdy się nie rozbiło o ścianę własnych emocji i słabości smile
                    Ja balladynkę rozumiem.
                    Choć też kibicuję jej zmianom, bo tak piękne kobiety następcę znajdują w tydzień.
                    • nsc23 Re: Droga Balladynko 09.05.07, 10:52
                      "Nie burz się nsc23, ale jak ma się 21 lat to się wydaje, że wystarczy
                      pstryknąć palcem i rewolucja dokonana, bo tak na prawdę jeszcze nigdy się nie
                      rozbiło o ścianę własnych emocji i słabości smile"

                      Nie burze sie wink Jak sie ma 21 lat to sie tak nie wydaje, tylko tak jest.
                      Zupelnie inaczej czlowiek patrzy na sprawy niz jak ma lat 28, 30 i wiecej. Bo
                      jak sie ma 21 lat to czlowiek jest piekny, zdrowy i niesmiertelny. W zwiazki
                      sie wchodzi i ze zwiazkow sie wychodzi i czlowiek nie boi sie samotnosci, bo
                      trwa ona gora tydzien wink Niestety im czlowiek starszy tym z tym jest gorzej.
                      Moze rzeczywiscie troche dziwnie reaguje na niektore posty, ale mowiac szczerze
                      jest to pierwszy raz, kiedy mam okazje porownac sie z kims innym. Przez ostatni
                      rok nie znalam nikogo, kto bylby w podobnej sytuacji do mnie (macocha, zwiazek
                      mieszany, zycie z dala od domu. Niewiele osob ma tak nakombinowane jak ja smile).
                      Dlatego dopiero teraz widze, ze mozna w zyciu postepowac inaczej niz ja to do
                      tej pory robilam i sa inne 'modele' ukladow macocha-pasierbica.
                      Posiedze tu chwilke to sie przyzwyczaje i mnie przestana pewne rzeczy dziwic smile
                • m-jak-magi Re: Droga Balladynko 09.05.07, 09:52
                  naprawde nie wiesz?? ty nic w zyciu nie robisz w imie swietego spokoju ??
                  trudno mi z kolei w to uwierzyc.

                  zycie to niestey jeden wielki pieprzony kompromis. nie znam nikogo kto jest do
                  konca takim kompromisem usatysfakcjonowany.
                  byc moze sie myle ale odnosze wrazenie ze jestes jeszcze bardzo mloda osoba i
                  podchodzisz do wielu kwestii zbyt kategorycznie.

                  czasem robi sie cos na przekor sobie bo obserwowanie jak inni "tylko probuja"
                  cos robic zbyt wiele psychicznie nas kosztuje.

                  ja np wole przewinac smierdzace kupsko mojego 2miesieczniaka niz patrzec jak
                  meczy sie z tym moj m. wiem ze zrobie to lepiej, szybciej i dzieki temu unikne
                  obsranego po pachy dzieciaka. nie powiem jednak ze tego rodzaju zajecia
                  przedkladam na relaks przy kawce. ot zycie czasem i z gownem zmierzyc sie
                  trzeba......
        • kasia_kasia13 Re: Manifest świętojebniętej 09.05.07, 11:39
          Balladynko, ale Ty sie na to wszystko godzisz!!!!!
          I, pamietajac Twoj poprzedni watek, dziwie sie, co Ty robisz w tym zwiazku.
        • balladynka Re: Manifest świętojebniętej 09.05.07, 20:35
          O matko Boska! Ale sie rozpetalo. Kochane! Tym razem slowo honoru mialo byc nie
          łzawo ino wesolo i z autoironia, i teoretycznie w temacie oczekiwan facetow
          wzgledem macoch/(kobiet?) bom sie z teza Lilith nie zgodzila, ze ich brak i
          macochy same sobie wymozdzaja. Pragne tez zdementowac moja martyrologie
          kuchenna bo jeszcze ktos kto mnie zna przeczyta i sprostuje wiec juz lepiej jak
          sama to zrobiesmile Takze spoko wodza – czasem pachne a pracuje M, co nie
          przeszkadza mu MIEC OCZEKIWANIA. Zaloze sie, ze nawet maz naszej slynnej m-m-m
          je kiedys mial ale mu je szybciutko wybila z glowy, he he.

          A w ogolnosci wielkiej w temacie mojego zwiazku to jest jak jest oczywiscie ale
          naprawde nie chcialam uzurpowac tego watku na moje prywatne smęty.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja