kimbeli
04.06.07, 15:17
Jak pewnie część z Was wie, nie jestem macochą. Jestem za to rozwiedzioną, a
wcześniej porzuconą eksią, która ma dwoje dzieci. Nie jestem też częstym
uczestnikiem forum - podczytuje go zwykle jak mam chwilę czasu lub chce coś
poddać pod dyskusję. Zawsze są to jakieś moje osobiste problemy.
Chociaż z zawodu jestem analitykiem, wiem, że jest tyle prawd, ilu
zaangażowanych w problem i rozwiązanie zwykle polega nie na wyłuskiwaniu
jedynej prawdy, ale na poszukiwaniu kompromisu możliwego do zaakceptowania
przez wszystkich.
Teraz też podczytując zaległe watki poczułam, że jest mi przykro. Może nie
mnie osobiście, ale tak ogólnie. Nie chce dopisywać sie pod tymi postami -
przecież nie chodzi mi o napiętnowanie osób, ale o przedyskutowanie problemu.
W czym rzecz: spotykam się często ze stwierdzeniem, że matki buntują
pasierbów, które źle się odnoszą do macoch i własnych ojców. I mówiąc szczerze
zastanawiam się, czy to jest podłość ze strony wypowiadającego się, głupota,
poczucie wyższości - zabrałam jej chłopa, czy może wiedza poparta konkretnymi
informacjami?
Na pewno są takie kobiety, które mówią źle o ojcach i ich nowych partnerkach.
Byłabym bezdennie głupia, gdybym uważała inaczej. Ale czy nie można próbować
ich jakoś zrozumieć? Nie usprawiedliwiać, czy pochwalać, ale właśnie zrozumieć.
Obawiam się jednak, że ogólnonarodowa

norma jest inna. A może mnie sie
tylko tak wydaje i popełniam błąd nadinterpretacji
Dlatego powiem o swoim przypadku: nie miałam powodów kochać swojej
następczyni, więcej - miałam ją ludzkie prawo nienawidzić. Tak jak i byłego.
Jednak nigdy żadne z moich dzieci nie usłyszało złego słowa ani na niego, ani
na nią. Co sobie myślałam, to myślałam, ale o tym wiedziałam tylko ja.
Za to moi chłopcy drugiej żony "tatusia" nie cierpieli serdecznie, a i do
niego samego mieli niejedno (i to zanim "tatuś" pokazał się z jak najgorszej
strony).
Czy myślicie, że dziecko to taki upośledzony dorosły, który nie widzi i nie
słyszy a już na pewno nie wyciąga własnych wniosków? Nie ważne w tej chwili
czy są one prawdziwe czy nie. Czy nie widzi "nienormalności" swojej sytuacji?
Czy myślicie, że nie obserwuje wszystkiego bacznie w nowym domu ojca i nie
odnosi do swojej sytuacji, chociażby materialnej?
Czy nie widzi, jak ojciec odnosi się do swoich nowych dzieci albo do pasierbów
i nie porównuje ze swoimi kontaktami z ojczymem? Widzi i czasem ma poczucie
żalu, chociaż nawet obiektywna prawda jest inna.
Czy własne, rodzone dzieci nie zarzucają Wam czasem, ze je nie kochacie,
krzywdzicie, ze są adoptowane?
Dlaczego Wasi pasierbowie maja być inni? Bo są dziećmi z rozbitych rodzin i
nie mają prawa do normalnych nastolatkowych zachowań?
Przez jakiś czas opiekowałam się porzuconą córką mojego byłego męża. Nie lubię
tego dziecka, nie znałam go, mała obiektywnie nie jest sympatycznym dzieckiem,
ale starałam się, żeby dziecko tego nie odczuwało. I co?
Ano nic - ona mnie też nie lubi.
Najprościej byłoby stwierdzić, że w domu była nastawiana. Ale myślę, że prawda
jest inna - ona wyczuwa, że ja jej też nie lubię. Wyczuwa nienormalność swojej
sytuacji, gdy inne dzieci mają mamy i tatusiów a ona nie. W jakiś sposób nie
za to wini.
Po rozstaniu z mężem długo byłam sama. Pewnie nie byłam gotowa na nowy
związek. Z założenia odrzucałam możliwość związania się z rozwiedzionym
mężczyzną. Znając swoje relacje rodzinne, bałam się, że jego przeszłość, a
przede wszystkim konieczność wypracowania sobie relacji z pasierbami, będzie
rzutować na nasz związek.