blondgirl
02.07.07, 11:05
Od dawna rozmawiamy z moim NM o naszej wspólnej przyszłości. Jednak jakby od
niedawna wszystkie te rozmowy nabierają realnego kształtu, ponieważ mój NM
chciałby, żebym z nim wkrótce zamieszkała. Z jednej strony bardzo mnie to
cieszy, bo bardzo chciałabym z nim być, ale z drugiej strony uważam, że za nim
wspólnie zamieszkamy należy ustalić pewne kwestie.
Moi rodzice od najmłodszych lat wpajali mi, że jeśli sama nie zadbam o swoje
sprawy, to nikt za mnie i dla mnie tego nie zrobi. Dlatego też jeszcze przed
zamieszkaniem z NM w jego domu chciałabym kupić mieszkanie. Plan jest prosty -
mieszkanie kupuję z pieniędzy, które do tej pory udało mi się zgromadzić +
pomoc rodziców + kredyt. Mieszkanie zamierzam wynająć i z tych pieniędzy
spłacać co miesiąc ratę kredytową, a to co zostanie odkładać na swoje własne
konto, jako takie zabezpieczenie dla mnie samej. To na wypadek, gdyby jednak
nam się nie udało... W przeciwnym razie mieszkanie będzie dla naszego
wspólnego z NM dziecka, które planujemy w przyszłości.
Poza tym moja pensja (a zarabiam trochę więcej od NM) zasilałaby normalnie w
całości tzw. budżet domowy.
I w związku z tym mój NM uważa, że... jestem materialistką.
Poza tym na pytanie czy w ogóle ma zamiar się kiedyś ze mną ożenić (oczywiście
jeśli między nami będzie wszystko w porządku) - czy w ogóle to przewiduje, że
ponownie się ożeni - nie odpowiedział.
W związku z tym tym bardziej wydaje mi się realizacja mojego planu. Bo niby
jak ma to wyglądać? Wiecznie na tzw. "kocią łapę"? Nie mam nic przeciwko takim
związkom, ale sama nie jestem na tyle nowoczesna i postępowa. Poza tym to w
żaden sposób nie zabezpiecza mnie na przyszłość. Niech tylko stanie się coś
NM... Całość dziedziczy po nim syn, a ja zostaję na lodzie... Bez domu, bez
pieniędzy (bo zainwestowane w dom), bez niczego.
Albo niech nam nie wyjdzie po iluś tam latach... Będę miała wrócić do
rodziców? Z niczym?
NM ma 12-letniego syna. Jak do tej pory niczego nie potrafi mu odmówić. NM
bardzo chciałby, żeby mały zamieszkał z nami. Nawet jest gotów zrezygnować
wtedy z alimentów od matki (choć ja uważam, że to zły pomysł, bo alimenty
zawsze można odkładać małemu na konto). Wtedy jakby nie było i ja ponosiłabym
w jakimś stopniu koszty utrzymania młodego. Co nie stanowi dla mnie jakiegoś
wielkiego problemu.
Czy to coś złego, że chcę się zabezpieczyć finansowo na przyszłość? Czy to
jest materializm czy dalekowzroczność?