dyderko
10.07.07, 12:29
Mój partner płaci grzecznie umówione z Exią, a potem przyklepane wyrokiem
sądu alimenty (tj. chciała podwyższyć w trakcie rozwodu ale sąd się nie
przychylił). Teraz Ona od czasu do czasu wyskakuje żądaniami dodatkowych
pieniędzy na coś (piszę „żądanie” nie dlatego że czegoś chce ale dlatego bo
są w taki sposób przedstawiane ”masz natychmiast zapłacić na...”

.
Właśnie NM dostał dodatkowe zlecenie na rok (pełni obowiązki osoby która
dostała roczny urlop bezpłatny, jest zastrzeżenie że może to trwać krócej), w
związku z tym ma dostać jakiś dodatek (nie cały tysiąc). Z lubym uznaliśmy że
warto by dzieci nauczyły się pieniędzmi gospodarować (prawie pełnoletnie są a
dotąd nie dostawały kieszonkowego bo ich mamusia uważa że to ona musi uznać
czy zachcianka jest warta czy nie). Na nieszczęście powiedział już o tych
planach dzieciom a właśnie nam przekazały że Exia wybiera się do sądu o
podwyższenie alimentów (skądś się dowiedziała że zarabia więcej i to zna
dokładną kwotę). Mamy teraz problem, bo co będzie jeśli sąd nie uwzględni tej
czasowości podwyższenia dochodów i podwyższy alimenty? Ja się nie zgadzam na
układ w którym, prawie połowę dodatkowych dochodów będzie trzeba płacić exi
na alimenty dla dzieci (składa wiosek o prawie wszystko bo to co ma mu na
życie wystarcza, więc pewnie połowę jej przyznają), a do tego jeszcze te dwie
stówki na kieszonkowe (choć sama uważam że powinny dostawać), to z całej
podwyżki okupionej dodatkową pracą (a nie jest on nastolatkiem który sobie
może siedzieć w pracy całą dobę) i zmniejszeniem czasu spędzanego razem,
zostaną jakieś trzy stówki.
Gryzie mnie to potwornie bo jak byli małżeństwem to ona blokowała wszelkie
jego próby awansu, bo wiązało się to z wyjazdami a on miał obowiązek zaraz po
pracy przyjść do domu i z nią siedzieć. Wtedy to mikra pensja wystarczała jej
na utrzymanie dzieci! Teraz jak facet zaczyna coś osiągać to natychmiast
każdy dodatkowo zarobiony grosz ma oddać bo go nie ma z nią! Nawet nie z
dziećmi bo kontakty oni mają dobre i częste, choć wielu rzeczy nie może bo
ona blokuje (pamiętacie ostatni numer z awanturą bo chciał córkę zaprowadzić
do lekarza?). Zaczyna we mnie powoli wzbierać złość i gdzieś mi umykają
wszelkie ludzkie uczucia. Cały czas pilnowałam by w wyniku przepychanek
rodziców dzieciaki nie oberwały (o ile mogłam stojąc z boku i będąc tylko
doradcą jednego z rodziców). Ale teraz stwierdziłam, że dość! Nie podoba mi
się to że nawet kosztem dodatkowej pracy mojego już przecież partnera,
kosztem zmniejszającego się czasu tylko dla nas (normalna praca, praca po
godzinach, praca zabierana do domu, spotkania z dziećmi, a do tego inne
kontakty i sprawy i właściwie tylko sypiamy razem) ja nadal będę głównym
żywicielem rodziny. Wymóżdżyłam i w pierwszym odruchu powiedziałam
głośno „jak Ona wyszarpie te alimenty to Ty powiesz dzieciom że odebrała
pieniądze które miały być na kieszonkowe”, a on się zgodził.
Zamarłam i nie wiem co teraz. Mam dylemat, bo ja wcale nie chcę finansować
jego dzieci. O ile stan zastany akceptowałam, to jeśli w wyniku pewnych moich
poświęceń (głownie moich, bo przecież z dziećmi mniej się spotykać nie
będzie, czy też tym zagonionym, umordowanym człowiekiem nikt poza mną się
opiekować nie będzie) nadal ja zyskuję najmniej to ja mam gdzieś takie
układy. Ale z drugiej strony regularnie naszczujemy dzieciaki na matkę,
wprawdzie to 16-17 latki ale czy one jeszcze i to psychicznie zdzierżą?
A może przekonać go by sobie dał spokój z dodatkową robotą i przeznaczył
wolny czas raczej na wędkowanie (nad jeziorko mogę pojechać z nim, nawet
ewentualną rybę sprawić potrafię), będzie spokojniej, pożyje pewnie dłużej...