ponad lubieniem/nielubieniem

27.07.07, 22:09
Ostatnio sporo watkow poswieconych jest nielubieniu pasierbow. Kilka osob
pisalo, ze nie lubi ich, ale tak, ze oni o tym nie wiedza. Rozumiem wiec, ze
jesli potrzebuja np. wsparcia, to je otrzymuja?
Ja sama pisalam kilka razy o corce mojego M, z ktora w ostatnim czasie mial
on ( nie ja, bo ja jej nie widuje) wieksze klopoty. Teraz jednak jest mi jej
zal. Nie dostala sie na wymarzone studia, mimo, ze niezle zdala mature. Te
kierunki, ktore wybrala, przyjmowaly jednak z wyzsza punktacja. Pewnie ja to
strasznie boli, bo jesli jest choc troche podobna do ojca, to pewnie jest
ambitna:_))))
Wiem (od M), ze matka raczej jej nie wspiera; jest z gatunku tych, co to we
wszytkim widza sitwe, uklad i nieuczciwosc. Podobno jej mowi: widzisz biedne
dziecko, na nic Twoje starania... ale przeciez mozesz isc na jakies
studium...itd. Jak juz wspomnialam, mnie dziewczyny szkoda. Pogadam z M,
ktory na szczescie wrazliwy jest facet i stara sie ja pocieszac. Nie wiem
tylko - jak? Czy ktoras miala do czynienia z dzieckiem, ktore przezylo swoja
pierwsza powazna porazke? Co do takiego mlodego-doroslego trafia?
    • natasza39 Re: ponad lubieniem/nielubieniem 27.07.07, 22:43
      chyba nie ma metody.
      Każdy inaczej przezywa porażki i inaczej się w trudnych chwilach pociesza.
      Dla niektórych niedostanie sie na wymarzone studia to tragedia, a dla innych
      tylko komplikacja.
      Trudno coś radzić.
      Chyba Twój mąż, będzie wiedział najlepiej.
      • marta_kasia Re: ponad lubieniem/nielubieniem 27.07.07, 22:56
        Moze klopot jest takze w tym, ze i dla niego jest to swego rodzaju porazka.
        Tak mi sie przynajmniej wydaje. Nie chce go dusic o zwierzenia, bo na pewno nie
        jest mu milo.
        • natasza39 Re: ponad lubieniem/nielubieniem 27.07.07, 23:03
          marta_kasia napisała:

          > Moze klopot jest takze w tym, ze i dla niego jest to swego rodzaju porazka.

          Pewnie, że porażki własnych dzieci bolą bardziej niż własne, ale nie wolno, nam
          rodzicom, w takich chwilach tego okazać, bo wbijamy gwóźdź do trumny, a mamy
          dzieciom pomagać, a nie pognębiać.
          Mój syn dostał się na studia takie jak chciał, ale jakby się nie dostał nie
          okazałabym mu napewno tego, ze jestem z tego powodu niezadowolona.
          Wiem, ze potrzebowałby mojego oparcia i choćby zwykłego: "Dasz radę, nie te to
          inne. Spróbujesz na drugi rok"
Pełna wersja