0_zosia1
27.03.08, 21:28
Muszę się komuś wygadać, sorry, może jak trochę ochłonę to stać mnie
będzie na dystans.. teraz czuję tylko żal, smutek, niesprawiedliwość
dziejową i figę z makiem...
Otóż mój M "oświecił" mnie poświątecznie: nie stać nas na na wspólne
dziecko, przynajmniej nie w ciągu najbliższych 5 lat! dla ścisłości:
ja mam 35, więc już teraz jest "trochę" póżno, a za 5 to będzie, ech,
No, a nie stać nas bo on podjął decyzję że chce walczyć o regularne
i długie widzenie ze swoją młodą. Ex (nie była żoną), nie zgadza się
absolutnie, of course, więc będzie walka sądowa o umożliwienie
odbywania ustalonych kontaktów. Bo mimo że M płaci (dużo powyżej
średniej )regularnie, sponsoruje każde extrasy etc, to ex nie
zezwala na kontakty, urządza dzikie awantury z wyzwiskami i trzaska
mu drzwiami. Jedynie może sobie na młodą popatrzeć przez płot w
przedszkolu.., Więc M ogłosił "mobilizację" do walki, zapowiedział
że jak będzie młoda u nas bywać to i tak będę miała dużo roboty więc
mój instynkt będzie zaspokojony... ręce mi opadły.. I dowiedziałam
się też że on swoich alimentów na młodą nie zmniejszy, a nasze
wspólne dziecko musiałoby się zadowolić ok 1/8 kwoty, bo więcej nie
ma. Jeśli się dostosuję do jego planów, i nie będę upierała przy
dziecku (ponoć powinnam być zadowolona z dochodzącego i odchowanego
dziecka haha), to pewnie będę tego żałować.. Z drugiej strony ja
pracuję i nieżle zarabiam a sponsoruję nasze wspólne życie, bo M
oddaje prawie całe swoje przychody na młodą, Trafia mnie jak słyszę
że to ja mam obowiązek pracować, pomagać, opierać, i rozumieć
wszystkich dokoła, a niby dlaczego? no, wygadałam się..