dyderko
02.04.08, 14:48
Na początku byłam pełna dobrych chęci i dobrej woli. Nie, nie będę
tu opisywać swojej martyrologii ale myślę że naprawdę miałam dużo
dobrej woli, a przede wszystkim starałam się zrozumieć... Chyba
głupia po prostu jestem.
Nie dużo czasu minęło od chwili podniesienia alimentów a tu w
skrzynce leży zawiadomienie o złożeniu nowej sprawy. Przy czym
wniosek o podniesienie alimentów to nic. Matka Polka złożyła
równocześnie wniosek do sądu by ten wystąpił do odpowiednich organów
o informację na temat posiadanych przeze mnie nieruchomości. „Z
przekazanych mi przez Pozwanego informacji wiem że Pani [...]
posiada dwie nieruchomości, więc standard życia ojca dzieci jest
wyższy tego w jakim żyją Powodowie”. Pomijam to że przekazywanie
informacji przez powoda polega na grzebaniu w ewidencjach do
których, jako urzędnik, ma dostęp. Pomijam to że w tym wypadku
prawie oficjalnie twierdzi że powinnam partycypować w kosztach
utrzymania ich dzieci. To że przy pomocy osób trzecich próbuje
zrobić ze mnie dodatkową uczestniczkę konfliktu po prostu mnie
rozwaliło.
NM się tak wściekł, że nie wytrzymał i zapytał dzieci czy coś o tym
wiedzą, usłyszał że ich matka mówiła że ja mogę zażądać czynszu od
mieszkańców mojego domu (mam, poza mieszkaniem, dom darowany przez
rodziców, oni w nim mieszkają). Mi opadły ręce, tego to ja już
niczym wyjaśnić nie potrafię, żadnym żalem, żadną zranioną dumą,
żadnymi pretensjami do losu że jemu się udało a jej nie...