kasjusz3
07.09.03, 09:20
Witam serdecznie i dziękuję, że powstało to forum.
Postanowiłam zabrać głos, choć tak naprawdę
nie jestem pewna swojej decyzji. Nie z racji braku
zaufania względem wskazówek, które mogą się
pojawić z Waszej strony, lecz z faktu, że wydaje mi
się, że to, co dzieje się w środku mnie jest szalenie
irracjonalne, może już nawet chore, nie wiem.
Przypuszczać mogę jednak, że skoro zaistniało
takowe forum i znajdują się tu osoby o podobnych
do moich doświadczeniach, sensowność tego postu
nie jest do końca chybiona.
Moja historia nie jest oryginalna, sporo w niej banału
i nie mniej bałaganu. Swojego partnera (jesteśmy
razem 3 lata) poznałam w chwili, kiedy umierał
jego poprzedni związek. Oszczędzę sobie tym
samym opisów, z czyjej winy i dlaczego, ponieważ
uważam, że wina jest zazwyczaj połowiczna.
Skłaniałabym się nawet do stwierdzenia, że
z Jego winy, ponieważ przez kilka lat
żył w czymś, co zakrawało o absurd,
twierdząc teraz, że zmarnował sobie życie.
Ja nigdy nie tkwiłam i nie umiałabym tkwić
w związku, w którym byłoby
mi źle, ale szanuję fakt, że ludzie mają
różne kryteria odwagi, a ponadto (i tu posunę się
o feminizm) wydaje mi się, że kobiety są
bardziej skłonne do drastycznych rozwiązań
niż mężczyźni. Częściej umieją odchodzić
donikąd...
Małżeństwo mojego partnera to klasyczny
przykład szkolnej miłości dwojga nastolatków,
którzy w momencie, kiedy zorientowali się,
że nie mają ze sobą o czym rozmawiać, a ich
spojrzenia na rzeczywistość, to dwa przeciwległe
bieguny, zauwazyli również, że na ich palcach widnieją
już od dłuższego czasu obrączki, a za ścianą płacze dziecko.
Cóż, historia jakich wiele, małe miasteczko ze swoimi
małomiasteczkowymy wykładniami moralności,
wyznaczanymi niedzielną mszą i przekazami
poczty pantoflowej, uwieńczone hasłami
"rozwód? a cóż ludzie powiedzą!".
W tym wszystkim ja, starająca się za wszelką
cenę wmówic sobie, że to nie moja wina, że
mnie to nie dotyczy i że ci ludzie są i zawsze będą mi obcy.
Nie umiem.
Nie umiem poradzić sobie z obrazami,
z projekcjami, które niczym niechciany gość
nawiedzają moją głowę. Z kalkami, które
jak brzytwa przecinają mnie na pół, sprawiając, że
tracę siłę, by stawić im czoła. Czuję się coraz słabsza
i coraz bardziej wypalona...Ich ślub, narodziny
ICH dziecka, ICH radość, ICH szczęście, bo,
niezależnie, co mówi teraz mój partner, wiem, że było,
bo przecież nie tkwi się z kimś w związku kilka lat,
tylko dlatego, że sie musi?
Mieszkamy bardzo daleko od byłej mojego partnera,
w zasadzie jej obecność nie ma żadnego "materialnego"
wpływu (oprócz alimentów) na nasze życie. Nie ma
telefonów, o których piszecie, narzekań, że popsuł
się komputer i ktoś musi go naprawić.
Są idiotyczne maile, od czasu do czasu, ale
nauczyłam się je znosić, bo chcąc nie chcąc,
w całym oceanie różnic, jakie nas dzielą
i tak nie zrozumiem jej światopoglądu.
Kontakty z dzieckiem
ograniczają się do listów, paczek i telefonów (i tak
bedzie jeszcze przez kolejny rok), które mój partner skrzętnie
przede mną ukrywa, bo sam już zgłupiał i nie wie, kiedy wybuchnę
płaczem na widok koszulki dla małego, uprzednio ją
osobiście zakupiwszy i to bynajmniej nie z obowiązku, ale
dlatego, że chciałam...
Wydawało mi się, że te uczucia ewolują i chyba tak jest
w rzeczywistości, ale tempo, w jakim przebiega ta ewolucja nie
jest wystarczające, żebym umiała uchronić się od psychicznej
samozagłady. Mój partner próbuje mi pomóc, choć różnie to bywa.
Nauczyłam się mówić o tych uczuciach.
Umiem je nazwać po imieniu, ale to nie wystracza.
Wiem, że taplam się w zazdrości o przeszłość, na którą
nie miałam wpływu i wiem, że jest to bez sensu, bo jej
nie zmienię. Wiem, że dziecko potrzebuje ojca
(sama pracowałam, kiedyś z dziećmi, lubię dzieci,
choć nie mam swoich - tylko błagam, nie piszcie,
ze to się zmieni, jak będę miała, bo nie w tym rzecz)
i namawiam partnera do częstszych kontaktów.
Nigdy nie poznałam tego dziecka. Nie miałam odwagi
stanąć przed nim, kiedy
cały mój środek mówił: "nienawidzę cię, wszedłeś
nieproszony w moje zycie", chwilę później mówiąc
sobie - przecież wiedziałaś, że już na progu tego
związku byliście we trójkę (a może czwórkę).
Potem zamykałam się w łazience i oglądałam zdjęcia
chłopca, myśląc o tym, jak bardzo mi go szkoda.
Wiem, gdzie gnieżdżą się te uczucia i wiem, w jakich
momentach przychodzą, ale nie umiem z nimi walczyć.
Nienawidzę siebie nienawidzącej tamto dziecko.
Nie chcę wmawiac sobie "musisz", bo wiem, ze
nie muszę, bo nie chcę oszukiwać siebie samej.
Nigdy nie przypuszczałam, że będę w stanie tak
bardzo nienawidzić kogoś za to, że jest, za to, że
jest niewinny, bezbronny i nie miał wpływu na swój los.
Cóż. "Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono".
Kocham mojego partnera, uwielbiam jego rodziców
i chcę być w tym związku. Nie umiem jednak
walczyć z irracjonalną zazdrością o to, co było,
kiedy mnie nie było.Jestem młoda, ale czasy
pięknej dwudziestki mam już za sobą i jakiś
tam bagaż doświadczeń również.
Głupie to wszystko.
Dzięki.
Kasjusz