Jak się to zmieniało... - dłuuuugie

09.09.03, 14:06
Chodzi mi o naszą "macochową" psychikę, uczucia i pogodzenie się z sytuacją,
że nasz partner/mąż ma dziecko z kimś innym.
I uwaga – to nie jest post o dziecku partnera, tylko o moich / naszych
uczuciach i refleksjach.

Opowiem Wam jak było z nami. Poznaliśmy się, kiedy córka mojego partnera
miała 2,5 roku. Od początku znałam sytuację, wiedziałam, że ma żonę i
dziecko, że małżeństwo jest w stanie agonii. Znajomość wcale nie rokowała
poważnego związku, chociaż miłość między nami wybuchła jak wulkan smile
Zdawałam sobie sprawę, że jego małżeństwo jest iluzją od samego początku
(moje było już dawno tylko przeszłością), ale nie myślałam o wspólnym życiu,
również w kontekście akceptacji jego dziecka. Z czasem sprawa między nami
zaczęła się rozgrywać na serio, zamieszkaliśmy razem w mojej kawalerce.
Byłoby świetnie gdyby nie... no same wiecie co.
Z jednej strony nasza wielka miłość i namiętność, z drugiej kubeł zimnej
wody, gdy spędzał czas z małą.
Z perspektywy czasu widzę, że sama byłam pewnie zbyt mało spolegliwa i
elastyczna, a z drugiej strony w momencie kiedy pojawiał się jakikolwiek
sygnał dot. jego dziecka (nie mówiąc już o samych spotkaniach) ja
przestawałam istnieć. Stawałam się powietrzem, które miało gotować i
obsługiwać szczęśliwców, do którego nie było potrzeby się odzywać, które
miało tolerować brak własnej prywatności, rozporządzanie moim czasem (i
mieszkaniem) itp.
Bywało różnie - raz lepiej raz gorzej. Dużym problemem było poczucie winy
mojego partnera, które rozładowywał m.in. szczodrym opróżnianiem portfela na
rzecz żony i dziecka. Paradoksalnie sytuacja wyglądała następująco: my w
mojej kawalerce, jego żona z dzieckiem w ogromnym mieszkaniu w centrum
Warszawy, które on im zostawił z całym inwentarzem wyposażając dodatkowo
pokój małej w nowe meble wskazane przez żonę, dywan, akcesoria. Jego żona -
pracująca w doskonale prosperującej firmie, zarabiająca więcej niż my
obydwoje razem wzięci. Wszelkie ubrania i zabawki kupowane przez tatę,
wyjazdy wakacyjne zapewniane przez tatę, wizyty lekarskie pilnowane i
załatwiane przez tatę, spotkania z teściami, itp. Angażował się bardzo – i
emocjonalnie i czasowo, a ja byłam panienką na "czas wolny" lub od 22-giej.
I oczywiście mój brak akceptacji takiego traktowania wynikał częściowo z
bardzo niskich pobudek – zazdrość, poczucie odrzucenia. Gdzieś w głębi duszy
tkwił we mnie żal i pretensja do świata o to, że dla żadnego faceta nie
jestem najważniejsza (mój ojciec o mnie „zapomniał” wiele wiele lat
wcześniej, kiedy po rozwodzie z mama ożenił się po raz drugi), że cała ta
sytuacja jest bez sensu, bo inni mnie wcześniej kochali i robili dla mnie
wszystko, a ten którego ja kocham najmocniej uważa mnie za dodatek rozrywkowy
do swojego życia.
To nie była prawda, kochał mnie też. Tyle, że nie najbardziej.
Dużo pracy, kłótni, kompromisów kosztowało nas dojście do jako-takiej
harmonii. Żyłam jednak cały czas w przekonaniu, że to jest najgorszy dla mnie
cios, że mój ukochany ma dziecko z inną kobietą, że zawsze będzie to mój
krzyż, który muszę dźwigać i nie pogodzę się z tym.
I tak poniekąd jest, ale może nie do końca
Po jakimś czasie zaczęłam zagadywać o nasze dziecko – czy będzie, czy chce
żeby było, itp. Chciał, ale „jeszcze nie teraz”. Nie mamy warunków, nie
jestem gotowy, itp. „Nie teraz” ciągnęło się i ciągnęło. Byłam coraz bardziej
zdesperowana, myślałam o rozstaniu. Zarzucałam mu, że przyzwyczaił się, że
traktuje się go jak przedmiot i nie pyta o zdanie, więc kiedy ja każę mu
współdecydować i mówię jak do człowieka, to wykręca się jak może. Gdybym była
cwana zrobiłabym jak jego żona (jeszcze wtedy nie owa żona) – „wpadła” w
momencie, kiedy on chciał się z nią rozstać i liczyła, że wszystko się ułoży.
Ale nie chciałam być cwana.
On z kolei zarzucał mi, że chcę mieć dziecko żeby oddzielić go od córki,
stworzyć niezdrową konkurencję, itp. Byłam wściekła i smutna.
Powoli, bardzo powoli zaczęliśmy myśleć o wspólnej przyszłości i małymi
kroczkami budować sobie pod nią fundamenty – dosłownie i w przenośni.
Zaczęliśmy wpłacać na własne większe mieszkanie, coś-tam planować, wreszcie
zgodził się na dziecko.
I wtedy klops – okazało się, że nie jest to takie proste. Próbowaliśmy długo,
leczyłam się, w międzyczasie przypadkowo „zaciążyła” jego żona z ówczesnym
facetem (co mnie podłamało oczywiście), a ja... nic.
Po półtora roku prób – wreszcie sukces. Karta się odwróciła, los się do nas
uśmiechnął w wielu sprawach a zwłaszcza w tej najważniejszej – dzidziuś w
drodze.
Kiedy urodziła się Asia myślałam, że mnie radość rozniesie. Płakałam z
radości co chwilę, nie umiałam uwierzyć we własne szczęście, czułam się
potrzebna, ważna, czyjaś, kochana, niezbędna i miałam moje dzieciątko.
Mieliśmy oboje.
Wszystko zaczęło się jakoś układać – zaczęło już wcześniej, ale to był
najbardziej widoczny przełom. Tata zakochał się w malutkiej bez pamięci
(mimo, że czekał na syna!) i trwa w tej miłości.
Za kilka tygodni przyjdzie na świat nasza druga córka – bardzo planowana i
oczekiwana z wielką naszą radością.
Mamy prawdziwy dom – z dziećmi, z kotem, z niepohamowanym mówieniem „kocham
Cię” wszystkim domownikom. Jego pierwsza córka jest u nas prawie tak samo
często jak dawniej, ale nie jest to już sytuacja taka jak kiedyś. Jest
kochana przez tatę strasznie, ale nie mogę zarzucić mu żadnych uchybień w
stosunku do naszego dziecka w związku z pierwszą córką. Wszyscy jesteśmy tak
samo ważni, jeśli ona coś zrobi złego też swoje usłyszy, musi się dopasować
do naszego życia i naszych zwyczajów a nie odwrotnie. Nadal wiem, że ona jest
i zawsze będzie i jest to oczywiste. Nadal mamy problemy wynikające z „ogona”
w postaci pierwszej rodziny mojego niemęża, ale trwamy wobec nich na jednym
stanowisku. On potrafi się postawić, ja potrafię go zrozumieć i wspierać.
Staliśmy się spokojniejsi, dojrzali (no cóż – latka lecą...), bardziej
tolerancyjni. Cieszymy się czym się da, martwimy tylko o rzeczy tego warte,
dbamy o siebie wzajemnie i właściwie nie kłócimy wcale.

Czytam Wasze posty i dochodzę do wniosku, że jestem w bardzo dobrej sytuacji
jako „ta druga”. Pewnie, że czasem piorę co do mnie nie należy, albo kupujemy
ekstra rzeczy dla małej (już nie takiej małej), ale staramy się nie
przekraczać granic rozsądku.

Pewnie, że są rzeczy które mi przeszkadzają – bez tego się nie da. Wiem, że
wielu spraw nie zmienię, starałam się z tym pogodzić i godzę się trochę. To
nie znaczy, że od czasu do czasu nie trafia mnie szlag z powodu jakiegoś
ewidentnego idiotyzmu „pierwszej” czy jawnego bezczelnego wykorzystywania
przez nią. A jakże! Oj mam się o co martwić, nie jest wciąż różowo.

Ale mimo całej tej sytuacji, „ogonów”, „pierwszej”, alimentów i wydatków,
siłą rzeczy pewnej dezorganizacji życia, to jestem szczęśliwą „drugą”,
szczęśliwą mimo porażki jaka mnie spotkała na starcie naszego związku i jaka
trwa (nieco bledsza) i trwać będzie.

Piszę też to wszystko po to, żeby uświadomić tym dziewczynom, które narazie
nie mają styczności z „pierwszymi” i ich dziećmi, że kiedyś to nastąpi. W
taki czy inny sposób. Że zawsze będzie nad Wami to wisiało – nie w Waszej
winy, ale za Waszą wiedzą bądź co bądź. Że nie da się tego zapomnieć, uniknąć
ani od tego uciec. Ale przy rozsądku męża, dużej pracy własnej i zbiorowej,
da się zbudować sobie szczęśliwe życie. I może czasem lepiej kiedy raz czy
drugi związek jest wystawiony na trudności, bo po takiej próbie ognia można
naprawdę już wiele znieść.
Martwimy się najbardziej na świecie o to, żeby nasze dzieciaczki były zdrowe.
Z resztą poradzimy sobie sami.

Już to kiedyś tu napisa
    • aniaasi Re: Jak się to zmieniało... - dłuuuugie-cd 09.09.03, 14:09
      (nie weszło w pierwszym...)

      Już to kiedyś tu napisałam – przeszliśmy przez nasze małe piekło, zwalczyliśmy
      milion przeciwności, zostaliśmy wystawieni na próby i jakoś nic nas nie
      zgniotło. Jesteśmy razem i na dobre i na złe, bardziej niż nie
      jedno „prawdziwe” małżeństwo, niedługo świętujemy naszą siódmą rocznicę,
      niedługo będziemy mieć drugie dziecko, osiągnęliśmy naszą przystań – boję się,
      że jest aż tak dobrze...

      Wszystkim „macochom” życzę takiego wewnętrznego uspokojenia.

      Ania
      • stepmum Re: Jak się to zmieniało... - dłuuuugie-cd 09.09.03, 14:26
        Milo poczytacsmile
        Dzieki za bardzo wartosciowy post.
        Az tak duzo ich tu nie ma wink - tylko nie bijcie wink
      • gso Re: Jak się to zmieniało... - dłuuuugie-cd 22.09.03, 15:02
        Wiesz Aniu, Ty to naprawdę fajna dziewczyna jesteś.
        S.
        • aniaasi Re: Jak się to zmieniało... - dłuuuugie-cd 23.09.03, 08:19
          Coś Ty!? smile
          Jestem złośliwa i paskudna zołza, ale tak się kamufluję. Ja to po prostu zła
          kobieta jestem smile
          A teraz w dodatku z wielkim brzuchem, więc żadna atrakcja smile
          Ania
Pełna wersja