dyderko
19.05.08, 16:56
W pewnym wcześniejszym moim wątku, rozgorzała dyskusja z Kicią. Wiem
że Kicia chciała wzbudzić we mnie poczucie winy, bo zburzyłam
istniejące małżeństwo. W sumie wiele racji ona ma. Zaczęłam
więc „móżdżyć” i doszłam do wniosku że... w pewnym sensie ja jednak
uratowałam swego faceta, bo byłam powodem dla którego znalazł siłę
by uciec...
A tak serio to jakich bym przykładów nie szukała nie znam ani
jednego na dowód tego że coś jest w stanie zmienić charakter
dorosłego człowieka. Zdarza się że jakieś mocne przeżycie wyciągnie
z niego wcześniej ukryte głęboko lub mocno przytłumione cechy dobre
lub złe ale nie spotkałam się by ktoś nagle stał się innym
człowiekiem. Im dłużej patrzę na wojnę między NM a jego byłą żoną
tym bardziej jestem przekonana że to nie było dobre małżeństwo, bo
po dobrym nie rujnuje się wszystkiego wokół. Ja wiem że jak się
rozpadnie pałac zbudowany z marzeń i nadziei to już raczej nie
usiądzie się z drugą osobą na kawie i nie pogada jak przyjaciel z
przyjacielem. Ale jeśli w pewnym momencie zaczynamy drugą osobę
traktować tylko jak chłopca do bicia czy na posyłki to chyba znaczy
że nigdy w nim partnera nie widzieliśmy. Jeśli jedynym celem życia
jest dokopać byłemu, jego rodzinie i przyjaciołom to chyba nigdy nie
miało się własnego życia, czegoś co zajęłoby myśli i z czym po
odejściu partnera by się zostało. Jeśli notorycznie wykorzystuje się
dzieci do „dowalenia ich rodzicowi” to czy można udawać że ich los i
uczucia mają jakąkolwiek wagę, a jeśli teraz nic nie znaczą to
trudno mi uwierzyć że wcześniej znaczyły coś więcej tylko dlatego że
ich ojciec spał w tym samym łóżku. A jeśli ma się gdzieś to co czują
własne dzieci to czy kiedykolwiek uczucia innych miały jakiekolwiek
znaczenie...?
A to ja twierdzę że nie powinnam mieć dzieci bo nie byłabym dobrą
matką...