chalsia
16.09.03, 00:21
Nie ukrywam,że w rozpoczęciu tego wątku powoduje mną 100% egoizm. Ale lubię
coś przemyśleć zanim się zdarzy. A wiem, że co najmniej kilka z Was, a pewnie
wiele innych, ma swoje doświadczenia i przemyślenia związane z tym tematem.
A wiemy już, że "ojczymowie"

) jakos nie kwapią się z dzieleniem się
swoimi doświadczeniami bezpośrednio.
Tak więc moje pytanie brzmi: jak układają się stosunki między "ojczymami" a
dziećmi ich partnerek z pierwszego związku. Jak to wygląda, gdy ojciec
dziecka ma stały (i dość częsty kontakt) ze swoim dzieckiem, a jak gdy tego
kontaktu nie ma (lub jest sporadyczny). I jak to wpływa na rozwój relacji
między kobietą a tym jej obecnym partnerem.
Jako zaczątek dyskusji cytuję 2 wypowiedzi z innego wątku.
Pozdrawiam,
Chalsia
• Re: Kochasz faceta - kochaj jego dziecko - a moje?
konkubinka 15-09-2003 13:43 odpowiedz na list odpowiedz cytując
No wlasnie jak jest u Was?Chodzi mi o to czy ktoras z was ma tez dziecko z
poprzedniego zwiazku , toleruje dziecko partnera a jak jest z Waszym
dzieckiem?
Bo u mnie jest dramat jesli o to chodzi.Moj syn z pierwszego malzenstwa i moj
obecny partner to poprostu rywale.Wykanczam sie psychicznie bo juz nie wiem
co robic.
• Re: Kochasz faceta - kochaj jego dziecko - a moje
burza4 15-09-2003 18:26 odpowiedz na list odpowiedz cytując
Mam swoje dziecko, które wychowuję z obecnym meżem. Jest też jego dorosły syn
z pierwszego małżeństwa, ale to osobny temat - nie mamy ze sobą kontaktów na
obopólne życzenie i szczerze mówiąc nie kwapię się, żeby to zmieniać. Moja
córka i mąż dobrze się dogadują, choć etap rywalizacji też wystąpił. Myślę,ze
to w miarę naturalne, a wazne jest przede wszystkim, jak facet się w tym
odnajduje. U mnie było tak, że na początku, kiedy mąż zaczął "smalić do mnie
cholewki" więcej czasu poświęcał mojej córce niż mnie - tzn. przychodził,
rozmawiał z nią, bawił się, pomagał w lekcjach, a ja musiałam poczekać, aż
mała pójdzie spać. Wtedy dopiero miałam swoje pięć minut. I mimo to córka
zaczęła się buntować, kiedy oznajmił jej że chciałby być ze mną na stałe.
Przeszło z czasem, teraz mamy innego rodzaju problemy - jak ustawić te
relacje, bo w końcu on też ma prawo decydować o różnych sprawach, czuje się
za nią odpowiedzialny, z drugiej strony łatwiej jej znieść moje wymagania niż
jego. Szczególnie w zakresie obowiązków domowych. Ja jestem trochę między
młotem a kowadłem, z jednej strony wiem, ze on ma rację jeśli każe jej
posprzątać, z drugiej strony znam moje dziecko znacznie dłużej i wiem, że
bałaganiarstwo jest jej drugą naturą i można je jedynie przytłumić. Ot,
sprzatnie ubrania z kanapy i wrzuci zwinięte do szafy... Sama nie wiem -
wtrącać się czy nie. Tyle, że każde chyba oczekuje ze stanę po jego stronie.
I wiem, ze mąz ma rację ale też wiem, że nie ma co kruszyć kopii o bałagan w
pokoju, ja tam po prostu przestałam wchodzić, licząc na to, że córka się sama
zreflektuje - będzie jej wstyd przed koleżankami, które często do niej
wpadają. Skutkuje bardziej niż połajanki mojego męża, ale jemu się wydaje, że
trzeba dziecku tłumaczyć niestosowność bałaganu, wyrobi sobie odpowiednie
nawyki. Tymczasem mała przewraca oczami i usiłuje pyskować. Tyle, że ja z
kolei stoję na stanowisku, że jeśli coś potrzebuje od niego, to musi także
coś z siebie dawać. I często to podkreślam.