Jestem podla macocha...

29.05.08, 14:40
...ale chcialabym sie zmienic i mam takie silne postanowienie.
Ale zaczne od poczatku, odkrylam wasze forum dopiero wczoraj i jakos
zrobilo mi sie lzej na duszy, bo z niego dowiedzialam sie, ze sa
inne dziewczyny, ktore maja podobne uczucia. A co wazniejsze sa
takie, ktorym udalo sie to zmienic.
Moglabym dlugo pisac o mojej sytuacji, ale postaram sie strescic.
Poznalam mojego M majac 23 lata, on mial 28, jego corka miala 7 - na
poczatku bylo ok. Mala wcale mi nie przeszkadzala, lubilam ja, nie
bylam zazdrosna, ani ona. Ale z czasem ona zaczela czuc sie
zagrozona moja obecnoscia, zaczela okazywac zazdrosc... a jej tatus
nie chcac skrzywdzic coreczki (ktora widzi b. rzadko) "bral jej
strone" i ustepowal. I po pewnym czasie wszystko diametralnie sie
zmienilo we mnie - czego b. zaluje. Wycofalam sie calkowicie, nie
umialam nawiazac z nia kontaktu, ale i sie o to nie staralam,
powiedzialam sobie i M ze to on ma sie nia zajmowac, jak jest u
nas...
Teraz (po 5 latach) sytuacja jest obrzydliwa, bo ja niby udaje, ze
wszystko jest ok, ale oboje z M wiemy, ze mam problem z jego corka,
traktuje ja jak 5 kolo u wozu, nie chce o niej rozmawiac, sluchac
(chociaz robie to, ale nigdy nie podejmuje tematu), nie lubie nawet
ogladac jej zdjec czy jej rzeczy, ktore sa u nas. Czuje sie z tym
podle, ale nie umiem tego zmienic. Kiedy jest u nas (2,3 razy w
roku) zachowuje sie jakby jej nie bylo - nie jestem dla niej
niedobra bezposrednio, ale wiem, ze robie tym krzywde jej, M i
sobie. Nie uwazam jej nawet za siostre mojego syna - ciezko mi nawet
tak ja nazywac. Itd, itd, naprawde duzo negatywnych emocji.
Jak widac naprawde jestem podla i nie jestem z tego dumna. Postaram
sie to zmienic. Troche sie tylko usprawiedliwiam, ze ta "degeneracja
uczuc" wynika troche z mojej niedojrzalosci i braku wsparcia w M
(chociaz on to robi bezwiednie). I jeszcze mysle, ze boje sie tego,
ze jak bede dla niej "fajna" to moze ona bedzie chciala z nami
zamieszkac, a tego naprawde bym nie chciala.
Duzo by o tym pisac... naprawde postanowilam poprawe i moze malymi
kroczkami i z wasza pomoca sytuacja wroci do normy.
Pozdrawiam Was wszystkie i piszcie jak najwiecej (nie tylko na moj
temat) to naprawde pomaca takim jak jasmile))
    • 13monique_n Re: Jestem podla macocha... 29.05.08, 15:43
      Wiesz, zachęcająco to ten Twój opis nie brzmi, masz rację. Ale
      jednak wydaje mi się, że na taką analizę nie stac by było osoby
      podłej, jak się określiłaś.
      Nie wiem, czy możesz sobie pozwolić na rozmowę z jakimś
      psychologiem, ewentualnie terapeutą rodzinnym, który miałby większe
      doświadczenie we wspieraniu osób z takich rodzin łączonych. Może
      warto byłoby porozmawiac szczerze z mężem o tym, co czujesz i co
      chciałabys poprawić? Mam wrażenie, że rozpoczęłaś ruch w dobrym
      kierunku, jesli naprawdę chciałabyś wypracować lepszy kontakt z
      córką męża. Ja głęboko wierzę w twierdzenie "gdzie wola, tam sposób"
      Życzę Ci powodzenia. smile
      • konstancja16 czy chodzi o trzy spotkania w roku tylko? 29.05.08, 16:41
        to ze jest u Was 3 razy do roku to oznacza, ze masz z nia tak rzadki
        kontakt czy spotykacie sie jeszcze poza domem?

        jesli chodzi o te pare razy do roku to maly pikus. zacisnac zeby
        (jak u cioci na imieninach) i starac sie, nawet wbrew sobie. dasz
        rade zalatwic to powierzchownie, wcale nie musisz jej polubic. to
        jest oczywiscie rozwiazanie minimum.

        jesli jednak kontakty sa czestsze (albo dluzsze, np przyjedza na 2
        tygodnie) to chyba rzeczywiscie sytuacja wymaga doglebnej reformy,
        dokladnego 'obwachania' sie i przelamania. mysle, ze powinnas
        zaczac od rozmowy z M. on na pewno widzi te cala sytuacje i
        powinien docenic, ze chcesz zmienic ten niefajny stan rzeczy. moze
        cos doradzic, ewentualnie przygotowac corke na wiekszy (inny)
        kontakt z Toba. generalnie, powinien byc przynajmniej przygotowany
        na lekka odmiane. zeby sobie nie pomyslal ze nagle Ci odbilo i
        udajesz dobra wrozke (w miejsce dotychczasowej czarownicy). musi
        wiedziec, ze realizujesz PLAN oswajania sie z dzieckiem i reagowac
        adekwatnie.

        wiec jedna sprawa to wprowadzenie w plan faceta, a nawet opracowanie
        planu z jego udzialem. druga sprawa to moze byc podjecie zrobienia
        czegos sam na sam z dzieciakiem, bez M. nie wiem czy sie odwazysz,
        bo skoro kontakty sa tak niedobre to moze zadna z Was nie miec na to
        ochoty, ale przy odrobinie dobrej woli to moze pomoc przelamac
        lody. bedziecie zdane tylko na siebie i jakos bedziecie musialy
        obie wyjsc z tej sytuacji z twarza. sprobuj moze zaproponowac cos
        takiego 'babskiego' co mogloby Was polaczyc, wylaczajac M. z tego
        co wyliczylam to Mala ma ze 12 lat. moze wybierzcie sie razem na
        babskie zakupy (jakies ciuchy, kosmetyki) albo do mlodziezowej
        kosmetyczki, fryzjera? zrob jej fajne zdjecia, albo wciagnij ja w
        rysowanie, uprawianie ogrodka, opieke nad zwierzakiem. nie mam
        pojecia co interesuje dziewczynki w tym wieku, ale chyba powinno to
        byc troche pod nia, a troche w kierunku WSPOLNEGO ZAANGAZOWANIA w
        cos. najlepiej cos tworczego, co bedzie miec widoczny rezultat.
        zeby przelamac pierwsze lody i zobaczyc reakcje. jednoczesnie bez
        skupiania sie na tym przelamywaniu lodow (typu: teraz porozmawiamy
        od serca i sie zaprzyjaznimy) tylko zaangazowaniu sie we wspolny cel
        wlasnie. kurcze, to moze byc wspolne gotowanie, wspolne robienie
        ciasta, jakakolwiek pierdola. moze Ci sie uda, na pewno do Ciebie
        nalezy teraz pierwszy krok.

        to tyle moich pomyslow, trzymaj sie. nie pchalabym sie od razu do
        psychologa, wydaje sie ze rozumiesz i potrafisz zdiagnozowac
        problem. no, ale ten temat to oczywiscie sa dwie szkoly - grojecka
        i otwocka....wink)
        • konstancja16 acha, to wszystko co napisalam 29.05.08, 17:01
          to z doswiadczenia osobistego z dzieckiem plci meskiej, lat 4 i
          pol.

          w jakims niedawnym watku tak mi sie pomyslalo obiter dictum (i chyba
          to napisalam) ze moje rzadkie sam na sam z Malym naprawde dobrze nam
          robia. po pierwsze (przynajmniej na poczatku) Maly jest odrobine
          oniesmielony wiec jest wyjatkowo posluszny i nieklopotliwy. po
          drugie, nie ma innego wyjscia jak tylko traktowac mnie jako osobe z
          autorytetem bowiem nie ma pod reka innego oswojonego doroslego.
          wiec sila rzeczy musi sie ze mna liczyc (i na mnie liczyc). nie
          wiem tylko czy to samo moze byc w przypadku nastolatki.... i po
          trzecie, jak juz mamy takie sam na sam, to z reguly robimy cos
          fajnego. wiec (mam nadzieje) ze gdzies tam w glowie mu sie
          konotuje, ze z macocha moze byc fajnie bo i powyglupiac sie mozna i
          pilke pokopac.

          niestety, potem efekt jest taki ze budzi sie nastepnego dnia rano i
          zamiast wolac: 'tato, juz jest dzien' to wola 'konstancja, chodz,
          cos ci pokaze!' wink)))
          a, przy okazji, Maly ostatnio dostal do pokoju zegarek podswietlany
          elektroniczny i przyuczony zostal do rozpoznawania cyfry '8' (i
          roznych innych tez, ale akurat w tym przypadku istotna byla ta
          osemka). wiec juz nie wola bladym switem 'tato, jest juz dzien'
          tylko punkt o osmej zero jeden informuje 'tato, juz jest po
          osmej!!!'
    • vanillafields Re: Jestem podla macocha... 29.05.08, 17:04
      Wiesz, czytajac twoj post troche widze siebie. Nie jestem dumna ze swojego zachowania i coraz mi gorzej z tym. Podobnie sie zachowywalam przez ostatnia kilka lat, w stylu 'jak nie bede myslec o dzieciach meza to znikna'. Blad... I coraz bardziej mi zle ze nie probowalam bardziej sie kiedys angazowac, i coraz bardziej chcialabym jakos naprawic ta swoja obojetnosc. Tym bardziej ze dzieciaki juz nastoletnie, i przeciez slepe nie sa. Tym bardziej ze grzeczne, nigdy nie uslyszalam zlego slowa, to ja jestem ta, ktora sie po cichu piekli czemu przyjezdzaja, a na ile tym razem i takie podobne. No wstyd po prostu sie przyznawac. Przeciez jestem dorosla kobieta. Nie wiem, jak to bylo w Twoim domu jak dorastalas ale wiem, ze w moja sytuacja rodzinna na pewno troche skomplikowala moje spojrzenie na zwiazki i sczegolnie bycie macocha. Nie usprawiedliwia mnie to w zadnym razie, ale zdaje sobie sprawe ze musze pewne rzeczy pozostawic za soba i ze 'bylo minelo' i nie musze wcale powielac zachowan ktorych ja bylam swiadkiem - mam na mysli tutaj moja macoche... I tak smiesznie los zatoczyl kolo, ze teraz sama nia jestem. Nigdy w zyciu bym sobie nie darowala gdyby przez moje zachowanie Mlode chcialy w jakikolwiek sposob ograniczyc bycie ze swoim ojcem. A boje sie ze zachowujac sie obojetnie wobec nich, w koncu odechce im sie czas z nami spedzac. Obiecalam sobie rowniez ze ten rok ma byc przelomowy, za kilka tygodni przyjezdzaja na wakacje, i mam solenne postanowienie zmiany, wiem ze bedzie trudno... Ale trzymam kciuki za Ciebie i wierze ze sie uda, chowanie glowy w piasek i udawanie ze problem sam sie rozwiaze (problemem nazywam tutaj ten chlod wobec pasierbow) nigdzie nie prowadzi. Ostatnio sobie uswiadomilam ze jesli nam z mezem nie uda sie miec wspolnych dzieci, to wlasnie pasierbowie dadza mu wnuki. I mam ochote sie palnac w leb, zakuty, ze wczesniej mnie nie oswiecilo... Chyba ostatnio strasznie dojrzalam tez do pewnych rzeczy...
      • pola.cocci Re: Jestem podla macocha... 29.05.08, 17:33
        Nie spodziewalam sie tak cieplych odpowiedzi i dziekuje Wam za
        wsparcie, az mi sie milo zrobilo. Za rady tez b. dziekuje, mysle ze
        zaczne od rozmowy z M chociaz wiem, ze nie bedzie latwo, tym
        bardziej, ze generalnie mam jakis problem ze szczera rozmowa i
        mowieniu o swoich uczuciach, ale sie przemoge.
        A jesli chodzi o te 3 spotkania w roku, to sa to wizyty Malej u nas
        na dluzej (ferie, wakacje, swieta) bo mieszkamy daleko. Ale co by to
        nie bylo to mysle, ze dla zdrowia naszego zwiazku z M musze (i chce)
        sie zmienic, bo na dluzsza mete (czyli do konca zycia...
        przynajmniej z zalozenia) rozwiazanie, zeby "zacisnac zeby" nie moze
        przyniesc nic dobrego. Przeciez to jest jego dziecko i robiac jej
        krzywde, chocby przez ostentacyjne ignorowanie jej, robie przykrosc
        rowniez jemu i wiem, ze go to boli i gdzies tam w jego
        podswiadomosci kielkuje mysl, ze jestem zla osoba, co moze
        doprowadzic do zlych rzeczy.
        I jeszcze zastanawiam sie czy to ze tak rzadko sie wszyscy widzimy
        to lepiej czy gorzej, bo ja przeciez prawie jej nie znam, M tez
        innaczej sie z nia "obchodzi" niz jakby mial ja czesciej i mysle, ze
        on sam malo o niej wie i nie bardzo wie co to znaczy byc jej ojcem
        (taki b. rzadki kontakt maja od kiedy Mala skonczyla 2-3 lata).
    • coccolona Re: Jestem podla macocha... 29.05.08, 18:16
      > I jeszcze mysle, ze boje sie tego,
      > ze jak bede dla niej "fajna" to moze ona bedzie chciala z nami
      > zamieszkac, a tego naprawde bym nie chciala.

      Istnieje takie ryzyko. Z pasierbami jest tak, ze jak dasz im palec, to potem odgryza ci cala reke. Dlatego lepiej os samego poczatku zachowac dystans.
      Ja na poczatku tez bylam pelna dobrych checi, ale z czasem to sie zmienilo, bo moj partner zdawal sie zapominac, ze to nie sa moje dzieci. I tak np zdarzalo sie, ze cudze dzieciary wlazily mi do lozka, gdy ogladalam film z partnerem. Kiedy chcialy, rozposcieraly sie w mojej sypialni, wchodzily sobie, kiedy im pasowalo itd. A moja sypialnia to moje sanktuarium, gdzie byle kto, byle kiedy nie moze sobie ot tak wchodzic. To tylko taki przyklad, bylo jeszcze wiele innych sytuacji. Do momentu, gdy wytresowalam te obce mi osobniki, ze Moj pokoj, to Moja prywatnosc i ze nie ma tam dla nich raczej miejsca. Teraz gdy chca wejsc po cos do Mojej sypialni, to grzecznie mi sie pytaja o pozwolenie. Jak widzisz, nie warto sie zbytnio spoufalac. Musisz tylko zaakceptowac, ze pasierbica jest wazna dla twojego partnera i ze tak pozostanie. Nic nie jestes jej winna, a dostanie tylko tyle, ile dobrowolnie zechcesz jej dac. I to nie ma znaczenia, ze to przyrodnia siostra twojego syna. On juz sam zdecyduje, jakie bedzie chcial miec relacje z nia w przyszlosci. Ty sama z tego tytulu nic nie musisz.
      I jescze jedno. Wiele osob, ktore udzielaja tu "zlotych" porad, to macochy, ktore same maja dzieci z poprzednich zwiazkow. Musza byc dobre dla pasierbow, bo ich partner bedzie wtedy mily dla ich dzieci. Czesto pisza tu, ze pasierby powinno sie kochac jak wlasne dzieci (normalnie na wymioty mi sie zebralo, brrrr). Miej wiec otwarty umysl, czyje porady wprowadzic w zycie. W miare sensownie pisza niektore adminki forum, ktore nie maja dzieci z poprzednich zwiazkow.
      Pozdrawiam.
      • ywwy Re: Jestem podla macocha... 29.05.08, 18:51
        Macochuję już parę latek, i to całodobowo! Nikt nie mówił, że będzie
        lekko, więc jeśli chcesz coś zmienić ( a powinnaś!) to życzę Ci
        powodzenia i chętnie pomogę smile

        Moja młoda ma " charakterek" , potrafi dać nieżle popalić.
        Ostatnio przestała się w ogóle odzywać, nie mówi np. rano " dzień
        dobry" ani pocałuj mnie... wink
        Pytałam, próbowałam wyjaśniać, dyskutować, tłumaczyć - tylko się
        nasłuchałam o sobie, jaka jestem wstrętna, okropna i zła!

        I wiesz co, pewnego ranka po prostu sama powiedziałam pierwsza"
        Dzień dobry, piękny dzień dziś będzie" smile
        Młodą ...zatkało... coś odbąknęła... Sytuacja w domu szybko
        powróciła do normy!
        Ty masz dobrze, tylko 3 razy w roku!
        Ale ja mam satysfakcję smile
        Acha, mam dzieci z pierwszego małżeństwa.
        • kicia031 podpisuje sie pod ywwy 30.05.08, 08:14
          Nic nie kosztuje, zeby w domu bylo milo. Zamiast "czego?" mozna zapytac "cos
          chciales, kochanie?" zamaist krzywic sie - usmiechnac. Pokazac, jak zachowuje
          sie czlowiek cieply i serdeczny - nawet jesli w danej chwili nie ma sie na to
          ochoty - dobre rzeczy wchodza w nawyk... Jesli cos idzie nie tak, to tez mozna
          milo naprawic sytuacje - nas ogol.

          I jeszcze konstancja ma racje piszac o robieniu rzeczy rzem, zwlaszcza jest to
          fajne z mlodsza nastolatka, wiem to z doswiadczenia...

          Czasami bardzo niewiele trzeba, by dom stal sie miejscem, do ktorego chetnie sie
          wraca...
    • reksia Re: Jestem podla macocha... 29.05.08, 23:08
      Hmm... Wiesz... Ja np. bardzo lubiłam pasierbów i lubię nadal.....
      Jednak ich rodzice doprowadzili do sytuacji, że chodźmy
      mnie "krajano żywcem", nie chce mieć z nimi żadnego kontaktu... I
      nie dopuszczę już nigdy w życiu, do ich kontaktu z moimi dziećmi!
      • coccolona Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 07:41
        > Ja np. bardzo lubiłam pasierbów i lubię nadal.....
        > Jednak chodźby
        > mnie "krajano żywcem", nie chce mieć z nimi żadnego kontaktu... .. I
        > nie dopuszczę już nigdy w życiu, do ich kontaktu z moimi dziećmi!!

        Jakos trudno mi w to uwierzyc reksia. Jak sie kogos naprawde lubi, to liczy sie
        tylko ta osoba a nie wplywy osoby trzecich i taka osobe chce sie widywac. Po
        prostu twoja wypowiedz zawiera sprzecznosci. Czy mozna kogos lubic i
        jednoczesnie nie chciec widywac?
        • reksia Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 09:34
          coccolona napisała:


          > Jakos trudno mi w to uwierzyc reksia. Jak sie kogos naprawde lubi,
          to liczy sie
          > tylko ta osoba a nie wplywy osoby trzecich i taka osobe chce sie
          widywac.


          Jak najbardziej masz rację a ja lubię swoich pasierbów. Fajne,
          najnormalniejsze pod słońcem dzieciaki.
          Dają czasem popalić, jak każde dziecko.

          Moje własne nastoletnie dzieci też potrafią wyprowadzić mnie z
          równowagi.



          Coccolona napisała:
          >Po
          > prostu twoja wypowiedz zawiera sprzecznosci. Czy mozna kogos lubic
          i
          > jednoczesnie nie chciec widywac?


          Można! Jak do tej pory po moich widzeniach z dzieciakami(pasierbami)
          to ja i one lub moje dzieci zbieraliśmy te najbardziej negatywne
          skutki działań, niedojrzałości emocjonalnej rodziców pasierbów,
          (czyli mojego męża i exi ) Na tą chwilę uważam więc, że
          kontakt "ja-pasierbowie" nie jest nikomu potrzebny, a może być
          szkodliwy dla spokojnego rozwoju tych dzieci.

          W moim przypadku pasierbowie mają swoją mamę i nie są sierotkami.
          Potrzebny jest im kontakt z ojcem! Nie ze mną! Mam poczucie, że
          moi pasierbowie żyją w przekonaniu, że gdyby mnie nie było TATA
          WRÓCIŁBY DO MAMYsmile

          ...I chyba skrycie życzą mi śmiercismile)))))))))))))
          • reksia Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 09:36
            sorry za styl i orty sad
            • konstancja16 Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 10:00
              Coccolona napisała
              >> Wiele osob, ktore udzielaja tu "zlotych" porad, to macochy, ktore
              same maja dzieci z poprzednich zwiazkow. Musza byc dobre dla
              pasierbow, bo ich partner bedzie wtedy mily dla ich dzieci.


              ja uwazam, ze powinnam byc dobra dla pasierba, ale z innego powodu.
              nie mam wlasnych dzieci i nie lubie dzieci w ogole. chce fajnego,
              harmonijnego zwiazku. a to oznacza dzielenie sie radosciami i
              klopotami.

              nie traktuje NM jako zdobycz, rzecz na wlasnosc, nie musze
              konkurowac z Malym o czas i zainteresowanie NM. NM jest fajnym
              gosciem, moim bliskim przyjacielem i dobrym czlowiekiem. no, ma
              dziecko, fakt. jest to czasem klopot, czasem przeszkoda w roznych
              planach. czesto wolalabym zeby dziecka nie bylo.

              ale, jak napisala vanillafields to ze nie bede o nim myslec nie
              sprawi ze zniknie. wiec - tak jak NM wspiera mnie w roznych
              klopotach (konflikty w pracy, choroba moja, choroba w rodzinie) -
              tak ja zamierzam wspierac go w roznych komplikacjach z Malym. bycie
              rodzicem weekendowym to nie jest cos o czym marzy ktos zakladajac
              rodzine. to sa komplikacje, ktore przychodza z czasem i tyle.
              zatem wspieram NM w sprawach organizacyjnych (i nie tylko)
              zwiazanych z Malym, tak jak wspieralabym go w chorobie czy innych
              klopotach rodzinnych.

              nie mam wielkiej radochy z przebywania z Malym, ale to syn NM. wiec
              staram sie go traktowac jak normalnego malego czlowieka, z ktorym
              prawdopodobnie bede miec regularny kontakt jeszcze przez pare lat.
              jesli bede probowac sie izolowac to skonczymy zyjac OBOK SIEBIE, nie
              RAZEM. tego nie chce. wiec chyba oplaca mi sie kolegowac z Malym,
              bo chce fajnego zwiazku, prawdziwej rodziny.

              wyzwanie w postaci madrego ulozenia kontaktu z pasierbem to
              naturalna konsekwencja zwiazku z facetem z dobrodziejstwem
              inwentarza. nie mozna zwiazac sie z niskiem blondynem i cale zycie
              udawac, ze jest on wysokim brunetem. to samo dotyczy dzieci, one po
              prostu sa. i beda.
              • reksia Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 10:34
                Konstancja powyżej napisała sedno tego co i ja mogła bym
                powiedzieć ...tylko, że np przypadku takim jak mój, gdzie matka
                dzieci ogranicza ojcu kontakt z dziećmi i NIE JEST TEN KONTAKT
                UNORMOWANYM ( w każdym tego słowa znaczeniu) niestety takie ludzkie,
                normalne pożycie jest niewykonalne.

                Pomyślałam że lepiej jest się odsunąć i dać czas rodzicom pasierbów
                na ich dorośnięcie do całej sytuacje i podjęcie jak najzdrowszych
                decyzji dotyczących ich dzieci.

                Ja osobiście też ciągle do tej sytuacji dorastam.
              • coccolona Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 10:53
                konstancja16 napisała:
                >czesto wolalabym zeby dziecka nie bylo.
                .....
                > nie mam wielkiej radochy z przebywania z Malym, ale to syn NM


                Przynajmniej jestes szczera koni, wszystkie twoje starania sa tak naprawde dla
                twojego partnera a nie dla samego dzieciaka, bo go bardzo lubisz czy cos w tym
                stylu.


                > Coccolona napisała
                > >> Wiele osob, ktore udzielaja tu "zlotych" porad, to macochy, ktore
                > same maja dzieci z poprzednich zwiazkow. Musza byc dobre dla
                > pasierbow, bo ich partner bedzie wtedy mily dla ich dzieci.

                Moze przesadzilam z tym "wiele". Na tym forum sa to 2, max 3 osoby, ciagle te
                same. Sa tez pewnie i takie macochy, ktore maja dzieci z poprzednich zwiazkow,
                ale nie ukrywaja niecheci/obojetnosci w stosunku do pasierbow.
              • chalsia Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 12:10
                > dziecko, fakt. jest to czasem klopot, czasem przeszkoda w roznych
                > planach. czesto wolalabym zeby dziecka nie bylo.

                to ja to strawestuję z perspektywy matki - moje dziecko to także czasem kłopot,
                czasem przeszkoda w różnych planach. Czasami myślę, jak było pieknie zanim sie
                urodziło smile)

                Ergo-tego typu przemyślenia i odczucia towarzyszą istnieniu dzieci jako takiemu,
                nie mają związku z tym czyje dziecko jest.
                • reksia Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 12:32
                  chalsia napisała:

                  > > dziecko, fakt. jest to czasem klopot, czasem przeszkoda w roznych
                  > > planach. czesto wolalabym zeby dziecka nie bylo.
                  >
                  > to ja to strawestuję z perspektywy matki - moje dziecko to także
                  czasem kłopot,
                  > czasem przeszkoda w różnych planach. Czasami myślę, jak było
                  pieknie zanim sie
                  > urodziło smile)
                  >
                  > Ergo-tego typu przemyślenia i odczucia towarzyszą istnieniu dzieci
                  jako takiemu
                  > ,
                  > nie mają związku z tym czyje dziecko jest.

                  Uważam podobnie smile
                  ja ze swojej strony dodam tylko (jeśli mozna), że pojawiajace sie
                  tego typu myśli (czy precyzyjniej przemyślenia) nie mają nic
                  wspólnego z brakiem pozytywnych uczuć, jakie żywi się do własnego
                  dziecka (czy każdej innej osoby)
                  • konstancja16 Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 13:02
                    >>Ergo-tego typu przemyślenia i odczucia towarzyszą istnieniu dzieci
                    jako takiemu,
                    nie mają związku z tym czyje dziecko jest.

                    no, troche jednak maja. niedogodnosci zwiazane z dzieckiem w
                    przypadku rodzicow, sa chyba zrekompensowane jakas tam radocha, ze
                    toto zaczyna lazic, mowic, spiewac, pisac itede. w przypadku
                    macochy (na dodatek macochy nie znajacej uczuc macierzynskich z
                    autopsji) dziecko jest wylacznie klopotem. ta cala 'radocha' nie
                    jest moja, a przynajmniej nie odczuwam jej tak mocno. staram sie,
                    ale cieeezko mi to idzie.

                    co nie zmienia faktu, ze da sie dziecko zaakceptowac. tak jak
                    trzeba zaakceptowac mase innych 'zyciowych spraw' zwiazanych z druga
                    osoba. no po prostu Maly jest i albo sie organizujemy jakos z nim
                    albo sie zegnam for ever z jego tatusiem. dziecko jest malym
                    czlowiekiem i oczywiscie nie ponosi zadnej winy za glupstwa swoich
                    rodzicow, a okazanie mu odrobiny ciepla i serdecznosci (ktore nawet
                    wredna macocha jest w stanie z siebie wykrzesac) z reguly procentuje
                    w calym quasi-rodzinnym ukladzie. i pomaga jakos tam lepiej sie
                    ulozyc w tym patchworku. no inaczej (tzn omijajac dziecko z daleka)
                    nie da sie razem zyc na dluzsza mete, lepiej od razu poszukac innego
                    faceta, bez przychowku.
                • coccolona Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 12:44
                  Ale teraz zatekscilas chalsia smile

                  Jest wielka roznica miedzy:
                  chalsia napisała:

                  >moje dziecko to także czasem kłopot, czasem przeszkoda w różnych planach.
                  Czasami myślę, jak było pieknie zanim sie
                  > urodziło smile)

                  a

                  konstancja16 napisała:
                  >czesto wolalabym zeby dziecka nie bylo.

                  Matka nigdy nie pomysli o wlasnym dziecku "chcialabym, zeby nie istnialo". Gdy
                  kogos sie kocha albo lubi, nigdy tak sie nie pomysli o tej osobie.
            • coccolona Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 10:55
              reksia napisała:

              > sorry za styl i orty sad

              Nie przejmuj sie, podobno tylko buraki wytykaja bledy osobom piszacym na forach, jest to wbrew nietykiecie smile
    • pola.cocci Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 11:23
      Witam Was wszystkie w ten piekny sloneczny dziensmile))
      Sprobuje zaczac poprawe juz od dzic, bo dzis M wraca z PL, gdzie
      oczywiscie widzial sie z Mala - sprobuje zapytac co u niej slychac i
      dobrze sie do tego nastawic, tzn. normalnie.
      Pozdrawiam i zycze milego dnia.
      • macoszkaxx Re: Jestem podla macocha... 30.05.08, 16:03
        Uwazam ze jestem fajna mama dla moich wlasnych rodzonych blizniakow,
        kocham Je najbardziej na swiecie i One mnie tez. Jednak czasem mam
        ochote wyslac je w kosmos i zdarza mi sie odczuwac dzika ulge gdy
        przekazuje Je w rece Ich taty. Nieraz tez wspominam z rozrzewnieniem
        czasy przed urodzeniem Dzieci kiedy sprzatalam w domu raz na
        tydzien, wyjscie do pubu nie bylo wielkim przedsiewzieciem
        logistycznym i nawet udalo sie czasem w ciagu dnia cos poczytac lub
        w spokoju wypic kawe... Ja odczuwam to tym bardziej dotkliwie
        poniewaz nie mam zbyt wiele wsparcia ze strony Ich ojca.
        Nie obce mi rowniez negatywne uczucia w stosunku do pasierbicy,
        takie jak opisala autorka watku, ale ja sobie wykombinowalam ze duza
        odpowiedzialnosc za to spoczywa na facecie ktory nie umie sie
        odnalezc w sytuacji w ktorej ma corke i zwiazek z dorosla kobieta.
        Moj partner byl sam lub miewal jakies przelotne zwiazki przez 6 lat
        zanim spotkal mnie, poswiecil te 6 lat swojej corce i ona byla jego
        swiatem, opoka, ramieniem do wyplakania sie, najlepszym przyjacielem
        i powiernikiem - to sa jego slowa, dla mnie to znaczna przesada
        wyplakiwanie sie 4-latce, ale to juz jego sprawa. Uwazam tez ze nie
        bez znaczenia jest fakt iz jest to corka a nie syn. Mysle ze w gre
        wchodzi tu zwykla kobieca zazdrosc i zaborczosc bo poprzez istnienie
        dziecka-corki z poprzedniego zwiazku nastepuje nasza automatyczna
        detronizacja. Nie jestesmy juz JEDYNYMI kobietami w zyciu naszych
        partnerow. Jesli dodatkowo partner probuje zachowac autonomie
        jako 'samotny tata' (mowimy o sytuacji w ktorej dzieciak nie mieszka
        z ojcem i macocha) i uwaza ze nowa rodzina jest odebraniem dziecku
        ojca, nie ma mowy o pomyslnym ulozeniu spraw a w macosze pojawi sie
        mysl ze po cholere ma sie angazowac w wychowywanie cudzego dziecka,
        poswiecac zasoby skoro i tak jako nie-biologiczny rodzic nie ma
        zadnego wplywu na zycie tegoz dziecka. Sama doswiadczam podobnych
        uczuc gdy pasierbica w czasie wspolnych rozmow zwraca sie tylko do
        ojca i tylko jemu zadaje pytania (ostatnio przy mnie spytala go o
        cos dotyczacego miesiaczki) i daje mi do zrozumienia ze nie jestem
        dla niej zadnym autorytetem nawet jesli wie ze ja bym udzielila na
        to bardziej wyczerpujacej odpowiedzi. Wszystkie te sytuacje sa
        bardzo trudne i troche sprzeczne z natura dlatego wymagaja staran i
        poswiecen. Na poczatek rozmowa (u mnie sie nie powiodla i od tamtej
        pory moj partner uwaza wszystkie nasze problemy sa moja wina bo nie
        kocham jego dziecka-tak, on uwaza ze powinnam kochac jego corke tak
        jak wlasne dzieci)a potem starac sie pozytywnie myslec, jak trzeba
        to zaciskac zeby i nie tracic glowy. Tylko spokoj moze nas uratowac.
        Pola.cocci, w Twoim przypadku to tylko pare razy w roku, dasz
        rade.
Pełna wersja