nadzieja_2008
25.07.08, 18:48
Rozpoczne malo oryginalnie, jak wiekszosc macoszek: po dlugim
czasie czytania forum wkoncu odwazylam sie poprosic o pozwolenie na
wejscie.
Jestem "macoszka" weekendowa dwojki dzieci z poprzedniego malzenstwa
mojego NM. Wspolnie mamy 2-letniego Synka, ktorego oboje chcielismy
i zaplanowalismy. Sa plany o slubie ale dopiero w przyszlym roku.
Niby nic strasznego sie nie dzieje. Miedzy nami uklada sie dobrze,
nie mamy problemow finansowych, dzieci sa mile, dobrze wychowane,
akceptuja mnie, sa pozytywnie nastawione do naszego dziecka, ktore
tez zywo reaguje na ich obecnosc - jakby czul, ze nie sa dla Niego
obcymi ludzmi.
Wizyty dzieci sa co druga niedziele ale zabieramy je takze na jakies
wycieczki, grilla, urodziny itd.
Problem tkwi we mnie, w mojej psychice. Jestem zazdrosna o uczucia
NM do dzieci. Wiem, ze to moze smieszne ale tak niestety jest.
Wszystko jest ok, gdy ja jestem decydentem w sprawie, gdy ja
zaproponuje zeby gdzies je zabrac, zaprosic. Gdy zrobi to NM jestem
rozzalona i zazdrosna, ze Jemu na nich zalezy. Dieci NM nie byly
planowane, slub odbyl sie z powodu ciazy. NM dopiero teraz dojrzal
do ojcostwa, kiedys - przykro o tym mowic - ale nie bardzo chcial
sie przyznawac do tego, ze ma dzieci aczkolwiek swoje obowiazki
wobec nich spelnial, opiekowal sie, nie olewal. Dzis mowi, ze nasze
dziecko jest dla Niego tak jakby pierwszym bo przy tamtych nie
uczestniczyl tak w tych pierwszych latach.
I z tym mam problem. Zamiast cieszyc sie, ze dojrzal, ze spelnia sie
jako ojciec,
zamist byc zadowolona, ze zapewnia wszystkim dzieciom godne zycie,
ze sie nimi interesuje, opiekuje to ja jestem zazdrosna.
Glownie o 15-letniego syna, ktory to sam juz przychodzi do taty, np.
po szkole (NM prowadzi hurtownie).
Te spotkania nie odbywaja sie "kosztem' mnie i synka. Syn NM
posiedzi z Nim poprostu chwile w pracy. Przyjezdza tez do Niego w
soboty i jezdzi z Nim, zalatwia jakies sprawy.
Czasem mysle, ze podswiadomie boje sie, obawiam, ze starszy syn
zastapi NM w jakims stopniu mnie...
Zawsze ja bylam dla Niego podpora, przyjaciolka, pomagalam mu
zalatwiac rozne sprawy itd. Myslalam, ze chlopak im starszy tym
bardziej bedzie wolal spedzac czas z kolegami, czy z jakas
kolezanka

a nie z tata. A tu chlopak dorasta i byc moze zechce z
ojcem prowadzic interesy. Boje sie tego, ze sie do siebie tak bardzo
zbliza, ze bedzie on dla Niego wazniejszy niz nasz syn (mimo iz
tamtego nie chcial - tak wiem- to stwierdzenie akurat jest
niedojrzale, ale takie mam odczucia).
Czy moje obawy sa smieszne? Mam wrazenie, ze sama sobie wymyslam
problemy. Przestaly mnie cieszyc sprawy codzienne, nasze zycie.
Ciagle rozmyslam co bedzie w przyszlosci. Powoli psuje nasz zwiazek
poniewaz robie sie zaborcza.
Dodam iz NM jest dla mnie bardzo dobry. Robi wszystko zeby pogodzic
te dwa swoje swiaty, nie naduzywa mojego zaufania, pyta o plany,
ustala spotkania z dziecmi. W tym roku sami w trojke jedziemy na
urlop - w zeszlym roku bylismy z dziecmi ale ustalilismy, zeby
przeplatac wakacje, zebysmy tez mieli troszke czasu dla siebie na
urlopie. W tym roku dzieci NM pojechaly z mama.
Teraz gdy to pisze wydaje mi sie to takie blache. A w rzeczywistosci
zatruwa mi to zycie. Wiem, ze chlopak jest w wieku kiedy bardzo
brakuje mu ojca. Byc moze za rok, dwa wazniejsi beda koledzy, pojawi
sie pierwsza milosc. Chyba potrzeba mi takiego "wytchnienia".
Wolalabym zeby chlopak byl juz dorosly i zeby traktowala gojak
doroslego czloweka. A moze juz powinnam tak do tego podejsc?
Jak sobie poradzic z zazdroscia o uczucia NM?
Jak zapanowac nad tym zeby nie zwariowac a zeby uzmyslowic sobie,
ze "to sa tylko dzieci" i zadna dla mnie konkurencja.
Czy ktoras z Was miala taki problem i poradzila z nim sobie?
Co zrobic zeby na widok tulacej sie corki czy szukajacego kontaktu z
ojcem syna czuc zadowolenie i dume ze mam takiego mezczyzne przy
boku a nie czuc jak serca peka na tysiac kawalkow?
Przepraszam za tak dlugiego posta ale musialam sie wygadac.
Nie chce zepsuc tego zwiazku poniewaz jestesmy dla siebie tymi
wlasciwymi osobami i dobrze nam ze soba. Mamy cudownego synka. NM
nawet by nie pomyslal, ze az takie mam rozterki. Dla Niego byloby to
niezrozumiale.
Bardzo prosze aby nie wypowiadaly sie osoby, ktore chcialyby napisac
ze jestem niedojrzala- powiem od razu - nie jestem. Mam 30 lat (NM
38), skonczone studia, mam dobra prace i naleze raczej do lubianych
osob, kochajacych zycie, pomocnych itd.
Prosze rowniez by nie pisaly osoby, ktory kaza mi wyslac dzieci NM w
kosmos i kazaly za wszelka cene doprowadzic do tego, zeby NM sie od
nich odsunal.
Dodam iz byl juz taki czas, ze po narodzinach naszego maluszka przez
pol roku nie spotykalam sie z dziecmi. Odsunelam je od nszego synka,
bronilam "naszego zycia" i nie chcialam nikogo do niego wpuscic. NM
spotykal sie z dziecmi sam, ja jechalam do rodzicow lub
spotykalamsie z kolezanka. Pewnego dnia powiedzial mi, ze juz tak
nie brakuje Mu dzieci, ze malo z Nim rozmawiaja, ze jest jakos
dretwo na spotkaniach. Wizyty konczyli dosc szybko. Poczulam lekka
satysfakcje, ale rownoczesnie zrobilo mi sie wtedy zal. Zal ich
wszystkich. Zaczelam na nowo uczestniczyc w tych spotkaniach,
wydluzyly sie one w czasie, bylo wesolo z naszym brzdacem. Wiem, ze
NM woli gdy jestemy wszyscy razem. Nie jest wtedy taki rozdarty.
Teraz mysle: czy dac sobie znowu spokoj i odsunac sie od tych
spotkan czy raczej scalac nadal ta "rodzine" chocby dla dobra
naszego synka no i w sumie nas wszystkich...
Czekam na Wasze rady. Z gory dziekuje.