Wasz mąz jako ojczym

08.08.08, 12:31
No właśnie, a jaki stosunek do Waszych dzieci (mam na mysli te z
poprzednich związków) maja obecni męzowie? Wiele sie naczytałam tu o
braku sympatii dla Waszych pasierbów (niestety, znam zaczątki tego
uczucia z autopsjisad
Zastanawiam sie, czy takie rodziny patchworkowe to nie jest cos na
zasadzie "tranzakcji wiazanej" - ja toleruje Twoje dzieci, Ty moje.
Czy moze sie zdarzyc, ze np. my nie lubimy (choc staramy sie
ukrywac) dziecko partnera a on nasze jak najbardziej tak?

Ech, pokręcone to zycie jakos...sad
    • cleopa Re: Wasz mąz jako ojczym 08.08.08, 12:42
      Niesmile
      Moja Mloda jest rezolutna ,dobrze uczaca sie 16-latka,z ktora nie ma
      problemów i oboje z NM bardzo sie lubia i trzymaja sztame . Jak NM
      piekł rybę to Mloda dostawała najlepsze kawałki smile. Ona tez go
      bardzo lubi smile
      • konstancja16 Re: Wasz mąz jako ojczym 08.08.08, 17:34
        nasz mąż... jako ojczym. hm, 'my' nie mamy męża i nie mamy dziecka,
        ale się wypowiem, ostatnio lubię zabierać głos na każdy temat wink
        (mój Nie-Mąż ma syna)

        wydaje mi się, że jakieś minimum akceptacji i sympatii musi być. ja
        nie lubię dzieci w ogóle i miałam ochotę uciec gdzie pieprz rośnie,
        ale Mały jakoś stopniowo przełamywał lody i jakąś cienką nić
        sympatii nawiązaliśmy. bez tego nie wyobrażam sobie naszego
        związku. potem jeszcze różnie może być, bo dzieci rosną, mogą się
        pojawić kłótnie i spadki sympatii, ale jak na początku nie ma ani
        ziarenka lubienia to czarno widzę. bez odrobiny sympatii chyba
        tylko w ukladzie bezkontaktowym da się wytrzymać. no i chyba nie
        chodzi tylko o to, żeby 'wytrzymywać' ze sobą, ja w każdym razie
        oczekuję dużo więcej od bycia razem.

        a przełamywanie lodów wyglądało u nas tak: pamiętam jak w pewien
        sobotni poranek Mały po raz pierwszy wlazł nam rano do łóżka bez
        zapowiedzi. a ja wtedy jeszcze się do niego prawie nie odzywałam bo
        mi się wydawało, że z takim małym to ja sobie nie pogadam, bo o czym
        niby. przecież nie będę 'ciu-ciu-ciu maleńki, ziobać jaki
        ślićniuteńki siamolocik'. a on po prostu przydreptał rano i wciął
        się między nas. mnie kopara opadła, zesztywniałam (booooże, dziecko
        w moim łóżku!!!! jeszcze mnie dotknie!!!! na pomoc!!!!!) i w
        ogóle nie wiedziałam jak zareagować. a on się uśmiechnął i
        przytulił. miał ze dwa i pół roku wtedy i taką dziecięcą ufnością
        mnie trochę kupił. przestałam go traktować jak powietrze, zaczęłam
        się do niego odzywać (na poczatku się nie odzywałam, ale nie tyle z
        niechęci co raczej dlatego, że nie wiedziałam jak się gada z takimi
        małymi ludzikami).

        trochę się boję, że jak Mały będzie zbuntowanym trzynastolatkiem to
        nie będzie tak uroczo, ale przynajmniej w punkcie wyjścia mamy jakąś
        małą sztamkę. czasem sobie oko puszczemy przy stole, albo wspólnie
        narzekamy: ale ten tata to się grzebie (jak gdzieś wychodzimy).
        myślę, ze gdybym miała swoje dziecko to byłoby mi latwiej, bo byłoby
        coś za coś - ty tolerujesz mojego potwora, a ja się męczę z twoim.
        no i w ogóle miałabym jakieś pojęcie o dzieciach. czasem mowię NM,
        ze powinien sobie był znaleźć jakąś laskę z dzieckiem. byłoby dużo
        łatwiej. ale na razie ich nie oddam, chociaż są w tym uciążliwym
        pakiecie wink
        • chalsia Re: Wasz mąz jako ojczym 08.08.08, 22:56
          wiesz Konstancja lubię Cię czytać (bez względu na długość postów).

          PS. mam dziś dzień dobroci dla macoch, bo moje dziecko własnie wyjechało z ojcem
          i jego rodziną na 2 tyg. wakacji wink)))
          • aldonakatarzyna Re: Wasz mąz jako ojczym 09.08.08, 13:56
            ja tez bardzo Cie lubie czytac Konstancjosmile

            zgadzam sie ze musi byc jakas sympatia dla pasierba/ow, niekoniecznie zaraz
            milosc ale akceptacja i sympatia z obu stron
            moj maz lubi mojego syna, w czasie sprzeczek czy dyskusji moj syn zawsze trzyma
            strone mojego meza podobnie jak corka mojego meza trzyma moja strone, to sie
            chyba nazywa solidarnosc jajnikowwink
            jesli nie ma akceptacji i sympatii do cudzych dzieci to nie ma co wchodzic w
            taki zwiazek
        • 13monique_n Re: Wasz mąz jako ojczym 10.08.08, 19:03
          Ładnie to napisałaś, Konstancjo smile))
          Całkowicie się z Tobą zgadzam, albo "dwu-(czy trzy-)-pak", albo nic
          lepiej nie tworzyć. Trudne chwile się zdarzają, ale nawet teraz,
          kiedy moje dzieci są dojrzewającymi nastolatkami, to jednak dajemy
          sobie wszyscy radę. Ważne jest omawianie wielu sprawa "off"
          dzieciowo (czyli tylko z partnerem), aby ustalić najpierw zasady
          między sobą, a potem się ich trzymać i wspierać. Bywa raz łatwiej,
          raz trudniej.

          PS Konstancjo, masz @, wreszcie się spręzyłam smile
    • reksia Re: Wasz mąz jako ojczym 11.08.08, 23:16
      mimozajka napisała:


      > Zastanawiam sie, czy takie rodziny patchworkowe to nie jest cos na
      > zasadzie "tranzakcji wiazanej" - ja toleruje Twoje dzieci, Ty
      moje.


      Gdyby to było tak banalne, nie stanowiło by problemu wink

      Niestety każda relacja między poszczególnymi osobami jest
      indywidualna.
    • kai_30 Re: Wasz mąz jako ojczym 12.08.08, 12:06
      Przez trzy lata byłam w związku, w którym ta "transakcja wiązana" nie
      wychodziła. Facet mieszkał ze mną i z moimi dziećmi, ale o ile dla swoich był
      niemal ideałem (niemal, bo jednak nieco przesadzał z rozpieszczaniem i brakiem
      wymagań), o tyle dla moich był "macochem" rodem z koszmaru. Nie, nie bił, ani
      nic takiego. Był ozięble obojętny. No i to porównywanie - moje dzieci są cacy,
      Twoje be. Moje dzieci nigdy by się tak nie zachowały. Tudzież przymykanie oka na
      dokładnie te same zachowania jego dzieci, które u moich doprowadzały go do stanu
      milczącej furii.

      Rozstawaliśmy się cyklicznie, co roku na jesień, bo nie dało się tego znieść. Po
      rozstaniach facet leciał na terapię i obiecywał, że wszystko zrozumiał, że teraz
      "będzie przepięknie" i "normalnie" - i rzeczywiście, przez jakiś czas było. Ale
      nieuchronnie zaczynało się pogarszać, równia pochyła w dół.

      IMHO nie da się funkcjonować w takim związku. Nie znaczy to, że kobieta, która
      ma dzieci, powinna przede wszystkim szukać dla nich ojca - ja nie szukam, i
      nigdy nie szukałam. Ale nauczyłam się już, że akceptacja moich Młodych jest
      warunkiem niezbędnym, żeby cokolwiek mogło wyjść. Bez tego nie umiałabym być z
      żadnym facetem szczęśliwa.

      No, chyba że się chce - i umie - być w naprawdę luźnym związku, w którym facet
      jest od dzieci odseparowany, na ile tylko się da. Ale w takim przypadku o
      wspólnym życiu nie ma mowy - ot, seks od czasu do czasu, i wypad.
Pełna wersja