femalespirit
21.11.03, 10:51
Zblizaja sie swieta, a z nimi prezenty i zwiekszone wydatki. Nasza eks
dostaje 5.000 alimentow. Tak, tak, slownie piec tysiecy. I juz wiem, ze jak w
zeszlym roku bedzie awantura, ze to jest ZA MALO, bo przeciez tyle wydatkow.
Fakt, ze mieszka ona w pieknym, urzadzonym do A do Z apartamencie, jezdzi
dobrym samochodem, a ojciec jej dzieci oprocz alimentow oplaca jeszcze
jednemu szkole oraz nie zaluje wydatkow, kiedy sa u nas i kiedy sie z nimi
spotyka, nie ma znaczenia. A dzieci? No coz, dzieci zaopatrzone w najnowsze
komputery, snowboardy, ciuchy i Bog wie co jeszcze, zawsze sa pokrzywdzone,
bo przeciez inni jezdza do troche lepszego kurortu w Austrii na narty. Moj
maz niby sie tym nie przejmuje, ale widze, jak latwo jest zagrac na jego
poczuciu winy za robita rodzine (to on odszedl od zony). Z drugiej strony
jego eks malo sie zajmuje dziecmi - czesto wyjezdza i zostawia ich na kilka
dni samych, porzadne obiady jedza tylko u nas, tylko ojciec odrabia z nimi
lekcje. Czy to jest w porzadku? Dla mnie alimenty sa nie tylko pieniedzmi na
utrzymanie, ale tez pewna forma rekompensaty za to, ze matka ma wiecej
obowiazkow rodzicielskich, bo na codzien dzieci z nia mieszkaja. A ona nie
tylko sie z nich nie wywiazuje, ale zada coraz wiecej kasy. Czy to jest w
porzadku? Jak rozmawiac o tym z mezem? Nie chodzi mi o to, ze nam na chleb
brakuje, bo nie, ale mam wrazenie, ze pod wzgledem finansowym nasza rodzina
jest na drugim miejscu, bo tamte dzieci takie biedne, ze nie maja na codzien
tatusia... co jest ewidentna nieprawda, bo tenze tatus poswieca im wiecej
czasu i uwagi niz w czasach, gdy z nimi mieszkal. Jak sobie radzicie z takimi
sprawami?