mkatarynka.edziecko 11.12.03, 21:20 otwieram nowy wątek - dokleję zaraz posty, które pojawiły się w wątku pt. "nie macie wrażenia..." moim zdaniem nie na temat. Natomiast ten wątek też jest dośc ciakawy więc szkoda by go było usuwać. Odpowiedz Link czytaj wygodnie posty
mkatarynka.edziecko matiza napisała 11.12.03, 21:23 A ja mam jeszcze inne wrażenie czytając Wasze posty, a mianowicie, że jesteśmy ww stanie głośno i otwarcie mówić, że nieakceptujemy teściów (problem teściów doskwiera wielu parom), ale gorzej żeby nieakceptować dziecka partnera. Nie potepimy osób, które z różnych powódó nie utrzymuja kontaktów z teściami (rodzicami, rodzina jednej ze stron) ale potepiamy tych którzy nie utrzymuja kontaktów z dzieckiem. Słowa "mam dośc jego (jej) matki ...." "nienawidze jego (jej) matki ..." spotykaja sie z wiekszą aprobatą niż podobne w stosunku do jego (jej" dziecka. Bardziej zalezy wam na dobrym odbiorze w oczach jego dziecka niz w oczach jego rodziców itp itd...... I też się zastnawiam DLACZEGO? Pozdrawiam Was serdecznie matiza Odpowiedz Link
mkatarynka.edziecko konkubinka napisała 11.12.03, 21:25 mnie bardzo zalezy na jednym i drugimTylko ze kazdy dorosly ma swoj rozum , im starszy nie jest wstanie isc na kompromis.Jest bardziej uparty.Dziecko dopiero ksztalci swoje poglady i przedewszystkim dzieciom nalezy sie spokoj i pomoc w odnalezieniu sie w sytuacji gdy nie ma normalnej rodziny , tzn zlozonej z ojca matki i dziecka.Dziecko powinno dobrze sie czuc , a rodzice?jak nie zechca to dobrze sie ni epoczuja.A czasem poczuja sie dobrze tylko gdy beda anty - konkubinkowi Odpowiedz Link
mkatarynka.edziecko sacreble napisała 11.12.03, 21:25 Matiza, b.dobre spostrzezenie! Chyba to na tym forum ktoś napisał, ze w społeczenstwie panuje taka zasada "dzieciolubstwa". To niemal wymóg. Po postu "nie wypada" powiedziec, że sie dzieci/czyichś dzieci nie lubi, nie toleruje. Zaszczują. Ktoś kto nie lubi dzieci jest: a. nienomalny b. wstetny. Dorosli to juz inna bajka. A z dziecmu kojarzy sie bezbonnosc, niezdolność do bycia przebiegłym, wyrachowanym (oj, tu by sie niektorzy zdziwili jak cwane moga byc dzieci, jak potrafia manipulowac dorosłymi i wykorzyustwywac swoj status dziecka ) Przepraszam jesli kogos uraże, ale odnosze coraz cześciej wrazenie, ze dzieci, których rodzice rozwiedli się są "podwójnie świete". Odpowiedz Link
pysia-2 Re: sacreble napisała 12.12.03, 12:38 to sie bierze z biologicznej potrzeby ochrony potomstwa, a co za tym idzie - przedluzenia gatunku. Normalny czlowiek jest tak skonstruowany ze widok bezbronnego dziecka wyzwala w nim potrzebe przytulenia, ochrony. Zachwycamy sie widokiem malych, zaslinionych bobasoow, bo w naszych oczach sa po prostu rozkoszne i do calowania. Bo gdyby bylo inaczej, zwyrodnienia polegajace na zabijaniu dzieci stalyby sie norma. No, a pooki co norma jest milosc do dziecka i wszystko co sie z ta norma mija jest zle. Odpowiedz Link
mkatarynka.edziecko Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 11.12.03, 21:40 Ja się przyznaję bez bicia, że generalnie dzieci nie lubię. Swoje - owszem. Dzieci niektórych znajomych owszem. Ale nie wszystkie. Na ogół jak bardzo lubię znajomych to ich dzieci też darzę sympatią a jak nie to nie. Znam kilka osób, które tak jak ja przyznają się do tego, że nie lubią dzieci, że dzieci je denerwują. Z tą "podwójną świętością" dzieci rozwiedzionych coś jest. Ale wiecie co? Skojarzyło mi się to z kalectwem. Miałam dzisiaj taką sytuację, że dziewczynka z zespołem Downa uczepiła mi się do wózka. W zasadzie nie robiła nic złego ale mnie to denerwowało. I miałam dylemat - gdyby to było inne dziecko to pewnie bym mu powiedziała żeby się odczepiło. A tej dziewczynce dałam spokój i pozwoliłam towarzyszyć sobie kawałek aż nasze drogi - jej mamy i moja - naturalnie się rozeszły. Tak sobie myślę: dlaczego takie dziecko ma być traktowane inaczej niż zdrowe? Uważacie, że powinno? Ja nie wiem. Z jednej strony wydaje mi się, że powinno być nauczone tak jak inne dzieci rzeczy, których jest się w stanie nauczyć (np. niezaczepiania obcych na ulicy...) Ale z drugiej strony - czy nie powinno jednak być potraktowane ulgowo? Dzieci z rodzin rozbitych też w pewnym sensie są "upośledzone". Niektóre w stopniu "lekkim" niektóre w "cięższym". Ale tego nie widać. Czy z tego powodu należą im się szczególne względy? Oto jest pytanie... Odpowiedz Link
matiza Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 08:57 Może jeszcze małe wyjasnienie - chodziło mi generalnie o to, że jesteście w stanie zaakceptowac fakt, że facet "odwraca" sie od swoich rodziców, powiedziec głośno, że nie zalezy WAm na kontakcie z nimi, aale nie jesteście w stanie zaakceptować tego w stosunku do dziecka faceta - a..... przecież to taka same ralacja rodzinna tylko "w innym kierunku". Pozdrawiam Matiza Odpowiedz Link
nooleczka Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 10:56 Może przyczyna tkwi w tym, że w pewnym okresie życia rodzice przestają być wyrocznią czy też autorytetem, mozna się w pewien sposób od nich odseparować, utrzymywać kontakty raz na kilka miesięcy. A jakby na ich miejsce wkracza dziecko, które staje się w tym momencie najważniejszą osobą w życiu, i taką osobą zazwyczaj pozostaje, nawet jesli jego tatuś rozszedł sie z mamusią. Dziecko będzie zawsze obecne w życiu tatusia, tatuś zawsze bedzie się o nie troszczył i będzie je kochał. I dokładnie tego samego wymaga od macochy, niestety. Jeśli więc nie chcemy mieć w domu wiecznych konfliktów i nie chcemy mieć gryzącego poczucia: "ono jest ważniejsze niż ja" to trzeba przynajmniej spróbować je polubić. A robimy to, bo zależy nam na naszym facecie, bynajmniej nie na jego dziecku. Takie jest moje zdanie. Pozdrawiam, Ania Odpowiedz Link
dona29 Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 11:39 Pozwólcie,że się wtrącę - mam coś do powiedzenia w tej kwestii - mieszkam z 7- letnią corka mojego wybranka. Bardzo mądre spostrzeżenie nooleczki "...dziecko będzie zawsze obecne w życiu tatusia,tatuś zawsze się będzie o nie troszczył i będzie je kochał.I dokładnie tego samego wymaga od macochy.." - bingo! Mało tego - spostrzegłam,że nie tylko tatuś oczekuje okazywania sympatii i miłości do jego dziecka,ale i pani w szkole i babcia dziecka i pięć innych,obserwujących bacznym okiem osób z boku(np. jego przyjaciół). No i teraz tak - nie umiem polubić,nie za wiele się nim przejmuję i juz napewno nigdy nie będzie ono dla mnie ważne.Za każdym moim zachowaniem i gestem,idzie poczucie przyzwoitości i litosci - ale to wszystko! Nie jestem w stanie dać z siebie więcej! Najczęściej towarzyszy mi obojętność a nierzedko irytacja, w stosunku do tego dziecka.A co najgorsze - mówię o tym,ku ogólnemu zgorszeniu a przynajmniej zdziwieniu podpatrywaczy. Pozdrawiam Odpowiedz Link
nooleczka Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 12:23 Dona, czy w związku z taką sytuacją, kiedy nie możesz się niejako zmusić do polubienia tego dziecka, dochodzi między Tobą i Twoim facetem do konfliktów? Wytyka Ci Twoją obojętność, próbuje Cię zmienić? Pozdrawiam, Ania Odpowiedz Link
dona29 Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 13:43 Oczywiście że tak,nooleczko! Własciwie - odkąd się pojawiła(matka przyjechała z zagranicy,pozstawiając tatusiowi córkę),dochodzi do większych czy mniejszych konfliktów.Nie ma co ukrywać,że jej pojawienie się,przewróciło mi świat do góry nogami.Z drugiej strony - wiedziałam,że on dązy do tego,żeby dziecko zostało przy nim.A jednak - nie sądziłam,że tak się stanie i nie umiem się w tym odnaleźć. A tatuś - cóz mam wrażenie,że za wszelką cenę chce,żebyśmy tworzyli pełną rodzinę i żebym byłam tym bezwarunkowo zachwycona. Pozdrawiam Dona Odpowiedz Link
dona29 Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 13:49 ..dopowiem tylko - że za parę miesięcy pojawi się nasze dziecko...brrr...aż strach pomyślec,co to będzie wtedy;-( Odpowiedz Link
pysia-2 Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 12:53 niezupelnie matizo taka sama relacja. zwiazek uczuciowy matki z dzieckiem jest wiekszy niz dziecka z matka (czy tez ojca z dzieckiem i dziecka z ojcem). Wiec nie dziala to tak samo. Odpowiedz Link
ka.ga Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 13:51 No i jeszcze jedna kwestia. A mianowicie odpowiedzialnosc. To, ze przyszlismy na swiat, bylo od nas niezalezne, ale to, ze powolujemy do zycia nowa istote (dziecko) zalezy od nas. Powinnismy wiec brac odpowiedzialnosc za wlasne czyny. Rodzicow nikt sobie nie wybiera, ale na to, czy bedziemy miec dziecko, mamy bezposredni wplyw (pomijam sytuacje patologiczne) Odpowiedz Link
nooleczka Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 13:57 O nie, kaga. Na to czy nasz facet przysposobił się kiedyś w dzieci czy nie, nie mamy żadnego wpływu. On stawia nas niejako w sytuacji dokonanej, a my musimy na siłę się do niej przystosowywać. Musimy te jego dzieci polubić albo będą wieczne konflikty w domu. (( Pozdrawiam, Ania Odpowiedz Link
ka.ga Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 14:06 Mialam na mysli uczucia tego faceta do jego wlasnego dziecka Bo dla nas to "obce" dziecko i mozemy je lubic lub nie - prawie tak, jak kazde inne. Zreszta dyskusje na ten temat ciagna sie i ciagna - jak poczytasz najwczesniejsze watki, to sie o tym przekonasz. I kazda sytuacja inna. Dodam, ze mnie tez wkurza corka mojego meza, gdy wystepuje z jakimis wygorowanymi zadaniami wobec ojca i tak samo denerwuje mnie brak krytycyzmu mojego meza w stosumku do wlasnej corki. W imie spokoju w domu staram sie przymykac oczy (czasem jednak wybucham). Wlasnie dlatego, ze ON jest niejako zobligowany do kochania swojego dziecka. Odpowiedz Link
chalsia Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 23:00 nooleczka napisała: > O nie, kaga. Na to czy nasz facet przysposobił się kiedyś w dzieci czy nie, nie > > mamy żadnego wpływu. On stawia nas niejako w sytuacji dokonanej, a my musimy na > > siłę się do niej przystosowywać. Musimy te jego dzieci polubić albo będą > wieczne konflikty w domu. (( > TAk, nie masz wpływu na to, że on juz ma dziecko. Ale nie pisz, że ON postawił Cię w "sytuacji dokonanej" i musisz się do niej na siłę przystosować. Bo to jest/był Twój prywatny wolny wybór na bycie w związku z facetem z dzieckiem. Mogłaś się na to nie decydować, nikt Cię na siłę nie zmuszał. Pozdrawiam, Chalsia Odpowiedz Link
jayin Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 00:47 chalsia napisała: > TAk, nie masz wpływu na to, że on juz ma dziecko. Ale nie pisz, że ON postawił > Cię w "sytuacji dokonanej" i musisz się do niej na siłę przystosować. Bo to > jest/był Twój prywatny wolny wybór na bycie w związku z facetem z dzieckiem. > Mogłaś się na to nie decydować, nikt Cię na siłę nie zmuszał. Maz rację Chalsiu. Każda z nas (chyba? - była świadoma tego, że bierze "chłopa z przychówkiem". Inna sprawa, że cieżko sobie zdawać sprawę z sytuacji, czy problemów z tym związanych już na początku - bo te poznajemy dopiero z autopsji, ale pomińmy ten wątek. Tyle, że na związek decyduje się I kobieta I mężczyzna. O ile ona powinna być świadoma mniej lub bardziej obowiązków jego i praw wobec dziecka, tego ze to dziecko bedzie obecne siłą rzeczy takze w jej domu i zyciu, o tyle on powinien równiez byc swiadomy, ze nie daje jej wylacznie siebie samego, ale tez swoje "obowiazki" i powinien pomyslec o tym JAKI to wplyw bedzie mialo na ich zwiazek, rowniez. W takim wypadku oboje powinni byc swiadomi "praw i obowiązków" Ona bierze te "obciążenia" (bez uraz jakiejkolwiek dla dzieci) wraz z nim, swiadomie, ale on je swiadomie jej daje. I to od nich OBOJGA zalezy jak sobie z tymi "obciążeniami" poradzą w swoim związku. jesli juz sobei wyjasnia wszystko, szczerze okresla swoje oczekiwania i mozliwosci wobec siebie - to sie decyduja nato czy byc razem czy nie. Ona powinna odpowiadac za swoja decyzje, ale on takze - i wtedy ewentualne problemy rozwiazywac wspolnie - ona starac sie nie przeszkadzac mu w wypelnianiu jego obowiazkow wyniesionych "z przeszlosci" i ułatwiać mu to ze swej strony (bez niepotrzebnych fochów, dąsów i sztucznych problemow), a on - nauczyc sie wypelniac obowiazki te w taki sposob, zeby wypelnic rowniez te wobec "drugiej" partenrki/zony, ktore przeciez swiadomie na siebie przyjal (czyli uznal, ze da rade) - i ułatwiac jej funkcjonowanie w takim ukladzie - tak jak i ona jemu. często jednak się zapomina o roli faceta w tym wszystkim i właściwie główny nacisk na odpowiedzialnosc za decyzje, za rozwiazywanie problemow, ulatwianie itd kladzie sie na strone kobiety ("drugiej", a nierzadko i "ex" wpewnych przypadkach) ten Facet wciąz tam gdzieś lawiruje w oddali, ale na dobrą sprawę jest w komfortowej sytuacji w ktorej on robi co MUSI, a o reszte niech sie martwi "obecna" - jak zyc i dzialac, zeby on sobie zyl bezproblemowo ze swoimi obowiazkami, bez swojego wkladu w to dzialanie. wszystko opierac sie powinno i na kompromisach i na "rownowadze" - i to wcale nie jest egoizm, kiedy w zwiazku "wymaga się" czegoś za coś - współdziałania, symbiozy,a nie pasożytnictwa bo inaczej jedna ze stron zacznie się czuć wykorzystywana w jakis sposób, a to nic dobrego nie wrózy. czasem tez jednak tak bywa, ze uczucie ktore laczy ludzi wydaje sie byc tak silne, ze zadne problemy i roznice potrzeb czy oczekiwan nie sa wazne. wtedy pomimo pewnych "problemow" z zaakceptowaniem tego, ze On ma dziecko/Ona nie chce jego dziecka w ich zyciu - tworzą związek. a potem tworzą się problemy. niestety. róznie bywa. ale: ilu ludzi - tyle mozliwych kombinacji sytuacji jesli ona nie da rady - to niech powie od razu. niech on bedzie swiadomy "co bierze" jesli on nie da rady zrezygnowac dla niej z czegos (np. z odwiedzania dziecka, kiedy ona tego wymaga, bo dziecka nie "strawi") - to niech tez powie i albo ona bierze go takiego, a potem sie meczy ze stresem i problemami, albo niech da sobie spokoj. ale niech oboje beda swiadomi tego co biora i co moga dac. pozdr. Joanna Odpowiedz Link
jayin Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 00:29 tak sobie czytam, czytam.. coś w tym jest.. oczekiwanie od "macochy"/"ojczyma" ze polubi od razu czyjeś dziecko - z urzędu niejako, nie biorąc pod uwagę osobistych odczuć danej osoby - są dzieci i dorośli, których lubimy, a są też tacy,które ledwo tolerujemy - w normalnych układach. dlaczego to ma być inaczej w przypadku drugiego małżeństwa? Że TRZEBA polubić, bo tak... WYPADA? Jeśli akurat dziecko będzie osobą, z którą "załapiemy" ten efekt lubienia - wynikający z jakiejś może intuicji, wrażenia, swoich odczuć - czyli tak jak to się dzieje zwykle, gdy poznajemy nowych ludzi - to OK. ale jeśli nie?... czy trzeba się zmuszać do przyklejania uśmiechu? do chowania w sobie negatywnych odczuć? udawania sympatii? nie mowie o ostentacyjnych pokazach niechęci do dziecka - w koncu wobec obcych osob dla nas, czy nielubianych znajomych zachowujemy jakis tam poziom uprzejmosci, tolerancji, lub staramy się rzadko ich widywac. a takie KONIECZNE LUBIENIE, i inne "bonusy" takie jak wynagradzanie dziecku niejako rozwodu i finansowo i "wychowawczo" (ponad miarę) - to jest strasznie dla mnie niewłaściwe i niepotrzebne. więcej przynosi w efekcie złego, niż dobrego. oczywiście, nie zawsze się da, a raczej rzadkonawet, ale najlepiej byłoby UMIEĆ zachować wszystkie układy w taki sposób, by dziecko - chociaz "po przejsciach" (jakim dla dziecka w pewnym wieku np., ktore juz rozumie co sie dzieje) - mialo normalne zycie i psychiczne i finansowe. ale nie przedobrzac! a tego oczekuja od rodzicow i oni sami i otoczenie - tak jak pisze Danka - specjalne względy - jakby te dzieci były upośledzone... i to nie ma nic wspolnego z dbaniem o dobro dziecka, bo wiadomo ze rodzice chca dla niego jak najlepiej... to tylko "rekompensata" wymierna w przywilejach, pieniądzach, czasie itd. - zamiast starań o zachowanie normalności takiej, jaką tylko da się uzyskać w nowych okolicznosciach "rodzinnych". i pewnie wszyscy tak by chcieli - dla siebie i dla dzieci - zeby MIMO rozwodu bylo w miare normalnie, w innych warunkach, ale normalnie. tylko często własnie i otoczenie i rodzice popadają z roznych wzgledow w skrajnośc. wyrzuty sumienia (bo odszedlem, bo jest bez taty, bo pozwolilam, by nie mial ojca itp..), przywolenie i nawet nakazjakis, presja otoczenia - jaka uksztaltowala sie w tym temacie. i wtedy faktycznie - ktos, kto PO PROSTU i NORMALNIE nie czuje sympatii do dziecka "po rozwodzie" (tak samo jak np. nie czulby tej sympatii, gdyby to bylo dziecko sąsiadki...) - jest uznawany za bezduszną megierę (lub "megiera" - i skazany na banicje społeczną niemal, bo KRZYWDZI tym dziecko, bo NIE CHCE bo NIE UMIE, bo... a przeciez nie da rady nikogo zmusic do LUBIENIA kogokolwiek... mozna sie starac, ale przeciez nie na sile. ja jak czuje, ze kogos nie lubie, to mowie o tymwprost. nie tajniaczę się, nie robię dobrej miny do złej gry. jesli UKŁADY wymagaja, zeby ta osoba bywala u mnie, spotykala sie ze mna,jakos istniala w moim zyciu, tostaram sie miec jak najmniejszy z nia kontakt, tolerowac,byc moze podejmuje probe POLUBIENIA, ale zwykle gdy nie lubie kogos od początku - to nie polubię już raczej. i tak samo jest chyba u kazdego. nie mozna sie zmusic do lubienia czy milosci. i o ile w przypadku teściow jest to niejako usankcjonowane "tradycja" - bo nawet to DZIWNE sie wydaje w towarzystwie, kiedy ktos mowi, jakich wspanialych ma tesciow i jak ich lubi, a juz jak np. zięć wychwala teściową, to jest to wręcz podejrzane...) - tak samo "tradycją" społeczną jest LUBIENIE DZIECI i ten kto "ośmieli" się nie lubić cudzych, albo np. nie chciec miec dzieci swoich w ogole - jest naznaczony nieomal piętnem "dziwnosci" i niepoprawnosci spolecznej. ale ani jedna ani druga "tradycja" nie ma pokrycia 100%-go w faktach naszego życia... nie rozumiem tez tekstow w stylu: "To czesc twojego faceta, jesli kochasz faceta to MUSISZ je takze kochac!/lubic!". zupelnie bez sensu jest takie warunkowanie. jedno nie ma nic wspolnego z drugim. rownie dobrze mozna by kazac kochac tesciow, w koncu Ukochany jest ich częścią - więc zaleznosc uczuciowa powinna byc ta sama ale jedno wam powiem.. ja się cieszę, że nie miałam i nie mam problemów z lubieniem syna Osobistego, chociaż go nie znam. czasem o nim slysze i jest to raczej obraz pozytywnej osoby, wiec łatwo mi przychodzi myslenie o nim z sympatią. pewnie nawet "konfrontacja irl" nawet gdyby wypadła negatywnie, nie zmieniłoby to wiele w moim stosunku do niego. bo łatwiej zaczynać "układy" z poczuciem sympatii i potem ewentualnie ją obniżać niż z poczuciem nielubienia - bo gdybym czula jakas niechec do dziecka Osobistego od poczatku, to jestem niemal pewna, ze w zyciu nie udaloby mi sie go polubic, nawet gdyby okazal sie swietnym czlowiekiem... tak wiec... ja sie ciesze, ze moje wrazenia i poczucie sympatii sa OK. bo gdybym nie lubila, to nie umialabym tego ukrywac. jesli to przybraloby jakies mocne formy niecheci, az do "zakazow" odwiedzania dziecka, bo "ja nie chce", to szczerze mowiac, syn dla Osobistego jest kims tak waznym, ze pewnie oboje mocno bysmy sie zastanawiali nad przyszłością naszego związku. dobrze, ze jest inaczej mniej problemow z zyciem. pozdr. ciepło i sorry za przydługaśny post (ale musiałam się wyżyć za te nieobecności moje na forum Joanna Odpowiedz Link
nooleczka Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 18:52 jayin napisała: >> tak wiec... ja sie ciesze, ze moje wrazenia i poczucie sympatii sa OK. > bo gdybym nie lubila, to nie umialabym tego ukrywac. jesli to przybraloby > jakies mocne formy niecheci, az do "zakazow" odwiedzania dziecka, bo "ja nie > chce", to szczerze mowiac, syn dla Osobistego jest kims tak waznym, ze pewnie > oboje mocno bysmy sie zastanawiali nad przyszłością naszego związku. > dobrze, ze jest inaczej > mniej problemow z zyciem. > A widzisz, sama piszesz, że gdybyś "nie lubiła", to musielibyście się zastanawiać nad przyszłością swojego związku... A jak komuś bardzo zależy na związku? A "nie lubi"? I tu jest problem... pozdrawiam, Ania Odpowiedz Link
jayin Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 20:03 ale ja nie neguję tego, że nie ma problemu pisałam o tym: że zdarza się, że ludziom zależy na związku i MIMO tego, że jednonie lubi dziecka/dzieci drugiego - są zdecydowani być razem. Ale wtedy MUSZĄ zdawać sobie sprawę z tego, że ten problem będzie. W mniejszym lub większym stopniu - ale zawsze. I to też musi być świadoma decyzja: "Nie lubię, ale decyduję się na ten związek i świadomie jestem przygotowany/przygotowana na problemy i na to, że nie raz i nie dwa będę mieć z tego powodu stresy/niechęci/złości/nerwy itd..."... Wiesz, gdybym ja nie lubiła dziecka Osobistego - z jakiegokolwiek powodu, zastanawiałabym się nad związkiem, bo znam stosunek Osobistego do jego syna i tego nie przeskoczyłabym nigdy, w przypadku gdybym nie lubiła tego "faktu z jego zycia". na szczęście nie muszę. Ale GDYBY tak było - to po zastanowieniu się - stwierdziłabym pewnie że i tak spróbuję jakoś się w tym odnaleźć, z tymi problemami i ansami - ale oczekiwałabym od Osobistego też jakiegoś wsparcia w tej kwestii i zrozumienia moich odczuć i nie molestowania mnie o polubienie jego dziecka, czy spędzanie z nim czasu w naszym domu. tylko wtedy tak czy siak to dziecko by istnialo aktywnie w zyciu Osobistego i posrednio jednak w moim - i stan nielubienia mocno by mnie gryzł i denerwował, przyznaję. i wtedy - kiedy juz sie czlowiek zdecyduje na związek pomimo nielubienia pewnych "aspektów" sprawy to albo sobie radzi psychicznie z tymi problemami (co jest trudne-jak kazde psychiczne maratony) albo w pewnym momencie mowi: nie dam dluzej rady.. i wtedy przyszłość takiego związku "problematycznego" dla nas w kwestii Jego/Jej dziecka staje pod znakiem zapytania. Nie wiem jak ja sobie bym poradziła z tym wszystkim co teraz się dzieje w życiu I DODATKOWO z nielubieniem kogoś, kto zajmuje Osobistemu tyle samo czasu co ja a więc de facto - "nasz" czas nie jest w 100% nasz, tylko w połowie. gdybym nielubiła, to bym sie gryzla tym paskudnie i miala niezle jazdy psychiczne chyba:// i serio... z ulga mysle, ze na poczatku od razu udalo mi sie jakos przełamać i pokonać dystans i niechęć do faktu, że Osobisty dzieli swoj czasnie tylko dla nas, ale tez dla obcej dla mnie osoby - bo taki dystans i niechec, czy zazdrosc na poczatku byla. ale krotko. teraz juzjest ok i widze, ze dzieki temu jakos mi się "uniknęło" wielu niedobrych chwil. podziwiam dziewczyny, ktore nie daja sobie z tym rade, tzn z niechecia wobec "przeszlosci". wiem po sobie, ze ja bym sobie chyba nie dała z tym rady tak do końca... wot, słaba psychicznie pod tym względem jestem (thank You God i "macochy" za zdobycie odpowiedniego nastawienia psychicznego do "przeszłości" mojego Osobistego) pozdr. ciepło J Odpowiedz Link
jayin Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 20:08 jayin napisała: > podziwiam dziewczyny, ktore nie daja sobie z tym rade, tzn z niechecia > wobec "przeszlosci". no halo... oczywiście miało tam być: "Podziwiam dziewczyny, które DAJĄ sobie z tym radę..." a tym, ktore nie dają - zycze szczerze szybkiego odnalezienia się w uczuciach, ułożenia "nielubień" w sensowne puzzle, mniej stresów i większej wyrozumiałości i chęci pomocy w tym "odczuwaniu" ze strony waszych Mężczyzn/Mężów/Partnerów. uech, te chłopy... pozdr. J Odpowiedz Link