o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci

11.12.03, 21:20
otwieram nowy wątek - dokleję zaraz posty, które pojawiły się w wątku
pt. "nie macie wrażenia..." moim zdaniem nie na temat.
Natomiast ten wątek też jest dośc ciakawy więc szkoda by go było usuwać.
    • mkatarynka.edziecko matiza napisała 11.12.03, 21:23
      A ja mam jeszcze inne wrażenie czytając Wasze posty, a mianowicie, że jesteśmy
      ww stanie głośno i otwarcie mówić, że nieakceptujemy teściów (problem teściów
      doskwiera wielu parom), ale gorzej żeby nieakceptować dziecka partnera. Nie
      potepimy osób, które z różnych powódó nie utrzymuja kontaktów z teściami
      (rodzicami, rodzina jednej ze stron) ale potepiamy tych którzy nie utrzymuja
      kontaktów z dzieckiem.
      Słowa "mam dośc jego (jej) matki ...." "nienawidze jego (jej) matki ..."
      spotykaja sie z wiekszą aprobatą niż podobne w stosunku do jego (jej" dziecka.
      Bardziej zalezy wam na dobrym odbiorze w oczach jego dziecka niz w oczach jego
      rodziców itp itd......
      I też się zastnawiam DLACZEGO?

      Pozdrawiam Was serdecznie

      matiza

    • mkatarynka.edziecko konkubinka napisała 11.12.03, 21:25
      mnie bardzo zalezy na jednym i drugimTylko ze kazdy dorosly ma swoj rozum , im
      starszy nie jest wstanie isc na kompromis.Jest bardziej uparty.Dziecko dopiero
      ksztalci swoje poglady i przedewszystkim dzieciom nalezy sie spokoj i pomoc w
      odnalezieniu sie w sytuacji gdy nie ma normalnej rodziny , tzn zlozonej z ojca
      matki i dziecka.Dziecko powinno dobrze sie czuc , a rodzice?jak nie zechca to
      dobrze sie ni epoczuja.A czasem poczuja sie dobrze tylko gdy beda anty -
      konkubinkowi
    • mkatarynka.edziecko sacreble napisała 11.12.03, 21:25
      Matiza,
      b.dobre spostrzezenie!
      Chyba to na tym forum ktoś napisał, ze w społeczenstwie panuje taka
      zasada "dzieciolubstwa". To niemal wymóg. Po postu "nie wypada" powiedziec, że
      sie dzieci/czyichś dzieci nie lubi, nie toleruje. Zaszczują. Ktoś kto nie lubi
      dzieci jest: a. nienomalny b. wstetny. Dorosli to juz inna bajka. A z dziecmu
      kojarzy sie bezbonnosc, niezdolność do bycia przebiegłym, wyrachowanym (oj, tu
      by sie niektorzy zdziwili jak cwane moga byc dzieci, jak potrafia manipulowac
      dorosłymi i wykorzyustwywac swoj status dziecka )
      Przepraszam jesli kogos uraże, ale odnosze coraz cześciej wrazenie, ze dzieci,
      których rodzice rozwiedli się są "podwójnie świete".
      • pysia-2 Re: sacreble napisała 12.12.03, 12:38
        to sie bierze z biologicznej potrzeby ochrony potomstwa, a co za tym idzie -
        przedluzenia gatunku. Normalny czlowiek jest tak skonstruowany ze widok
        bezbronnego dziecka wyzwala w nim potrzebe przytulenia, ochrony. Zachwycamy sie
        widokiem malych, zaslinionych bobasoow, bo w naszych oczach sa po prostu
        rozkoszne i do calowania. Bo gdyby bylo inaczej, zwyrodnienia polegajace na
        zabijaniu dzieci stalyby sie norma. No, a pooki co norma jest milosc do dziecka
        i wszystko co sie z ta norma mija jest zle.
    • mkatarynka.edziecko Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 11.12.03, 21:40
      Ja się przyznaję bez bicia, że generalnie dzieci nie lubię. Swoje - owszem.
      Dzieci niektórych znajomych owszem. Ale nie wszystkie. Na ogół jak bardzo
      lubię znajomych to ich dzieci też darzę sympatią a jak nie to nie.
      Znam kilka osób, które tak jak ja przyznają się do tego, że nie lubią dzieci,
      że dzieci je denerwują.

      Z tą "podwójną świętością" dzieci rozwiedzionych coś jest. Ale wiecie co?
      Skojarzyło mi się to z kalectwem. Miałam dzisiaj taką sytuację, że dziewczynka
      z zespołem Downa uczepiła mi się do wózka. W zasadzie nie robiła nic złego ale
      mnie to denerwowało. I miałam dylemat - gdyby to było inne dziecko to pewnie
      bym mu powiedziała żeby się odczepiło. A tej dziewczynce dałam spokój i
      pozwoliłam towarzyszyć sobie kawałek aż nasze drogi - jej mamy i moja -
      naturalnie się rozeszły. Tak sobie myślę: dlaczego takie dziecko ma być
      traktowane inaczej niż zdrowe? Uważacie, że powinno? Ja nie wiem. Z jednej
      strony wydaje mi się, że powinno być nauczone tak jak inne dzieci rzeczy,
      których jest się w stanie nauczyć (np. niezaczepiania obcych na ulicy...) Ale
      z drugiej strony - czy nie powinno jednak być potraktowane ulgowo?
      Dzieci z rodzin rozbitych też w pewnym sensie są "upośledzone". Niektóre w
      stopniu "lekkim" niektóre w "cięższym". Ale tego nie widać. Czy z tego powodu
      należą im się szczególne względy? Oto jest pytanie...
    • matiza Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 08:57
      Może jeszcze małe wyjasnienie - chodziło mi generalnie o to, że jesteście w
      stanie zaakceptowac fakt, że facet "odwraca" sie od swoich rodziców, powiedziec
      głośno, że nie zalezy WAm na kontakcie z nimi, aale nie jesteście w stanie
      zaakceptować tego w stosunku do dziecka faceta - a..... przecież to taka same
      ralacja rodzinna tylko "w innym kierunku".

      Pozdrawiam
      Matiza
      • nooleczka Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 10:56
        Może przyczyna tkwi w tym, że w pewnym okresie życia rodzice przestają być
        wyrocznią czy też autorytetem, mozna się w pewien sposób od nich odseparować,
        utrzymywać kontakty raz na kilka miesięcy. A jakby na ich miejsce wkracza
        dziecko, które staje się w tym momencie najważniejszą osobą w życiu, i taką
        osobą zazwyczaj pozostaje, nawet jesli jego tatuś rozszedł sie z mamusią.
        Dziecko będzie zawsze obecne w życiu tatusia, tatuś zawsze bedzie się o nie
        troszczył i będzie je kochał. I dokładnie tego samego wymaga od macochy,
        niestety. Jeśli więc nie chcemy mieć w domu wiecznych konfliktów i nie chcemy
        mieć gryzącego poczucia: "ono jest ważniejsze niż ja" to trzeba przynajmniej
        spróbować je polubić. A robimy to, bo zależy nam na naszym facecie, bynajmniej
        nie na jego dziecku. Takie jest moje zdanie.

        Pozdrawiam, Ania
        • dona29 Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 11:39
          Pozwólcie,że się wtrącę - mam coś do powiedzenia w tej kwestii - mieszkam z 7-
          letnią corka mojego wybranka.

          Bardzo mądre spostrzeżenie nooleczki "...dziecko będzie zawsze obecne w życiu
          tatusia,tatuś zawsze się będzie o nie troszczył i będzie je kochał.I dokładnie
          tego samego wymaga od macochy.." - bingo!
          Mało tego - spostrzegłam,że nie tylko tatuś oczekuje okazywania sympatii i
          miłości do jego dziecka,ale i pani w szkole i babcia dziecka i pięć
          innych,obserwujących bacznym okiem osób z boku(np. jego przyjaciół).

          No i teraz tak - nie umiem polubić,nie za wiele się nim przejmuję i juz
          napewno nigdy nie będzie ono dla mnie ważne.Za każdym moim zachowaniem i
          gestem,idzie poczucie przyzwoitości i litosci - ale to wszystko!
          Nie jestem w stanie dać z siebie więcej!

          Najczęściej towarzyszy mi obojętność a nierzedko irytacja, w stosunku do tego
          dziecka.A co najgorsze - mówię o tym,ku ogólnemu zgorszeniu a przynajmniej
          zdziwieniu
          podpatrywaczy.
          Pozdrawiam
          • nooleczka Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 12:23
            Dona, czy w związku z taką sytuacją, kiedy nie możesz się niejako zmusić do
            polubienia tego dziecka, dochodzi między Tobą i Twoim facetem do konfliktów?
            Wytyka Ci Twoją obojętność, próbuje Cię zmienić?


            Pozdrawiam, Ania
            • dona29 Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 13:43
              Oczywiście że tak,nooleczko!
              Własciwie - odkąd się pojawiła(matka przyjechała z zagranicy,pozstawiając
              tatusiowi córkę),dochodzi do większych czy mniejszych konfliktów.Nie ma co
              ukrywać,że jej pojawienie się,przewróciło mi świat do góry nogami.Z drugiej
              strony - wiedziałam,że on dązy do tego,żeby dziecko zostało przy nim.A jednak -
              nie sądziłam,że tak się stanie i nie umiem się w tym odnaleźć.
              A tatuś - cóz mam wrażenie,że za wszelką cenę chce,żebyśmy tworzyli pełną
              rodzinę i żebym byłam tym bezwarunkowo zachwycona.
              Pozdrawiam

              Dona
              • dona29 Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 13:49
                ..dopowiem tylko - że za parę miesięcy pojawi się nasze dziecko...brrr...aż
                strach pomyślec,co to będzie wtedy;-(
      • pysia-2 Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 12:53
        niezupelnie matizo taka sama relacja.
        zwiazek uczuciowy matki z dzieckiem jest wiekszy niz dziecka z matka (czy tez
        ojca z dzieckiem i dziecka z ojcem). Wiec nie dziala to tak samo.
        • ka.ga Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 13:51
          No i jeszcze jedna kwestia. A mianowicie odpowiedzialnosc. To, ze przyszlismy
          na swiat, bylo od nas niezalezne, ale to, ze powolujemy do zycia nowa istote
          (dziecko) zalezy od nas. Powinnismy wiec brac odpowiedzialnosc za wlasne
          czyny. Rodzicow nikt sobie nie wybiera, ale na to, czy bedziemy miec dziecko,
          mamy bezposredni wplyw (pomijam sytuacje patologiczne)
          • nooleczka Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 13:57
            O nie, kaga. Na to czy nasz facet przysposobił się kiedyś w dzieci czy nie, nie
            mamy żadnego wpływu. On stawia nas niejako w sytuacji dokonanej, a my musimy na
            siłę się do niej przystosowywać. Musimy te jego dzieci polubić albo będą
            wieczne konflikty w domu. sad((


            Pozdrawiam, Ania
            • ka.ga Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 14:06
              Mialam na mysli uczucia tego faceta do jego wlasnego dziecka smile
              Bo dla nas to "obce" dziecko i mozemy je lubic lub nie - prawie tak, jak kazde
              inne. Zreszta dyskusje na ten temat ciagna sie i ciagna - jak poczytasz
              najwczesniejsze watki, to sie o tym przekonasz. I kazda sytuacja inna. Dodam,
              ze mnie tez wkurza corka mojego meza, gdy wystepuje z jakimis wygorowanymi
              zadaniami wobec ojca i tak samo denerwuje mnie brak krytycyzmu mojego meza w
              stosumku do wlasnej corki. W imie spokoju w domu staram sie przymykac oczy
              (czasem jednak wybucham). Wlasnie dlatego, ze ON jest niejako zobligowany do
              kochania swojego dziecka.
            • chalsia Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 12.12.03, 23:00
              nooleczka napisała:

              > O nie, kaga. Na to czy nasz facet przysposobił się kiedyś w dzieci czy nie,
              nie
              >
              > mamy żadnego wpływu. On stawia nas niejako w sytuacji dokonanej, a my musimy
              na
              >
              > siłę się do niej przystosowywać. Musimy te jego dzieci polubić albo będą
              > wieczne konflikty w domu. sad((
              >

              TAk, nie masz wpływu na to, że on juz ma dziecko. Ale nie pisz, że ON postawił
              Cię w "sytuacji dokonanej" i musisz się do niej na siłę przystosować. Bo to
              jest/był Twój prywatny wolny wybór na bycie w związku z facetem z dzieckiem.
              Mogłaś się na to nie decydować, nikt Cię na siłę nie zmuszał.

              Pozdrawiam,
              Chalsia
              • jayin Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 00:47
                chalsia napisała:

                > TAk, nie masz wpływu na to, że on juz ma dziecko. Ale nie pisz, że ON
                postawił
                > Cię w "sytuacji dokonanej" i musisz się do niej na siłę przystosować. Bo to
                > jest/był Twój prywatny wolny wybór na bycie w związku z facetem z dzieckiem.
                > Mogłaś się na to nie decydować, nikt Cię na siłę nie zmuszał.

                Maz rację Chalsiu.
                Każda z nas (chyba?smile - była świadoma tego, że bierze "chłopa z przychówkiem".
                Inna sprawa, że cieżko sobie zdawać sprawę z sytuacji, czy problemów z tym
                związanych już na początku - bo te poznajemy dopiero z autopsji, ale pomińmy
                ten wątek.

                Tyle, że na związek decyduje się I kobieta I mężczyzna. O ile ona powinna być
                świadoma mniej lub bardziej obowiązków jego i praw wobec dziecka, tego ze to
                dziecko bedzie obecne siłą rzeczy takze w jej domu i zyciu, o tyle on powinien
                równiez byc swiadomy, ze nie daje jej wylacznie siebie samego, ale tez
                swoje "obowiazki" i powinien pomyslec o tym JAKI to wplyw bedzie mialo na ich
                zwiazek, rowniez. W takim wypadku oboje powinni byc swiadomi "praw i
                obowiązków" smile Ona bierze te "obciążenia" (bez uraz jakiejkolwiek dla dzieci)
                wraz z nim, swiadomie, ale on je swiadomie jej daje. I to od nich OBOJGA zalezy
                jak sobie z tymi "obciążeniami" poradzą w swoim związku. jesli juz sobei
                wyjasnia wszystko, szczerze okresla swoje oczekiwania i mozliwosci wobec
                siebie - to sie decyduja nato czy byc razem czy nie. Ona powinna odpowiadac za
                swoja decyzje, ale on takze - i wtedy ewentualne problemy rozwiazywac wspolnie -
                ona starac sie nie przeszkadzac mu w wypelnianiu jego obowiazkow
                wyniesionych "z przeszlosci" i ułatwiać mu to ze swej strony (bez
                niepotrzebnych fochów, dąsów i sztucznych problemow), a on - nauczyc sie
                wypelniac obowiazki te w taki sposob, zeby wypelnic rowniez te wobec "drugiej"
                partenrki/zony, ktore przeciez swiadomie na siebie przyjal (czyli uznal, ze da
                rade) - i ułatwiac jej funkcjonowanie w takim ukladzie - tak jak i ona jemu.

                często jednak się zapomina o roli faceta w tym wszystkim i właściwie główny
                nacisk na odpowiedzialnosc za decyzje, za rozwiazywanie problemow, ulatwianie
                itd kladzie sie na strone kobiety ("drugiej", a nierzadko i "ex" wpewnych
                przypadkach) ten Facet wciąz tam gdzieś lawiruje w oddali, ale na dobrą sprawę
                jest w komfortowej sytuacji w ktorej on robi co MUSI, a o reszte niech sie
                martwi "obecna" - jak zyc i dzialac, zeby on sobie zyl bezproblemowo ze swoimi
                obowiazkami, bez swojego wkladu w to dzialanie.
                wszystko opierac sie powinno i na kompromisach i na "rownowadze" - i to wcale
                nie jest egoizm, kiedy w zwiazku "wymaga się" czegoś za coś - współdziałania,
                symbiozy,a nie pasożytnictwa smile bo inaczej jedna ze stron zacznie się czuć
                wykorzystywana w jakis sposób, a to nic dobrego nie wrózy.

                czasem tez jednak tak bywa, ze uczucie ktore laczy ludzi wydaje sie byc tak
                silne, ze zadne problemy i roznice potrzeb czy oczekiwan nie sa wazne. wtedy
                pomimo pewnych "problemow" z zaakceptowaniem tego, ze On ma dziecko/Ona nie
                chce jego dziecka w ich zyciu - tworzą związek. a potem tworzą się problemy.
                niestety.
                róznie bywa.
                ale: ilu ludzi - tyle mozliwych kombinacji sytuacji smile

                jesli ona nie da rady - to niech powie od razu. niech on bedzie swiadomy "co
                bierze"
                jesli on nie da rady zrezygnowac dla niej z czegos (np. z odwiedzania dziecka,
                kiedy ona tego wymaga, bo dziecka nie "strawi") - to niech tez powie i albo ona
                bierze go takiego, a potem sie meczy ze stresem i problemami, albo niech da
                sobie spokoj.
                ale niech oboje beda swiadomi tego co biora i co moga dac.

                pozdr.

                Joanna
    • jayin Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 00:29
      tak sobie czytam, czytam.. coś w tym jest.. oczekiwanie od "macochy"/"ojczyma"
      ze polubi od razu czyjeś dziecko - z urzędu niejako, nie biorąc pod uwagę
      osobistych odczuć danej osoby - są dzieci i dorośli, których lubimy, a są też
      tacy,które ledwo tolerujemy - w normalnych układach. dlaczego to ma być inaczej
      w przypadku drugiego małżeństwa? Że TRZEBA polubić, bo tak... WYPADA? smile Jeśli
      akurat dziecko będzie osobą, z którą "załapiemy" ten efekt lubienia -
      wynikający z jakiejś może intuicji, wrażenia, swoich odczuć - czyli tak jak to
      się dzieje zwykle, gdy poznajemy nowych ludzi - to OK. ale jeśli nie?... czy
      trzeba się zmuszać do przyklejania uśmiechu? do chowania w sobie negatywnych
      odczuć? udawania sympatii? nie mowie o ostentacyjnych pokazach niechęci do
      dziecka - w koncu wobec obcych osob dla nas, czy nielubianych znajomych
      zachowujemy jakis tam poziom uprzejmosci, tolerancji, lub staramy się rzadko
      ich widywac.
      a takie KONIECZNE LUBIENIE, i inne "bonusy" takie jak wynagradzanie dziecku
      niejako rozwodu i finansowo i "wychowawczo" (ponad miarę) - to jest strasznie
      dla mnie niewłaściwe i niepotrzebne. więcej przynosi w efekcie złego, niż
      dobrego.
      oczywiście, nie zawsze się da, a raczej rzadkonawet, ale najlepiej byłoby UMIEĆ
      zachować wszystkie układy w taki sposób, by dziecko - chociaz "po przejsciach"
      (jakim dla dziecka w pewnym wieku np., ktore juz rozumie co sie dzieje) - mialo
      normalne zycie i psychiczne i finansowe. ale nie przedobrzac! a tego oczekuja
      od rodzicow i oni sami i otoczenie - tak jak pisze Danka - specjalne względy -
      jakby te dzieci były upośledzone...sad i to nie ma nic wspolnego z dbaniem o
      dobro dziecka, bo wiadomo ze rodzice chca dla niego jak najlepiej... to
      tylko "rekompensata" wymierna w przywilejach, pieniądzach, czasie itd. -
      zamiast starań o zachowanie normalności takiej, jaką tylko da się uzyskać w
      nowych okolicznosciach "rodzinnych". i pewnie wszyscy tak by chcieli - dla
      siebie i dla dzieci - zeby MIMO rozwodu bylo w miare normalnie, w innych
      warunkach, ale normalnie. tylko często własnie i otoczenie i rodzice popadają z
      roznych wzgledow w skrajnośc. wyrzuty sumienia (bo odszedlem, bo jest bez taty,
      bo pozwolilam, by nie mial ojca itp..), przywolenie i nawet nakazjakis, presja
      otoczenia - jaka uksztaltowala sie w tym temacie. i wtedy faktycznie - ktos,
      kto PO PROSTU i NORMALNIE nie czuje sympatii do dziecka "po rozwodzie" (tak
      samo jak np. nie czulby tej sympatii, gdyby to bylo dziecko sąsiadki...) - jest
      uznawany za bezduszną megierę (lub "megiera" smile - i skazany na banicje
      społeczną niemal, bo KRZYWDZI tym dziecko, bo NIE CHCE bo NIE UMIE, bo...

      a przeciez nie da rady nikogo zmusic do LUBIENIA kogokolwiek...
      mozna sie starac, ale przeciez nie na sile.
      ja jak czuje, ze kogos nie lubie, to mowie o tymwprost. nie tajniaczę się, nie
      robię dobrej miny do złej gry. jesli UKŁADY wymagaja, zeby ta osoba bywala u
      mnie, spotykala sie ze mna,jakos istniala w moim zyciu, tostaram sie miec jak
      najmniejszy z nia kontakt, tolerowac,byc moze podejmuje probe POLUBIENIA, ale
      zwykle gdy nie lubie kogos od początku - to nie polubię już raczej.
      i tak samo jest chyba u kazdego. nie mozna sie zmusic do lubienia czy milosci.
      i o ile w przypadku teściow jest to niejako usankcjonowane "tradycja" smile - bo
      nawet to DZIWNE sie wydaje w towarzystwie, kiedy ktos mowi, jakich wspanialych
      ma tesciow i jak ich lubi, a juz jak np. zięć wychwala teściową, to jest to
      wręcz podejrzane...smile) - tak samo "tradycją" społeczną jest LUBIENIE DZIECI i
      ten kto "ośmieli" się nie lubić cudzych, albo np. nie chciec miec dzieci swoich
      w ogole - jest naznaczony nieomal piętnem "dziwnosci" i niepoprawnosci
      spolecznej.
      ale ani jedna ani druga "tradycja" nie ma pokrycia 100%-go w faktach naszego
      życia...

      nie rozumiem tez tekstow w stylu: "To czesc twojego faceta, jesli kochasz
      faceta to MUSISZ je takze kochac!/lubic!". zupelnie bez sensu jest takie
      warunkowanie. jedno nie ma nic wspolnego z drugim. rownie dobrze mozna by kazac
      kochac tesciow, w koncu Ukochany jest ich częścią - więc zaleznosc uczuciowa
      powinna byc ta sama smile

      ale jedno wam powiem.. ja się cieszę, że nie miałam i nie mam problemów z
      lubieniem syna Osobistego, chociaż go nie znam. czasem o nim slysze i jest to
      raczej obraz pozytywnej osoby, wiec łatwo mi przychodzi myslenie o nim z
      sympatią. pewnie nawet "konfrontacja irl" nawet gdyby wypadła negatywnie, nie
      zmieniłoby to wiele w moim stosunku do niego. bo łatwiej zaczynać "układy" z
      poczuciem sympatii i potem ewentualnie ją obniżaćsmile niż z poczuciem
      nielubienia - bo gdybym czula jakas niechec do dziecka Osobistego od poczatku,
      to jestem niemal pewna, ze w zyciu nie udaloby mi sie go polubic, nawet gdyby
      okazal sie swietnym czlowiekiem...uncertain

      tak wiec... ja sie ciesze, ze moje wrazenia i poczucie sympatii sa OK.
      bo gdybym nie lubila, to nie umialabym tego ukrywac. jesli to przybraloby
      jakies mocne formy niecheci, az do "zakazow" odwiedzania dziecka, bo "ja nie
      chce", to szczerze mowiac, syn dla Osobistego jest kims tak waznym, ze pewnie
      oboje mocno bysmy sie zastanawiali nad przyszłością naszego związku.
      dobrze, ze jest inaczej smile
      mniej problemow z zyciem.

      pozdr. ciepło i sorry za przydługaśny post smile (ale musiałam się wyżyć za te
      nieobecności moje na forumsmile

      Joanna
      • nooleczka Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 18:52
        jayin napisała:

        >> tak wiec... ja sie ciesze, ze moje wrazenia i poczucie sympatii sa OK.
        > bo gdybym nie lubila, to nie umialabym tego ukrywac. jesli to przybraloby
        > jakies mocne formy niecheci, az do "zakazow" odwiedzania dziecka, bo "ja nie
        > chce", to szczerze mowiac, syn dla Osobistego jest kims tak waznym, ze pewnie
        > oboje mocno bysmy sie zastanawiali nad przyszłością naszego związku.
        > dobrze, ze jest inaczej smile
        > mniej problemow z zyciem.
        >
        A widzisz, sama piszesz, że gdybyś "nie lubiła", to musielibyście się
        zastanawiać nad przyszłością swojego związku...
        A jak komuś bardzo zależy na związku? A "nie lubi"? I tu jest problem...

        pozdrawiam, Ania
        • jayin Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 20:03
          ale ja nie neguję tego, że nie ma problemu smile
          pisałam o tym: że zdarza się, że ludziom zależy na związku i MIMO tego, że
          jednonie lubi dziecka/dzieci drugiego - są zdecydowani być razem. Ale wtedy
          MUSZĄ zdawać sobie sprawę z tego, że ten problem będzie. W mniejszym lub
          większym stopniu - ale zawsze. I to też musi być świadoma decyzja: "Nie lubię,
          ale decyduję się na ten związek i świadomie jestem przygotowany/przygotowana na
          problemy i na to, że nie raz i nie dwa będę mieć z tego powodu
          stresy/niechęci/złości/nerwy itd..."...

          Wiesz, gdybym ja nie lubiła dziecka Osobistego - z jakiegokolwiek powodu,
          zastanawiałabym się nad związkiem, bo znam stosunek Osobistego do jego syna i
          tego nie przeskoczyłabym nigdy, w przypadku gdybym nie lubiła tego "faktu z
          jego zycia". na szczęście nie muszę. Ale GDYBY tak było - to po zastanowieniu
          się - stwierdziłabym pewnie że i tak spróbuję jakoś się w tym odnaleźć, z tymi
          problemami i ansami - ale oczekiwałabym od Osobistego też jakiegoś wsparcia w
          tej kwestii i zrozumienia moich odczuć i nie molestowania mnie o polubienie
          jego dziecka, czy spędzanie z nim czasu w naszym domu. tylko wtedy tak czy siak
          to dziecko by istnialo aktywnie w zyciu Osobistego i posrednio jednak w moim -
          i stan nielubienia mocno by mnie gryzł i denerwował, przyznaję.

          i wtedy - kiedy juz sie czlowiek zdecyduje na związek pomimo nielubienia
          pewnych "aspektów" sprawysmile to albo sobie radzi psychicznie z tymi problemami
          (co jest trudne-jak kazde psychiczne maratony) albo w pewnym momencie mowi: nie
          dam dluzej rady.. i wtedy przyszłość takiego związku "problematycznego" dla nas
          w kwestii Jego/Jej dziecka staje pod znakiem zapytania.

          Nie wiem jak ja sobie bym poradziła z tym wszystkim co teraz się dzieje w życiu
          I DODATKOWO z nielubieniem kogoś, kto zajmuje Osobistemu tyle samo czasu co
          ja smile a więc de facto - "nasz" czas nie jest w 100% nasz, tylko w połowie.
          gdybym nielubiła, to bym sie gryzla tym paskudnie i miala niezle jazdy
          psychiczne chyba://
          i serio... z ulga mysle, ze na poczatku od razu udalo mi sie jakos przełamać i
          pokonać dystans i niechęć do faktu, że Osobisty dzieli swoj czasnie tylko dla
          nas, ale tez dla obcej dla mnie osoby - bo taki dystans i niechec, czy zazdrosc
          na poczatku byla. ale krotko. teraz juzjest ok i widze, ze dzieki temu jakos mi
          się "uniknęło" wielu niedobrych chwil.

          podziwiam dziewczyny, ktore nie daja sobie z tym rade, tzn z niechecia
          wobec "przeszlosci". wiem po sobie, ze ja bym sobie chyba nie dała z tym rady
          tak do końca... wot, słaba psychicznie pod tym względem jestemsmile
          (thank You God i "macochy"smile za zdobycie odpowiedniego nastawienia psychicznego
          do "przeszłości" mojego Osobistego)

          pozdr. ciepło

          J
          • jayin Re: o "lubieniu" i "nielubieniu" dzieci 15.12.03, 20:08
            jayin napisała:

            > podziwiam dziewczyny, ktore nie daja sobie z tym rade, tzn z niechecia
            > wobec "przeszlosci".

            no halo...
            oczywiście miało tam być: "Podziwiam dziewczyny, które DAJĄ sobie z tym
            radę..." smile

            a tym, ktore nie dają - zycze szczerze szybkiego odnalezienia się w uczuciach,
            ułożenia "nielubień" w sensowne puzzle, mniej stresów i większej wyrozumiałości
            i chęci pomocy w tym "odczuwaniu" ze strony waszych Mężczyzn/Mężów/Partnerów.
            uech, te chłopy...smile

            pozdr.

            J
Pełna wersja