tomek854
20.03.10, 21:09
Ale od początku.
Otóż luba moja ukochana zaraz na początku naszego związku rzuciła palenie, a
potem jak się kiedyś pokłóciliśmy po dwóch latach to zaczęła palić znowu. Ale
oczywiście bardzo mi się to nie podobało, więc postanowiła rzucić. I rzuciła z
dnia na dzień - to znaczy poszła się zapisać na taki szkocki program rzucania
palenia w którym się dostaje takie plasterki, ale się bała czy to nie
szczypie, wiec po prostu przestała palić i mamy całą szufladę plasterków teraz.
Niemniej jednak od pewnego czasu od czasu do czasu popala. Próbowała
wszystkiego - najpierw próbowała mi wmówić, że jak ktoś tylko popala to nie
pali. Ja mówiłem, że nie można być "trochę martwym" - albo się pali, albo
się nie pali, a nie popala, tak samo jak albo się żyje albo się nie żyje, nie
można sobie "pożywać". NIe przekonało, ale zobaczyła że im więcej popala tym
więcej ją ciągnie.
Ostatnio trochę stresów było, więc troszkę przez wyrozumiałość tolerowałem,
ale stresy się skonczyły a popalanie podparte wymówką "bo muszę odreagować"
"bo muszę się wyluzować" zostało. Do tego doszedł zarzut że ona dlatego nie
może rzucić palenia, że ją nie wspieram. Troszkę mnie zawiłość tego
rozumowania zbiła z tropu, bo oczekiwanie że będę pochwalać palenie jako droga
do jego rzucenia wydaje mi się dość pokręcone... No i zanim się pozbierałem z
tego zdumienia zrobiło się że co tydzień mamy jedną albo dwie "ostatnie"
paczki. Na szczęscie po prostu przestałem się zastanawiać nad tamtą logiką i
wróciłem na swoje twarde stanowisko, tymbardziej że wraz z częstotliwością
"ostatnich" paczek wzrastała intensywność obiecywanek że ta to jest właśnie ta
naprawdę ostatnia.
No i dzisiaj szliśmy na imprezę. Luba zadowolona z siebie oznajmia mi, że
pewnie mi się to nie spodoba, ale ona sobie kupiła papierosy i zamierza je
wypalić żeby się dobrze bawić. Ja oznajmiłem, że w takim razie nie idę, bo mi
strasznie działa na nerwy jak ona pali, wiec się i tak nie będę dobrze bawić.
Tu zaczęło się oskarżenie mnie o to, jak ja wszystko robię żeby popsuć, przy
czym zawiłość niektórych wątków rozumowania przewyższała tą
skomplikowaną logikę którą Wam przybliżyłem wcześniej. Ponieważ
moją odpowiedzią jest tylko to, ze jeżeli chce się dobrze bawić, to niech nie
pali, to ją będę na rękach nosić, natomiast jeżeli będzie palić, to ja
się będę wkurzać i jeżeli warunkiem koniecznym dobrej zabawy jestem ja to
żadnej dobrej zabawy nie będzie, usłyszałem wszystkie sobie winy od późnego
ordowiku po dziś.
Wkurzyłem się trochę i powiedziałem "albo fajki idą na imprezę, albo ja". No i
tak sobie siedzę sam w domu, czytam Woltera (zaległa lektura na Francuski) a w
kolejce czeka książka Tuska (potrzebne mi do eseju o centroprawicowych
partiach w Polsce).
Nawet mi się trochę zachciało ruszyć z domu, ale miałem właśnie telefon z
pretensjami i już mi się odechciało - tak źle w domu nie jest, a te przygody
Kandyda to nawet ciekawe :-)
No ale sie chciałem wygadać bo mnie to wkurza mimo wszystko - ja wiem, że
nałóg i tak dalej, ale żeby przegrać plebiscyt z fajkami to trochę nie teges :-)