Dodaj do ulubionych

Jak to było w Norwegii ;-)

01.01.11, 00:07
Rozdział pierwszy czyli "Tony szybki jest".

Tak powiedział szef i dlatego bardzo mu zależało, żebyśmy nie musieli razem jechać, bo ja za nim nie nadążę. Podobno.

Z tego co poznałem Tonego to to taki firmowy cyborg jest, co to tylko wpada do firmy czasem busy zamienić i z powrotem w trasę. Zdaje sie, że to dlatego, ze za żonę ma jakąś krewną emesowego smoka i taki układ pozwala mu wieść szczęśliwe życie małżeńskie ;-)

W każdym razie przejąłem się że szefowe obawy są uzasadnone i ponieważ okazało sie, że jednak musimy być razem na cle, bo mamy dwa kawałki tego samego frachtu (waga nie pozwalała załadować wszystkiego na jednego busa), wyjechałem z Glasgow dwie godziny wcześniej niż on. W rezultacie wyspałem się jak nigdy, bo w Folkestone przed tunelem czekałem na niego 7 godzin... NIe bardzo wiem, którędy on jechał ;-)

Ustaliliśmy zatem że skoro ja już się wyspałem, to nie będę sie specjalnie śpieszył z herbatką u margotje.

Rozdział drugi: Nie tylko Szkoci pod pojęciem Herbata rozumieją co innego

W Rotterdamie zawitałem w niedzielne popołudnie, dzięki czemu oprócz gospodarzy na herbatce także był Typson z przyległościami. Okazuje sie, że nie tylko Szkoci popołudniową wyżerkę nazywają "tea", bo umówiona "wizyta na herbatkę" okazała się nieziemską wyżerą, pierwszy raz miałem okazję spróbować tatara (jakoś mnie ominęło), poza tym były różne inne pyszności, na przykład 238 rodzajów rybek wszelakich. Pychotka! Dodatkowo jeszcze otrzymałem zapas wałówki, tylko jakoś w zamieszaniu ominęło mnie typsonowe ciasto :( Typsona już osobiście znałem, ale poznanie reszty obecnych naprawdę było fajne. Pogawędziliśmy sobie na tematy wszelakie i bardzo mi się poprawił humor - poczułem się zupełnie normalnie świątecznie ;-) Dzięki wszystkim!

Jak już pisałem ciasto mnie ominęło, za to Typson zszedł ze mną zrobić wyklejki na reflektorach, bo się już zrobiło ciemno. I tak mi ładnie zrobił na prawym reflektorze, że się w ogóle nie odkleiła, a zawsze sie odklejają prędzej czy później. Wniosek z tego taki, że jak Typson przyklei to nie ma chuja we wsi. Jakby ktoś kiedyś chciał sobie coś przykleić gdzies, to polecam typsonowe usługi.

Rodział trzeci, czyli z Cranmerem nie ma żartów

Oponki w moim busiku nawet jako tako się trzymały na śniegu, co miałem okazję sprawdzić dość ekstremalnie, bo wyjeżdżając spod gościnnego holenderskiego domu wjechałem sobie na taką mini dwupasmóweczkę pod prąd a że z przeciwka jechał autobus musiałem szybko przeskoczyć na właściwą stronę przez nieodśnieżoną wysepkę a'la emes (tylko nieopancerzoną).

W samych NIemczech już dopadły mnie opady śniegu. Jechałem sobie jednak równiutko i przyzwoicie wspominając w myślach cranmerowe pogróżki o tym, jak to zabije mnie śmiechem. I okazało się , że nie żartował. Co prawda nie wyskoczył nagle zza filaru z Najśmieszniejszym Dowcipem II Wojny Światowej w oryginale ( www.youtube.com/watch?v=4gsWDbudnoc jakby ktoś nie wiedział o czym mowa) ale ukartował o wiele bardziej skomplikowany plan. Otóż podczas wyprzedania przeze mnie kolumny samochodów na prawym pasie ostatni z nich postanowił że również wyprzedzi i rozpoczął manewr, po czym chyba zorientował się, że ja jadę dużo szybciej niż się spodziewał po Brytyjczyku, bo stwierdził że jednak zrezygnuje i zaczął hamować... Możliwe też, że był to współuczestnik cranmerowego zamachu.

Musiałem dać dość ostro jak na śniegowe warunki po heblach i nawet nie byłoby to problemem, bo dawało radę, ale jak już praktycznie odpuszczałem hamulce to nagle jakby gwałtowny podmuch wiatru wytrącił mojego busa z równowagi. Podejrzewam, że to był cranmer strzelający zza krzaka ze swojej stworzonej w inspiracji wątkiem "szalone bronie nazistów" śmiechowej pukawki.

Na szczęście wybitnie kretyński system stabilizacji jazdy produkcji mercedesa, którego nie da sie wyłączyć ma taką fascynującą cechę, że jak auto ślizga się za długo to głupieje i się wiesza zawiesił się, dlatego po początkowej walce z kontrolą trakcji oraz poślizgiem jednocześnie odzyskałem panowanie nad pojazdem i dwoma kolejnymi długimi kontrami udało mi się wyprowadzić go na prostą. Przekręciłem jednak kluczyk tam i z powrotem, bo w momencie zawieszenia się systemu przestaje działać wszystko włącznie z ABSem i wspomaganiem hamowania.

Bez żadnych przygód dojechałem sobie dalej do promu do Danii.

Rodział czwarty czyli atrakcja turystyczna Danii: Marek Hłasko Experience


W Danii Śnieżyca na całego. Jadę CI ja sobie wesoło po jedynym odśnieżonym w miarę pasie duńskiej autostrady a tu nagle słyszę jakieś głośne hałasy i auto zaczyna się dziwnie prowadzić. W pierwszej sekundzie pomyślałem, że wpadłem na łatkę lodu, ale potem pojawiły się wibrację. Mówię sobie "kapeć" i widzę, że mam 500 m do zjazdu z autostrady. Postanowiłem z niej zjechać bo ani zatrzymywanie się na jedynym pasie po którym da się jechać, ani pakowanie się w zaspy nie wydawało mi się dobrym pomysłem.

Na górę wiaduktu dojechałem już na samej feldze. Zaparkowałem na lepiej niż autostrada odśnieżonej ścieżce rowerowej i zacząłem się bawić w zmienianie koła. Pomimo odgarnięcia większości śniegu ze ścieżki musiałem się nieźle nakopać - najpierw, żeby wsadzić podnośnik, a potem, żeby wyjąć zapas z wieszaka pod podwoziem - było za dużo śniegu żeby się wystarczająco odchylił...

W sumie operacja skończyła się sukcesem, mną mokrym, zmachanym i upaćkanym od stóp do głów.

Przez całą trwającą grubo ponad godzinę operację (pokrywa schowka na podnośnik spisuje się umiarkowanie dobrze jako łopatka do kopania pod stojącym na feldze autem) nie zatrzymał się ani jeden z przejeżdżających aut, wliczając w to dwa radiowozy i wóz pomocy drogowej. Jak skończyłem zatrzymał się za to jakiś dziwny dziadek, który swoim przedpotopowym volvo mijał mnie chyba z 10 razy (spać nie może w nocy, czy co?) i łamaną angielszczyzną powiedział, że "mnie obserwował" i jest "bardzo pod wrażeniem jaki byłem dzielny" i że chciałby coś dla mnie zrobić, wiec mi powie, że 600 m dalej jest stacja benzynowa na której mogę się napić kawy jeżeli mi zimno i jeżeli stacja jest otwarta.

Pojechałem, otwarta nie była, ale za to dawali za darmo powietrze, więc dopompowałem sobie nieco zaniedbany zapas.

Rozdział czwarty czyli gonię Tonego

Z tak wieloma godzinami straty przespałem się jedynie dwie godzinki i rzuciłem się w pogoń za Tonym Gonzalesem. Dzięki temu, że mój bolid osiągał maksymalną prędkość 120 km/h a warunki w Szwecji znacznie się polepszyły dogoniłem go już przed Goteborgiem. W rezultacie postanowiłem zrobić sobie dodatkowy postój na drzemkę. W takim oto uroczym i zacisznym miejscu:
https://img839.imageshack.us/img839/6920/img20101227006.jpg

Tony dogonił mnie jak stałem w korku na bramce autostradowej...

Ja nie wiem skąd on jest taki szybki, może był w Moskwie po drodze, albo co...

Na granicę dojechaliśmy wspólnie, bo zwolniłem do 60 km/h (Popularne brytyjskie wierzenia głoszą, że tak trzeba jak jest zima, nawet jeżeli droga jest sucha i prosta po horyzont, bo "nigdy nic nie wiadomo"). Na granicy okazało się że znowu są jakieś jaja z papierami na cło, więc Tony poszedł do spedycji przekładać papierki a ja do busa nadrobić zaległości w spaniu.

6 godzin później wszystko było załatwione i mogliśmy wjechać sobie do pięknej Norwegii mijając znak o obowiązkowości posiadania łańcuchów przeciwpoślizgowych.

Rozdział piąty, w którym bohaterowie podążają każdy swoją drogą

Miejsce dostawy w jakiejś Trollowni (miejscowość nazywała sie trollcośtam cośtam, w tym A z kółkiem na górze) odnaleźliśmy bez problemu, ale już było zamknięte, wiec sobie zaparkowaliśmy na parkingu dla megatirów (z dwoma naczepami albo z naczepą i przyczepą do niej doczepioną) i poszliśmy spać. Że było zimno a myśmy mieli akurat standardowe busy bez sypialek i ogrzewania, nie wyłączaliśmy silników, więc ra
Obserwuj wątek
    • tomek854 Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 00:40
      no obu nas powitała wesoło i frywolnie mrugająca sobie kontroleczka "check engine". Czasami potem znika, ale u mnie akurat nie, więc do samego Glasgow śmigałem na ograniczonej mocy (czytaj po równym posuwa nawet 100-110 w porywach, za to każda najmniejsza górka powoduje, że staję się zawalidrogą dla przeładowanych starów z węglem (przysłowiowych oczywiście, bo w Europie takowych nie uświadczysz)).

      Dojadłem sobie zimną pizze z wczoraj (fajni ci Norwegowie, zamówiłem małą, ale dali mi dużą gratis, "bo skończyły im się małe pudełka" - zawsze myślałem, że mała pizza zmieści się do pudełka na dużą ale nie protestowałem specjalnie, tymbardziej, że była przepyszna, nawet na zimno o poranku ;-) ) i pojechaliśmy rozładować.

      Po rozładunku nastąpiła Wielka Narada. Tony miał podebrać jakiś ładunek z małego miasteczka na północ od Stavanger i był bardzo tym przejęty, bo przez góry "się nie da" a dookoła jest blisko 4 godziny dłużej. Sprawdziłem w moim ultramądrym gpsie z aktualizowanymi na bieżąco danymi o ruchu drogowym i powiedziałem że nie widzę powodu dlaczego miałoby się nie dać, skoro śniegu tyle co nic (w porywach jakieś 40 cm) a wszystkie drogi w okolicy są pootwierane. Tony powiedział, że jak jestem taki mądry to niech sam jadę, a on za to podbierze ładunek powrotny z Niemiec, na co z chęcią się zgodziłem. I pojechałem.

      Rozdział kolejny, chyba szósty jak dobrze pamiętam - przez śniegi i knieje

      Zaraz za Oslo zjechałem z głównej drogi i zaczął się sam śnieg (czasami, jak słusznie zauwazył pławski było widać małe kawałki szarego i faktycznie nie zawsze był to lód). Z radości, że taka jazda czeka mnie przez najbliższe 400 km było mi bardzo fajnie, wkurwiało mnie tylko doszczętnie działanie kontroli trakcji polegające na hamowaniu wydaje się przypadkowo dobranych kół z delikatnością brontozaura (zarówno w Iveco jak i w Tranzicie które także akurat mamy w firmie systemy te działają tak, że prawie się nie czuje ich działania, w Mercedesie są utrapieniem, i dodatkowo nie da sie ich wyłączyć - to tak na marginesie naszej dawnej dyskusji o unowocześnieniach). Jak już się strasznie wkurwiłem, to się zatrzymałem nad jeziorkiem żeby ochłonąć i uderzyła mnie wspaniała cisza: uwielbiam taką zimę.

      Mógłbym mieszkać wiosną na Hebrydach, latem w Chorwacji, jesienią w Karnonoszach a zimą w Norwegii ;-)

      www.youtube.com/watch?v=f_WYnuVku6Q
      Po drodze zatrzymywałem się jeszcze na rózne fotostopy, niestety miałem do dyspozycji tylko komórkę, wiec jakość taka sobie. Ale widoki niezapomniane:

      https://img717.imageshack.us/img717/3451/img20101228014.jpg

      Po pewnym czasie wyczułem na ile mogę sobie pozwolić, żeby nie włączała się kontrola trakcji (bo wtedy auto staje się nieobliczalne i robi się niebezpiecznie) i jechałem sobie spokojnie to swoje 60-80 km/h , czasem jedynie pozwalając sobie na delikatne uślizgi tyłu.

      Opony nawet nie były problemem, auto, jak na puste, lekkie, siedmiometrowe pudło z napędem na tył prowadziło się całkiem przyzwoicie, utknąłem tylko raz zjechawszy do przydrożnego sklepu i toalety. Wyjazd z powrotem na drogę był nieco pod górkę i ku uciesze lokalesów miałem problem żeby sobie z nim poradzić. W końcu jednak wziąłem go podstępem - zawróciłem na parkingu przed sklepem udałem, że chcę pojechać do niedalekiego lasu który znajdował się z tyłu, a tymczasem zdradliwie zrobiłem kółko dookoła budynku i podjazd wziąłem rozpędem :-)

      Norwegowie bili brawo :P

      https://img821.imageshack.us/img821/1930/img20101228046.jpg

      Powoli wyszło słoneczko i zrobiło się jeszcze piękniej:

      https://img341.imageshack.us/img341/2488/img20101228048.jpg

      Musiałem wydobyć z zapomnianej kieszonki w plecaku okulary przeciwsłoneczne, tymbardziej że dzięki świetnemu wynalazkowi w postaci dysz spryskiwaczy na ramieniach wycieraczek, do których płyn dochodzi gumowymi rurkami przy jeździe w temperaturze od ok. +1 wzniż (jest takie słowo?) można zapomnieć o ich używaniu. Nawet płyn do -35 wlany całkowicie bez rozcienczania nie pomaga. Także więc dzięki temu wynalazkowi człowiek narażony jest na ciągłe refleksy światła w brudnej szybie. Na autostradzie można sobie to rozwiązać podjeżdżając czasem blizej do jakiegoś tira i korzystając z rozpryskiwanej przez niego wody do umycia szyby, na bocznych drogach jest gorzej. Dobrze, że ten zmrożony śnieg był taki suchy to nie było to problemem. Jednak od czasu do czasu zatrzymywałem się aby zrobić parę ładnych zdjęc:

      https://img218.imageshack.us/img218/2558/img20101228052.jpg

      Do jazdy jednak widoczność generalnie była kiepska, choć dzięki okularom widziałem o wiele więcej pod słońce niż widać na tym filmie:
      www.youtube.com/watch?v=8H9P9g7y_Yg
      Jednakże i tak potrafiło mnie oślepić.

      Na końcu filmu słychać pewien hałas, to opadł wieszak na koło zapasowe. Byłem taki zryty, że nie chciało mi się wsadzać felgi na niego z powrotem, tylko wrzuciłem ją na pakę a stelaż na zapas tylko założyłem na wieszaki. Okazało się jednak, że spadł i musiałem się zatrzymać i dokręcić. Oczywiście jak na złość nie było gdzie stanąc, więc stanąłem na skrzyżowaniu spodziewają się ze z tak mało ruchliwej drogi nikt nie będzie jechał. Oczywiscie zaraz zjawiły się z tamtąd dzikie watahy. Prawa Murphyego działają. Na szczęście dało się mnie bez problemu objechać:
      https://img574.imageshack.us/img574/2233/img20101228058.jpg

      Jednak na przyszłośc pamiętajcie: nieużywana droga w Norwegii wygląda tak:
      https://img338.imageshack.us/img338/738/img20101228057.jpg
      • tomek854 Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 01:25
        Rozdział siódmy już chyba, czyli cranmerowi z życzeniami dużo zdrowia wygenerowanego soczystym smiechem, który teraz nastąpi

        I tak sobie jechałem i jechałem, i fajnie mi było, i widoczki śliczne, i w ogóle i potem sobie dojechałem do takiego łagodnego zakrętu, a za tym łagodnym zakrętem było lekko w dół i słońce mi dało po gałach więc zdjąłem nogę z gazu, a jak już zacząłem co nieco widzieć, to się okazało, że tam jest taki ostry zakręt, na nim bardzo pogięte barierki i jadący za szybko ja.

        Mniej więcej to zobaczyłem:
        https://img42.imageshack.us/img42/1811/img20101228063.jpg
        Skręciłem, postawiłem auto bokiem, i jakoś zaczęło to optymistycznie wyglądać, już zacząłem sie cieszyć że chyba mi się uda z tego wyjść cało, ale zapomniałem, że jadę autem nowoczesnym. (lexusie, teraz uważaj!) Kontrola trakcji zrobiła brum brum brum brrrrrrr, auto zrobiło ŁUP potem krzkrzkrzkrz po barierce która bardzo podejrzanie zaczęła się zsuwać w dolinę rzeki a ja razem z nią, w końncu ruch barierki sie zakończył, ja dojechałem do końca powstałego w niej wgłębienia, auto się zatrzymało, przechyliło do lewej, zastanowiło przez chwilkę czy ma ochotę stoczyć się w dół do strumienia i po namyśle stwierdziło że opadnie na koła. Złapałem tylko komórkę i wyskoczyłem jak oparzony. Pierwsze co to zrobiłem zdjęcie, żeby uwiecznić auto zanim się sturla:
        https://img521.imageshack.us/img521/8440/img20101228061.jpg

        Potem zadzwoniłem do szefa od busów, który bez mrugnięcia okiem zapytał, czy sobie poradzę, czy on ma coś organizowac. Powiedziałem, że sobie poradzę.

        Zatrzymał się sympatyczny chłopak jadący do sklepu. Pierwsze co to się miło przywitał, popatrzył sobie drapiąc się po głowie i powiedział "jak rano jechałem do sklepu to też jednego musieliśmy wyciągać". Potem zapytał czy mam trójkąt, powiedziałem, ze mam, ale nie jestem na tyle odważny żeby wleźć po niego do auta. Rozstawił więc swój i zapytał czy może życzę sobie, żeby jego ojciec mieszkający kilometr stąd przyjechał swoim traktorem i mnie wyciągnął, bo ma w tym wprawę wyciąga kogoś średnio co drugi dzień. Z radością sie zgodziłem, ojciec przyjechał traktorem z pełnym odśnieżającym rynsztunkiem (lemiesz z przodu i wirnik z tyłu) łańcuchami na wszystkich kołach i zestawem lin i łańcuchów, podszedł do busa, pchnął go palcem i powiedział coś do syna. Syn przetłumaczył, ze on się nie podejmuje, bo to sprawa większego kalibru. Połaził jeszcze dookoła, pooglądał i pokazał na coś palcem - kawałki białego zderzaka, klosza świateł a potem pokazał na barierkę. Okazało się, że tak głęboko zjechałem, bo już jeden dzisiaj w tym samym miejscu wyleciał i dwa albo trzy słupki były już połamane. Dodatkowo pocieszył mnie że miałem dużo szczęścia bo dwa tygodnie wczesniej koleś na skuterze śnieżnym wleciał do strumienia i się zabił.

        Zaproponowali że zadzwonią po pomoc drogową. Oczywiście z wdzięcznoscią się zgodziłem. Z relacji Norwega rozmowa wyglądała tak:
        ON: Dzień dobry proszę pani, jestem tu a tu na takim zakręcie i trzeba wyciągnąć auto z rowu
        PANI: Wiemy, nasz samochód już powinien być na miejscu, jeszcze go tam nie ma? To dziwne, dawno temu pojechał.
        ON: Proszę pani, ale to już jest następny klient
        PANI: O, to dzisiaj szybko im idzie. Powiem kierowcy żeby wrócił jak tylko odstawi wrak poprzedniego do bazy.

        Sympatyczny Norweg (a sympatyczny Norweg wygląda tak:
        https://img442.imageshack.us/img442/3928/img20101228067.jpg
        ) wytłumaczył mi, że zakręt ten słynie z tego, że jest źle wyprofilowany i w okresach kiedy ruch nie-lokalesów jest duży bo na różne okazje młodzi z miasta przyjeżdżają odwiedzić wciąż mieszkających tam rodziców: świeta, sylwester, ale też letnie wakacje - tylko jego tato w tych okresach średnio wyciąga stamtąd auto co drugi dzień. Nawet się trochę dumny poczułem z faktu, że śmigam zimą przez Norweskie zupełnie jakbymsię tam urodził :-)

        Ponieważ było -13 a ja nie byłem też na tyle odważny żeby wyjąć z auta kurtkę zaproponował, że posiedzimy sobie u niego w aucie, gdzie miło nam się gawędziło (a rozmowa była przerywana co chwila pytaniami, czy nie trzeba pomocy - zatrzymał się KAŻDY JEDEN mijający nas samochód.

        W końcu przyjechał pan pomocnik drogowy. Jak zobaczyłem jego amerykańskiego pick upa to pomyślałem, że chyba bezpieczniej byłoby jednak z tym traktorem. Ale pan znał sie na rzeczy - nawet auto było widać że nastawione jest na wyciąganie bardziej niż na holowanie - motyl standardowo bez kólek (można było dokręcić) służył do zarywania się w ziemię a na pace były zamocowane dwie wyciągarki. Z kolei pan pomocnik wyraził swoje uznanie, że tak daleko zajechałem na takich oponach. Zapytałem Sympatycznego Norwega czy sobie ze mnie jaja robi, on zaprzeczył i powiedział, że to było na poważnie. Znowu się zrobiłem dumny i blady :P

        Użerał się z busem ponad godzinę, próbując to z jednej, to z drugiej strony. Jego auto kilkakrotnie o mało się nie przewróciło, zsunęło się w sumie za wszystkimi podejściami z 10 metrów, ale kolo był twardy. Jak zaczęło być naprawdę niebezpiecznie to...

        ...kazał Sympatycznemu Norwegowi, który bardzo aktywnie pomagał w akcji założyć odblaskową kamizelkę :-)

        W końcu się udało:
        www.youtube.com/watch?v=WUSN0aUXUGw
        Auto okazało się sprawne do dalszej jazdy choć po tym tuningu zrobiło się umiarkowanie pięknie, a dodatkowo akcja wyciągania spowodowała pokancerowanie progu także z drugiej strony...

        I wtedy pojawił się Policjant Po Służbie.

        Rozdział ósmy, w którym Policjant "aresztuje" mój samochód za niemanie opon zimowych a czytający to cranmer ze śmiechu spada z krzesła i próbując złapać oddech powtarza "ja wiedziałem że tak będzie" ;-)

        Policjant Po Służbie prowadził jeden z samochodów który utknął w korku spowodowanym akcją wyciągania mojego busa. Policjant Po Służbie był jednym z Tych policjantów, to znaczy "ja jestem bardzo ważny Pan Policjant, a co za tym idzie jestem najmądrzejszy ze wszystkich". Pooglądał, zamienił trzy słowa z panem pomocnikiem drogowym po czym podszedł do mnie i zaczął wykład o tym, jak nieopdowiedzialnie jest wyjeżdżać w taką trasę nieprzygotowanym autem, że on się na tym świetnie zna i dlatego ma nie tylko opony zimowe jako takie, ale takie, które najlepiej wypadają w testach a pomimo tego jazda w takich warunkach wymaga ciagłego skupienia i uwagi (cramner, czy ty nie masz jakiejś rodziny w południowej Norwegii?) i że nawet on rozumie że to nie mój samochód, ale w takich warunkach to powinienem rzucić pracę bo skoro wyleciałem z zakrętu to równie dobrze mogłem kogoś zabić i co ja na to. Ja na to, nieco wkurzony jego niesympatycznym tonem a widząc, że i tak nic nie ugram, odpowiedziałem, że z zakrętu dwie godziny przede mną wyleciał koleś na zimowych oponach, więc najwyraźniej jadąc na zimowych oponach również można kogoś zabić. Myślałem, że go szlag trafi, ale się po chwili uspokoił i powiedział, że mam kategoryczny zakaz jazdy tym samochodem, bo to jest niebezpieczne i kazał Sympatycznemu Norwegowi wsiaść za kółko i zawieźć mnie na bezpieczny parking, gdzie zajmie się mną wezwany przez niego Policjant Na Służbie. Zapytał mnie co ja na to. Ja na to, że w sumie mogę sam na ów parking pojechać bo przecież jak Sympatycnzy Norweg wsiądzie za kółko to się nie zrobią od tego lepsze opony, a za to będziemy poruszać się autem bez ważnego ubezpieczenia, bo w UK jest imienne a Sympatyczny Norweg w polisie wymieniony nie jest. Pan Policjant Po Służbie bardzo się wściekł, więc usiadłem koło chichrającego sie Sympatycznego Norwega i pojechaliśmy :-)

        Jakbyście kiedyś potrzebowali wkurwić jakiegoś policjanta, to polecam swoje usługi, bo jak ja kogoś wkurwię to nie ma chuja we wsi ;-)
        • tomek854 Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 01:50
          Rozdział dziewiąty, w którym następuje NIEOCZEKIWANY ZWROT AKCJI

          Odstawiwszy mnie na bezpieczny parking, Sympatyczny Norweg pożegnał się ze mną i przesiadł się do auta Pomocy Drogowej które odjechało aby odwieźć go do jego własnego auta.

          Ja tymczasem zadzwoniłem do szefa zdać relację z rozwoju wydarzeń, a szef powiedział "co za bzdura, przecież akurat ten bus ma wszystkie opony całoroczne".

          Wysiadłem więc z kabiny, oskrobałem opony z brudu i faktycznie na każdej z opon z wyjątkiem zapasu znalazłem małe literki M+S.

          Przyjechał pan pomocnik drogowy, powiedziałem mu co i jak, on mi na to, że bardzo dobrze i że on w takim razie poczeka ze mną na Policjanta Na Służbie żeby mu powiedzieć, że barierka też była wcześniej zniszczona, więc powinienem mieć spokój.

          Policjant Na Służbie pojawił się niebawem, całkowite przeciwieństwo swojego kolegi, miły, uśmiechnięty, nawet nieco się spoufalający. Pooglądał sobie moje opony, powiedział, ze ok że oczywiście że zapas może być inny (pokazałem mu co zostało z oryginalnej opony) spisał dane a potem sobie pogawędziliśmy. Powiedział że ten jego kolega to słynie z tego, że lubi gnębić turystów i tak dalej.

          Potem się naradzili z panem pomocnikiem drogowym jaka trasa dla mnie będzie naljlepsza i poradzili żebym pojechał przez ileś tam wiosek, potem do Kristiansand i stamtąd dopiero do Stavanger, bo droga przez góry jest zamknięta. Mój GPS mówił, że jest otwarta, więc miałem dziwne przeczucie, że po prostu biorą mnie za Brytola co nie umie jeździć po śniegu (nie winię ich, biorąc pod uwagę, że dopiero co wyciagnęli mnie z rowu) ale skoro policjant każe, to wrzuciłem to Kristiansand w GPSa i pożegnawszy się życzliwie ruszyłem w dalszą drogę

          Rozdział kolejny w któ·rym piszę już w dużym skrócie, bo mi się nie chce, a jak za dużo klepię w klawirkę to nie mam jak pić sobie mojego pysznego pifka co sobie kupiłem w sklepie wolnocłowym na promie

          https://img821.imageshack.us/img821/7628/img20101229002.jpg

          W dalszą droge, jak prawdziwy zawodowy szofer, udałem się autem wyposażonym w małą świąteczną choinkę co widać na załączonym obrazku.

          Kierując sie na Kristiansand dotarłem do takich strasznych serpentyn których nie udało mi się zrobić dzięki aktywnej współpracy kontroli trakcji na każdym wirażu hamującej mnie niemal do zera. W końcu utknąłem w ok 4/5 podjazdu bo shamowało mnie do zera a było za ślisko żebym ruszył pod górkę. Dałem się minąć dwóm transitom i megatirowi i zawróciłem postanowiwszy obrać inną drogę. Przestudiowałem zapiski otrzymane od policjanta i po odniesieniu się do mapy odkryłem że właściwie to on chce, żebym wrócił prawie do samego Oslo i dalej pojechał wzdłuż wybrzeża. Nadłożenie 4 godzin drogi. Takiego wała. Sprawdziwszy na przydrożnym wyświetlaczu że pierwotnie obrana przeze mnie droga jest otwarta oraz sprawdziwszy na mapie, że nie ma na niej takich serpentyn jak na tej do KristianSand wróciłem na pierwotnie obrany szlak.

          Na pewno były zajebiste widoki, ale niestety było ciemno. Ale i tak się fajnie jechało, zawijasy, podjazdy, zjazdy, tunele z pętelkami i wysokie mosty.

          W ogóle tunele w Norwegii to fajna sprawa, oni się nie cackają z jakimiś obudowami, więc się jedzie jak przez jaskinię pomiędzy litą nierówną powierzchnią skał. Są nawet stalaktyty i stalainne rózne takie, poza tym wszędzie wiszą sople wody i jest specjalny facet co jeździ po tunelach takim meleksem z kijkiem od miotły i owe sople utrąca.

          Tak więc bezproblemowo dojechałem do celu, opłaciwszy sobie myto na stacji paliw na końcu drogi. Co prawda sprzedawca patrzył na mnie jak na kretyna, bo "skoro mam obce tablice to i tak mogą mi skoczyć" ale się uparłem. Wystawił mi rachunek na 12 koron, trochę mało mi się to wydaje, no ale przynajmniej mam paragon na to, że miałem dobre chęci.

          Potem sobie postanowiłem zaparkować na takim parkingu gdzie się pierwszy raz beznadziejnie zakopałem w takiej 10 cm górce śniegu odgarnionego z głownej drogi na wjazd. Na szczęście przechodziła banda fajnych lasek w miniówach i na szpilkach (przy 10 cm śniegu i -16 stopniach!) i zaoferowały się, że mnie wypchną.

          Rano sie załadowałem i pojechałem sobie do Kristiansand na odprawę celną i prom do Danii. Droga była posypana solą więc czarna i piekielnie śliska od lodu. Cieszyłem sie, że poprzedniego dnia pojechałem jednak przez góry, bo jakbym miał całą trasę jechać po czarnym lodzie, to bym się chyba pokroił.

          Wieczorem wpadłem na zakupy do sklepu i potem nie mogłem ruszyć, bo od krawężnika na środek drogi było pod górkę. Ale udało mi się postawić auto nieco bokiem a następnie techniką bujania w tył i w przód wyjechałem z parkingu. Obserwująca mnie parka zapytała gdzie sie tego nauczyłem, bo oni byli w Londynie zeszłej zimy i idą o zakład że nie tam ;-)

          Rano prom, na którym pierwszy raz podczas całej wyprawy zobaczyłem auto na innych numerach niż norweskie - duńskiego golfa. Tam w ogóle nie jeżdżą obcojkrajowcy (a przynajmniej nie zimą). Potem odprawa celna na wejściu do Unii w Danii. Ja nie wiem, po co w ogóle im jestem potrzebny.

          Mojego auta nikt nie ogląda, nie ma żadnych szlabanów ani nic, polega to na tym, że ja przychodzę do agenta i mówię kto zacz, oni mówią "tak, mamy wszystko przysłane faksem, proszę poczekac". Czekam sobie godzinkę albo dwie, w końcu drukują co trzeba, przywalają na tym pieczątkę i mogę z tym iść do sąsiedniego okienka, gdzie oddaję to celnikowi a on mówi "droga wolna".

          NIe mogliby oni tego papierka sami zanieść do sąsiedniego okienka?

          Cała Dania była nudna, płasko, bezludnie i mgła.

          Za to w Niemczech to mnie próbowali olukrować. Taka marznąca mżawka padała że jak wycieraczki chodziły non stop to się robiła taka ciapa, a jak chodziły z przerwami to przerwa wystarczała, żeby zamarzła na szybie warstewka lodu. W rezultacie musiałem się zatrzymywać na każdym parkingu i skrobać.

          No a potem sobie dojechałem do domku.

          W tunelu zrobił się zator, bo jeden TIR przez pięć minut manewrował bo nie umiał wjechać na wagon. Pierwszy raz byłem świadkiem, że ktoś był aż tak kiepski. Kierowcą okazała się blondynka ok. 40tki na oko. Coś jednak jest z tymi babami za kierownicą na rzeczy.

          Pogadaliśmy sobie z polskimi tirowcami psiocząć na mercedesy. Ja ponarzekałem na kontrolę trakcji i problem z check engine po dłuższym chodzneiu na jałowym biegu, oni ponarzekali na przygłupi automat oraz na to, że u nich jak chodzi za długo jałowo to się wyłącza, przez co nie da sie spać w lecie, bo silnik musi chodzić żeby działała klima. Wymyślili na to taki myk, że spuszczają hamulce w naczepie a w ciągniku nie załączają ręcznego, wtedy silnik nie gasnie.

          W bazie spotkałem dwóch innych kierowców, pytałem ich czy będę miał jakieś problemy za rozbicie auta. Mówią, że raczej żebym się nie spodziewał "To część roboty przecież a nie można Cię winić za to że wpadłeś w poślizg na śniegu i wyleciałeś z drogi". Cóż, trudno mi wymyśleć kogo innego można by za to winić, ale jeżeli szefowstwo naprawdę tak uważa, to kłócić się nie będę :-)

          No i tyle, parę piwek mi na to zeszło, ale mam nadzieję że się miło czytało ;-)
    • sven_b Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 13:44
      Gratuluje fajnej podróży. Myślę, że miałeś dużo szczęścia na tej barierce i że tak to się skończyło. Nie dziwi mnie zachowanie policjanta po służbie. Zapewne z racji pdoświadczenia, dostrzegł jak niewiele brakowało do przeciągnięcia.

      W Norwegii droga otwarta nie oznacza przygotowana. Za tym pojęciem kryje się niski stan pokrywy śnieżnej, a w praktyce można zabrać ze sobą łyżwy. Skoro o Norwegii, nieprawdą jest, że zimą na północ nie docierają obcokrajowcy. Są tacy, którzy regularnie przemierzają te rejony;) Docierają nawet do Tromso. Pierwszy raz dotarli tam jeszcze VECTRĄ (wrzucam kilka zdjęć w postaci samych linków, żeby nie rozbijać Ci wątka). Jak widać Norweg soli nie żałuje :)

      Mimo solidnych zimówkek był to pierwszy i ostatni raz, kiedy pojechałem własnym autem. Raz - czasochłonna, nużąca podróż. Dwa - KOLCE, bez których w napięciu kontrolujesz każdym metr przejechanej drogi, co cholernie męczy gdy masz do zrobienia 500km. Jazda na nich jest powszechna stąd Skandynawowie poganiają jakby nie leżał śnieg czy lód. W tej sytuacji czujesz, że przeszkadzasz. Poza tym trudno minąć się z czymś TAKIM gdy Twoim i jego tyłkiem nosi na boki.

      Mnie bardzo fascynuje i odstresowuje północ Skandynawii (stąd pewnie nick). Mógłbym godzinami przemierzać miasta i chłonąć ich architekturę. Podoba mi się jej minimalizm, surowość i estetyka. Porządek całkowicie przeciwstawny naszemu czy śródziemnomorskiemu rozgardiaszowi. Ludzie, chociaz początkowo jakby za murem, są spokojni, skromni i bardzo konkretni.

      img824.imageshack.us/img824/277/img7400i.jpg
      img153.imageshack.us/img153/6294/img7463w.jpg
      img828.imageshack.us/img828/6269/img7473c.jpg
      img252.imageshack.us/img252/6303/img7453y.jpg

      img717.imageshack.us/img717/2928/img7392e.jpg
      img525.imageshack.us/img525/6563/img7458k.jpg
      img407.imageshack.us/img407/43/img7445b.jpg
      img89.imageshack.us/img89/5011/img7464j.jpg
      img32.imageshack.us/img32/2990/img7462v.jpg
      img114.imageshack.us/img114/4461/img7426.jpg
      img4.imageshack.us/img4/9865/img7447.jpg

      img156.imageshack.us/img156/1042/img7475j.jpg
      img826.imageshack.us/img826/7426/img7380q.jpg
      img838.imageshack.us/img838/3983/img7370.jpg
      Nie zwija się ogródków letnich na zimę. Pod pupę jest misiek.
      img33.imageshack.us/img33/6598/img7437y.jpg
      Fascynacja Norwegów stelarzem od radia samochodowego.
      img819.imageshack.us/img819/5035/img7407v.jpg
      Ciekawe zjawisko. Odpływ wody spod lodu.
      img507.imageshack.us/img507/4557/img7331.jpg
      Co nie zamarzło cofa się, zostawiając wolno opadającą pokrywę lodu. Widok przypomina zagłębienie wypełnione błękitnym budyniem. Zaglądasz pod i widzisz pustą głęboką szczelinę.

      Po prawo Sven dogłębnie analizujący czas zmiany sygnalizacji świetlnej ;)
      img191.imageshack.us/img191/2936/img7471h.jpg
      PS. Fajny opis herbatki u Margo. Jeść się zachciewa. Świat światem, ale nie ma to jak świąteczna atmosfera wśród swoich czy znajomych.
      • tomek854 Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 16:26
        Ja wcale nie mam pretensji, ba, wręcz jestem zadowolony że policjanci nawet po służbie reagują.

        Natomiast forma zachowania tego pana była kompletnie nieakceptowalna. Może ja się przyzwyczaiłem już do Brytyjskiej policji, ale tak mi się wydaje, że policja jest żeby pomagać, ewentualnie napominać niesfornych, a nie demonstrować władzę...

        Co do Skandynawii - mi się bardzo podoba i liczę na więcej, natomiast, jak mówiłem, ani jednego obcokrajowca nie widziałem. Nawet pocztówek dla turystów nigdzie nie było, a obiecałem nabyć dla koleżanki, w końcu zagadał mnie pan w jednej księgarni i się okazało, że są, ale na zapleczu, bo w zimie nie wystawiają na przód bo i tak nie ma komu ich kupować.

        Co do opon: gadałem o tym z Sympatycznym Norwegiem. On w swoim saabie miał całoroczne (tej samej marki co ja w moim pierdziszonku, hehe) i mówi, że poza takimi co mieszkają gdzieś na jakimś zadupiu to ci, co mieszkają w miastach i poruszają się tylko głownymi drogami jeżdżą przeważnie na całorocznych.

        Co do dróg: na tej drodze którą w końcu pojechałem stoją takie tablice i z tego co mówiła pani na stacji, na której tankowałem są trzy możliwe ustawienia: przejezdna bez łańcuchów, przejezdna z łańcuchami, nieprzejezdna :-)

        Architektura i miasta też mi się podoba, dodatkowo tak jak mówisz ten spokój ludzi, no i wszystko wydaje się tam być z głową i uporządkowane - wystarczy chociaż wspomnieć o tym, jak zorganizowany jest recykling. Nawet coca coli nie kupisz w tradycyjnej znanej na całym świecie jednorazówce o charakterystycznym kształcie tylko w standardowej norweskiej butelce zwrotnej...
        • sven_b Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 17:34
          > Co do opon: gadałem o tym z Sympatycznym Norwegiem. On w swoim saabie miał cało
          > roczne (tej samej marki co ja w moim pierdziszonku, hehe) i mówi, że poza takim
          > i co mieszkają gdzieś na jakimś zadupiu to ci, co mieszkają w miastach i porusz
          > ają się tylko głownymi drogami jeżdżą przeważnie na całorocznych.

          Taka wypowiedź może mylić. Dużych miast nie ma za wiele, a Oslo, chociaż stołeczne, jest małe. Poza tym oni od 2 dekad realizują program dyslokacji przemysłu. Zakłady i centra handlowe są wyrzucane poza miasta i wkomponowane w krajobraz naturalny. Sam piszesz, że dostawę miałeś w czymś małym (Szybki Tony w ogóle olał północ). Żeby ułatwić orientację przy intensywnych opadach na drogach dojazdowych wbijają jaskrawe tyczki. Dalej na pn-wsch. w kier. Tromso są tablice informujące o której odchodzi pług. Latem mija sie wielkie parkingi zachodząc w głowę dlaczego są aż tak duże. Ruch drogowy zastyga na nich w oczekiwaniu na pług wirnikowy:)
          Jeżeli masz w planach kultywować ten kierunek zaopatrz się chociaż w łańcuchy. Kup na fakturę i powiedz, że musiałeś. Gdzies kiedyś może nie być barierki.
          • tomek854 Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 17:43
            Oczywiście, mamy powiedziane w firmie, ze jak jest potrzeba to możemy kupować wszystko co trzeba.

            Ja mimo wszystko twierdzę, że potrzeby na łańcuchy nie było - to był po prostu taki feralny zakręt :-)

            Myślę, że przy jego geometrii to i w lecie mógłbym mieć tam problemy jakbym tak się dał zaskoczyć.

            Po prostu on nie wygląda w ogóle na ostry dopóki nie jest już za późno :-)
                • sven_b Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 22:40
                  Zachód nie zachód, ale droga biegnie między poziomicą 500 a 1400m n.p.m. :)

                  Tak jeszcze myślę, że nie mógłbym być zawodowym kierowcą, bo nie umiem spać w samochodzie. W pewnym sensie podziwiam Cię za umiejętność kimnięcia w wolnych chwilach. Dla mnie to nie do przejścia.
                  • t-tk Re: Jak to było w Norwegii ;-) 01.01.11, 23:25
                    Kiedyś też uważałem spanie w aucie za niewykonalne. Do czasu.
                    Krótki epizod pracy jako kierowca busa wożącego ludzi z lotniska na parking nauczył mnie zasypiać w aucie.
                    Chociaż i tak to było takie spanie urywane, ale miarowy klekot pomagał w zaśnięciu ;)
                  • tomek854 Re: Jak to było w Norwegii ;-) 02.01.11, 00:36
                    W aucie to ja potrafię spać, bo z racji zmiennej pogody jak jeżdże z namiotem w HIghlands to jak jest deszcz zamiast się rozbijać z namiotem zostaję w aucie. Ale fotel musi się rozkładać na płask i muszę móc wyprostować nogi (było to brane pod uwagę przy zakupie czereśniaka).

                    Natomiast jak śpię na boku, to zawsze z podkulonymi nogami. I tu w sprinerze jest zadziwiająco wygodnie :-)

                    Ale i tak u nas w firmie jest tak, że jak mamy ochotę to możemy sobie zamówić hotel, tylko wtedy odejmują 8 godzin od wypłaty, więc za często nie korzystam :-)
            • tiges_wiz Re: Jak to było w Norwegii ;-) 02.01.11, 13:44
              > Po prostu on nie wygląda w ogóle na ostry dopóki nie jest już za późno :-)
              w Polsce widzialem jeden taki zakret
              maps.google.pl/?ie=UTF8&ll=53.125401,17.293296&spn=0.009013,0.019419&t=k&z=16

              oznaczony przez 40, wjechalem oklo 50 i sie zaczal zaciesniac i zrobilem yyyyyyyyyyyyyyy... ale dalem rade. troche pod gorke jest i nei widac dobrze jak przebiega.

              jak wracalem to lezala tam na boku ciezarowka.
    • margotje Re: Jak to było w Norwegii ;-) 02.01.11, 00:24
      Orysiu miły, na nic zdałyby się Typsonowe talenta manualne, gdyby dla wiadomej czynności nie został wyposażony we właściwą taśmę ;-)
      Jakbyś ponownie potrzebował, to już wiesz dokąd się po nią udać :)

      A co do ilości rybek, toś nieco przeholował..... aż tyle to ich nie było :)
    • crannmer Re: Jak to było w Norwegii ;-) 02.01.11, 11:36
      Ja rozumiem, ze potrzebowales jakis running gag, wiec ujezdzaj sobie, na zdrowie.

      Niemniej pozniej sam podajesz, ze miales jednak caloroczne, a nie letnie. Ergo ja nie widze zadnej sprzecznosci z moimi wczesniejszymi wypowiedziami, czy tez moze jakiegokolwiek obalenia tychze.

      BTW ciekawa relacja.
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka