t-tk
01.01.11, 02:59
Bo stary skończył się dla mnie mało przyjemnie. Zresztą, zaczął też mało przyjemnie, od lania po głowie w środku nocy na przystanku. Ale ja nie o tym.
Nie dalej jak w czwartek postanowiliśmy z lubą za porozumieniem stron rozstać się. Strasznie szkoda mi i źle z tego powodu, bo poza tym, że zwykle w takiej sytuacji bywa przykro i źle, to kobietę strasznie lubię i fajna z niej babka. I one mnie lubi też, tylko cały szkopuł w tym, że od ładnych kilku miesięcy, chyba wczesnoletnich jakoś przestaliśmy się dogadywać i zaczęło się źle razem być.
A dzisiaj, w sensie wczoraj postanowiłem być dobrym bratem i odstawić siostrę na jej sylwestrową imprezę. Oczywiście nie obyło się bez jeżdżenia po całym Wrocławiu żeby pozbierać koleżanki i kolegę, ale ja lubię jeździć, a Trójka muzycznie tylko pomagała. Odstawiłem towarzystwo nieopodal nowego stadionu i skierowałem się do domu. Miło się jechało, radio ładnie grało więc obrałem kurs na świeżo otworzony fragment Autostradowej Obwodnicy Wrocławia, ale w końcu stwierdziłem, że głupio tak kręcić się w kółko i zdecydowałem się już całkiem wracać do domu, po drodze zahaczając tylko o lubą coby jej życzenia złożyć.
Jechałem sobie boczną drogą, zupełnie powoli kontemplując jak dziwne jest to życie w którym dwoje ludzi nie potrafi zwyczajnie być ze sobą, mimo tego, że wszystko powinno być w porządku. I tak kontemplowałem, kontemplowałem przy tych zawrotnych trzydziestu na godzinę aż w końcu dojechałem do szykany z pierwszym w lewo, a drugim w prawo zakrętem, z pomiędzy nimi mostkiem. Po prawej, przed szykaną ludzie szli.
Więc złożyłem się przy tych trzydziestu na godzinę w lewy zakręt po wewnętrznej, i tak się składałem, składałem, aż poczułem, że mnie poniooosło. Później patrząc po śladach poniosło mnie przez jakieś 10-15 metrów i stanąłem.
Ach, jak wkurzająco stanąłem. Nie wleciałem w pole, nie obróciło mnie, nic z tych rzeczy. Po prostu za bardzo zbliżyłem się do krawędzi, śnieg zaczął robić się za miękki i zsunąłem się z asfaltu. Lewa strona auta opierała się wahaczem o asfalt, prawe koło wisiało w powietrzu. Nie wiem czy dobrze to wytłumaczyłem, chodzi o to, że poza jezdnią było może ze 20, 30 centymetrów samochodu - akurat tyle żeby nie dało się go ruszyć.
Spacerowicze (a to droga w szczerym polu, około 4 km między wioskami) zaproponowali że wypchniemy razem auto. Wytłumaczyłem, że nie wypchniemy, bo ono wisi na podłodze. Sprawdzili, przyznali mi rację i poszli.
Ja tymczasem dla formalności i własnego świętego spokoju przy pomocy metalowej pokrywy na wnękę koła zapasowego odkopałem śnieg w okół auta, stwierdzając, że pod tym lewym kołem to jest jeszcze spooro wolnej przestrzeni i generalnie to jestem w czarnej... kropce, bo inna osobówka nie ma szans mnie wyciągnąć, zresztą szybkie przeglądnięcie kontaktów w telefonie nie wykazało trzeźwych kierowców.
Odpaliłem niezawodne google i zamówiłem sobie pomoc drogową.
Odczekałem niecałe pół godzinki, przyjechał, jak się okazało, pan z mojej wsi, który akurat dziś w nocy dyżurował. Przypiął linkę, odpalił wyciągarkę, passat złowieszczo poszurał i wylazł z rowu. Pan stwierdził, że dziś jest sylwester i z okazji nowego roku za taką przyjemność się stówka należy. I że w ogóle i tak tędy miał jechać, bo sobie do domu jechał na przerwę.
I sam się sobie dziwie, że w ogóle o tym piszę, bo przecież stówka to nie tragedia, ale jakoś samo to lądowanie w rowie i wszystkie okoliczności im towarzyszące są niezwykle dołujące. Z tejże okazji życzę sobie, żeby od jutra było już lepiej.
Żeby chociaż stacje benzynowe pootwierali, bo nie miałem sobie nawet głupiego piwa jak kupić. Nie wiem, czy oni tam chleją na tych stacjach, czy to cały ten cyrk ze zmianą vatu tak narobił, ale na kilka minut przed północą nawet stacje przy autostradzie były nieczynne.
I tym sposobem zostałem bez piwa i z pustym zbiorniczkiem na płyn do spryskiwaczy w aucie. Tragedia.