tomek854
11.02.12, 15:47
Na facebooku właśnie popełniłem, ciekaw jestem Waszego zdania tak a'propos całej tej ACTA'owej dyskusji o tym, jaką rolę w promocji sztuki odgrywa internet i czy udostępnianie za darmo w sieci działa na korzyść twórców czy nie - małe case study:
Polecają mi takiego linka:
Włączyłem, ale tam są takie irytujace ścinki po paręnascie sekund z każdej piosenki. Strasznie mnie coś takiego zawsze wkurza, bo nie można sobie posłuchać całej piosenki.
Nie bardzo rozumiem taką taktykę marketingową: to tak jakby kogoś zachęcać do wizyty w Kelvingrove Gallery and Museum pokazując mu taki zestaw ścinków:
Pomyślałem sobie "to są promocyjne materiały płyty, może jakiś singiel będzie na youtubie". NIe było. No to pomyslałem, że może gdzieś indziej będzie coś więcej do posłuchania. Google. Pierwsza strona z wynikami - kolejno od góry:
- prasowe doniesienia o wyjściu płyty
- oficjalny profil Kiljańskiego na FB (nic do posłuchania)
- ten sam film ze ścinkami
- link do kompletnego albumu na torrentach.
Dalej nie szukałem.
I teraz, jakby na youtube wrzucić jedną piosenkę, to bym posłuchał sobie całej piosenki i jakby mi się spodobała to może nawet bym kupił cały album. Ale nie mogę. Więc szukam. No i okazuje się, że łatwiej ściągnąć sobie cały album z torrentów niż znaleźć jeden kompletny utwór do legalnego posłuchania...
Torrentów nie ściągnąłem, nie chce mi się bawić w torrenty już ;-) Nie to, żebym miał wyrzuty sumienia jakieś ;-)
Tak więc "Sinatra polskiej sceny muzycznej" jak napisano na opisie płyty poczeka sobie, aż się gdzieś nadzieję na kompletną piosenkę...
Ale mógłbym ściągnąć (tymbardziej, że jakbym ściągnął to bym miał zaraz, a jakbym zamówił, to tylko z Polski, na ostatnie moje zamówienie z merlina to już drugi tydzień czekam... )
Tylko że wracamy do punktu wyjścia: Czy to, że nie mogę posłuchać sobie nawet jednego kawałka z płyty na pewno zachęca mnie do zakupu?
I żeby nie było: w styczniu kupiłem trzy płyty CD (z czego dwie już miałem w mp3, a trzecia artysty, którego inne płyty są mi znane), trzy filmy na DVD (jeden znany mi, jeden będący ekranizacją książki którą znam, jeden kosztował 1.99 funta), byłem na dość drogim koncercie (Bela Fleck and Flecktones, mam ich mnóstwo w mp3, ale żadnej oryginalnej płyty akurat nie) w kinie (na filmie polecanym przez przyjaciół) oraz kupiłem jedną książkę a dwie dostałem w prezencie. Czyli wypełniłem roczną normę co najmniej kilkunastu Polakówm, a to zanim w ogóle wspomnieliśmy o czasopismach, książkach z biblioteki i filmach z uniwersyteckiej wypożyczalni...