emes-nju
10.04.12, 12:36
W sobote z moim Domowym Centrum Decyzyjnym (DCD) wybralismy sie w podroz do jej rodziny. Jakos strasznie Mocz Mnie Meczyl (3M). Nie uplynelo i 100 km (a wiec blisko 2 godziny...), a musialem zatrzymac sie na stacji, zeby spowodowac powrot kolorystyki krajobrazu do normy, po jego wyraznym zazolceniu. No i zapobiec wypchnieciu galek z oczodolow. Uffffff...
Pojechalismy dalej. Do celu bylo juz mniej niz 50 km. Jechalo sie spokojnie. Ale tylko jakies 30 km... Potem znowu nastapilo 3M. Z mina twardziela jechalem dalej, zeby odlac sie w normalnym kiblu. Twardo przyjalem nawet informacje, ze najpierw zahaczamy o sklep, zeby kupic zarlo, ktorego i tak nikt nie przeje.
Dojechalismy. Krajobraz znow byl zolty. DCD poszlo po zakupy, a ja zostalem w aucie. Nawet szybko poszlo. Ruszylismy w kierunku zbawczego kibla i... na chodniku dojrzelismy krewniaka DCD. A w chwile potem jego Maluszka (zdarzaja sie jeszcze takie sprzety ;) ). Potem, napiecie rosnie! zadzwonil telefon i DCD zarzadzilo odwrot w kierunku przed chwila minietego Maluszka - jak sie okazalo zepsutego. Krewniak zadzwonil i oswiadczy, ze skoro juz jestesmy, to on pojdzie do sklepu po czesc do naprawy, a potem podholujemy go do domu. Zaczalem przytrzymywac galki oczne palcami...
Potem, jako ze krewniak nie wracal, piesciami. Potem stanowczo zazadalem, zeby DCD zadzwonilo do krewniaka. Okazalo sie, ze sklep z czesciami jest czynny, ale nie ma sprzedawcy bo gdzies poszedl (urok malych miejscowosci). Rozpoczalem proces wypacania zawartosci pecherza...
Jak krewniak wreszcie sie pojawil i podlaczylismy Maluszka do mojego auta, musialem powaznie nad soba panowac, zeby nie wystrzelic do przodu z cala moca, a ruszyc i jechac po-wo-lut-ku...
I pomoz tu czlowiekowi. Prawie mi urwalo wentylka! W swieta!