edek40
15.08.12, 17:30
Nawalil chevrolet. Znaczy zglupial mechanizm/elektryka/elektronika zmiany napedow i reduktora. Na szczescie pozostal zapiety na tyl, wiec mozna bylo jezdzic. Dzis z somsiadem zajelismy sie tematem. Wzielismy do reki serwisowke i zaczelismy zglebiac. Na poczatku serwisowka zaproponowala sczytanie kodow bledow. Podlaczylismy skaner i sczytalismy, ze, podobnie jak przez ostatnie 3 lata, jedna z lambd zbyt dlugo sie nagrzewa. Hm.... Znaczy sie skaner "nie gada" z elektronika napedow. Kiepsko. zaglebilismy sie w lektura i wyszlo, ze mechanizm zmiany jest tak przedpotopowy, ze nie zawiera sie w standardzie OBD i odczyt odbywa sie przez zwarcie do masy jednego z pinow gniazda. Udalo sie. Wyblyskalo usterke - uszkodzenie enkodera silnika wyboru napedu na transferze. Wydlubalem wiec nowy uzywany zespol z "trofiejnego" transferu i.... gowno. Nadal nie dziala. Zaczelismy posuwac sie wglab instrukcji, probujac dopasowac kolejne checklisty do naszych klootow. Doszlismy do konca kilkudziesieciostronicowej sekcji traktujacej o napedach i znalezlismy zalecenie, aby zresetowac sterownik napedow.
Gdybysmy czytali instukcje od konca najpierw zresetowalibysmy sterownik (co w naszym wypadku pomogloby), potem zaczelibysmy sczytywac bledy za pomoca drutu spinajacego do masy i nawet do glowy by nam nie wpadlo szukac skanera...
Najwazniejsze, ze dziala, ale chyba nigdy nie naucze sie "logiki" kierujacej miszczami ukladajacymi amerykanskie serwisowki. Mam porownanie - ta od mazdy prowadzi za reke nawet debila, odszukanie lokalizacji podzespolow elektryki/elektroniki nie stanowi problemu, a checklisty zaczynaja sie od poczatku...