glupi_antos
18.07.05, 09:25
W poprzednim tygodniu żonka zapakowała się do mojej Primerki (nota bene po sam
dach kombiaka), wsadziła dzieciątko i wyruszyła na wakacje w góry.
Daleko nie dojechała...
Na trasie katowickiej, gdy jechała lewym pasem, usiadł jej na tyle gościu,
zaświecił światłami. Ona postanowiła, że zjedzie na prawy pas za zakrętem. Nie
zdążyła, bo na zakręcie facet zminił pas, wyprzedził ją, a następnie zajechał
drogę i przyhamował. Ona też zahamowała jednoczesnie skręcajac w lewo.
Niestety mocno obciążony tył samochodu miał swój pęd i zaczął wyprzedzać
przyhamowywany i skręcony przód. Dodatkowo lewe przednie koło wjechało na
pobocze gruntowe pomiędzy jezdniami. Samochód zaczał się kręcić, wpadł na
barierkę.
Żonie i dziecku nic się nie stało, ale samochodu raczej nie opłaca się
naprawiać - przynajmniej na oryginalnych częściach.
I cieszyłem się, że tylko samochód ucierpiał. I już się do tego
przyzwyczaiłem. Ale wczoraj pokazywali w TV dziewczynkę po wypadku drogowym, z
mocno połamaną nogą, zupełnie zdartą skórą, z groźbą amputacji - i mi się
skojarzyło z moim dzieciątkiem. I ponownie zawrzałem.
Że też się k...a musiał taki nauczyciel znaleźć!!! Przecież samochód kręcił
się po drodze, obijał. A przecież ktoś mógł w niego wjechać, przecież auto
mogło spaść do rowu, wylecieć z drogi. To o moim dziecku mógł być film...
Gość uciekł. Świadkowie, którzy dojechali mówili, że i oni doświadczyli takich
nauk.