mejson.e
30.01.07, 18:56
Z wyższością obserwowałem wysiłki sąsiadów parkingowych szurających łopatami
pieszczących podłoże jak dywan w salonie.
Przecież ja z każdego miejsca wyjeżdżałem, z głębokiego śniegu także,
zwłaszcza na wstecznym.
A dzisiaj rano...
Obmiotłem samochód ze śniegu, oczyściłem szyby, wsiadłem, zapaliłem i ...
zostałem na miejscu. Koła się ślizgały, ale cóż to dla mnie - rozbujam i raz
dwa wyjadę.
Rozbujałem jak starą krypę w przód i tył, aż mi w żołądku się rozchlupało.
I co?
I g..no!
Okazało się, że do lodowych kolein dołączyły kliny z zamarzniętej solanki
opadłej z nadkoli - byłem zabezpieczony przed przetoczeniem do przodu i tyłu
jak na lawecie...
Dopiero jak pożyczyłem szpadel od dozorcy i garść piachu, wyjechałem.
I nie jestem już taki zarozumiały...
Pozdrawiam,
Mejson
--
Automobil
Forum pozytywnie zakręconych automaniaków.