tomek854
09.11.07, 22:22
Mam nową pracę w dużej, prężnie się rozwijającej firmie transportowej.
Startowała 17 lat temu od furgonetki, teraz maja flotę ładnych kilkudziesięciu
pojazdów śmigających po całej Europie. No i nie wiem jakim cudem, bo ręce mi
opadają.
Pracuję tam tydzień i szlag mnie trafia, bo każdy dzień wygląda tak samo.
Kierowcy przychodzą o 8:00 do pracy. Odbijają karty, biorą wykaz ładunku na
cały dzień i idą spać do kabin. Wszystkie silniki oczywiście pracują, bo się
grzeją - zimno. Kantyny żadnej nie ma. Wszyscy więc stoją, silniki pracują a
ciężarówki po kolei wjeżdżają do hali na załadunek. W rezultacie najwcześniej
wyjechałem o 10:10, najpóźniej o 11:15 i jeszcze nie byłem ostatni. Palety
ładowane są jak leci, kompletnie bez pomyślunku - na przykład palety dla tego
samego miejsca po obu stronach, żeby trzeba było obie kurtyny rozpinać, czy
to, co powinno być wyładowane jako pierwsze za pomocą windy, ładowane jest z
przodu. Nie mówię już o takich szczegółach jak załadowanie nalepką na
zewnątrz, żeby było widać co dla kogo. Kierowcy nie mają żadnego wpływu na to,
bo adresy na poszczególne palety dostają dopiero po załadowaniu. Wtedy każdy z
nich siada przy ciężarówce i próbuje opracować sobie jaką-taką marszutę, żeby
w miarę rozsądnie rozładować ciężarówkę nie jeżdżąc w te i we wte po całej
Szkocji.
Oczywiście każdy z nich dostaje telefon, który bez przerwy dzwoni, bo telefony
rozdawane są "jak leci" i połowa ludzi w biurze nie wie kto danego dnia ma
który telefon. Zestawu głośnomówiącego brak, więc trzeba się za każdym razem
zatrzymać i oddzwonić.
Pierwsze dwie godziny upływają w miarę spokojnie, ale potem ci klienci, którzy
mieli dostawę zaklepaną na godziny - na przykład na 9 czy 10 rano, zaczynają
się wkurzać i dzwonią do biura. Rezultat jest taki, że wszyscy z biura
wydzwaniają do wszystkich kierowców i każą im jechać wszędzie na raz, czyli
szlag trafia ustaloną trasę i zaczyna się jeździć bez sensu, w zależności od
tego, który klient mocniej krzyczy na ludzi w biurach. W rezultacie powoduje
to kolejną falę spóźnień a co za tym idzie zwykle dwie-trzy dostawy przywożę z
powrotem, bo było już zamknięte. Oczywiście jednak żeby to stwierdzić musiałem
tam pojechać. W rezultacie następnego dnia przeciętnie na każdej ciężarówce są
dwie dostawy niewykonane dnia poprzedniego. NIe mówię już o takich
szczególikach jak wysyłanie 18 tonowej, 12 metrowej ciężarówki z dostawą
jednego pudełka w dzielnicę pełną stromych, ciasno zaparkowanych uliczek czy
załadunek rzeczy, których dostawa jest pilna w taki sposób, że nie można ich
wyładować przez tylne drzwi... Rezultat - codziennie mam nadgodziny i wracam
do domu koło ósmej wieczorem...
Pojazdy to inna historia. Technicznie niby sprawne, ale taki na przykład mój ma:
- dziury w podłodze na pace uniemożliwiające przetaczanie palet na paleciaku
- zdemolowane oba tylnie rogi, przez co nawet dla ostatnich palet muszę
otwierać kurtynę od przodu, bo od tyłu się nie da
- stłuczone lusterko
- niesprawne CB
- brak stopni z obu stron kabiny
- niesprawne zamki w drzwiach (nie można zamknąć kabiny)
- nie kontaktujący boczny kierunkowskaz i sterownik wewnętrzny od windy
Na liście defektów już tego nie wypisuję, tylko piszę "patrz wczorajszy
raport" - podpatrzyłem to u innych kierowców.
Do tego mam wrazenie, że wszyscy, ale absolutnie WSZYSCY od kierowców, przez
ładowaczy i magazynierów po biuro mają wszystko W DUPIE i niczym się nie
przejmują. W świetle tego ja także przyjąłem podobne założenie i już na
przykład dzisiaj zajechałem sobie na drugie śniadanie do domu, bo akurat
przejeżdżałem niedaleko ;-)
W zasadzie nawet chwilowo jest mi na rękę, bo to głupiego robota jest, płacą
nieźle, nadgodziny lecą jedna za drugą, a akurat potrzeba mi kasy. Ale jak
tylko się odkuję to idę do innej roboty, nawet za mniejsze pieniądze, bo tutaj
to po prostu ręce opadają jak się na to patrzy, a nie chcę wyglądać jak
szympans (albo szymi) z rękami przy kostkach :-)