typson
21.12.07, 10:14
>>> to cytat oczywiscie, wulgarny momentami <<<
Mery żesz kurwa krysmes!
Wigilia w pracy! Najpiękniejszy dzień w życiu każdego dobrego pracownika.
Wyczekiwany z utęsknieniem przez cały rok. To dziś właśnie facet, który co
roku wypierdala z pracy 100 osób (najlepiej tych tuż przed emeryturą – ale są
wyjątki) i obcina co roku po 5% z premii wepchnie mi do gardła taką śliczną
kanapeczkę z krewetkami. I będzie mi z całego serca życzył wesołych świąt i
dużo optymizmu. To właśnie dziś - kiedy mam najwięcej roboty – będę mógł pójść
poudawać że śpiewam kolędy razem z innymi ofiarami "tradycji" i licznym gronem
jebanych wazeliniarzy. Robota nie zając. Najwyżej przyjdę w sobotę do pracy.
Po ponurym zawyciu "Lulajże" (skutecznie na szczęście zgłuszonym przez
napierdalające w mózg nagłośnienie estradowe) najweselszy punkt programu.
Opłatek. To chyba jedyny dzień, kiedy nie ma kłopotu ze zlokalizowaniem
dyrekcji - wystarczy iść po śladach obkapniętej wazeliny. Promienisty szlak
zbiega się do tego jednego jedynego. Mroczny przedmiot pożądania, kurwa.
Pierwsi w kolejce jak zwykle ci sami. Z reguły najgłośniej kurwiący w ciągu
roku, dziś z obleśnym uśmiechem na ryju składają
"najszczersze życzenia panie dyrektorze...i dla całej rodziny...". A gówno tak
naprawdę cie obchodzi pajacu jego rodzina. No ale nikt nie podejdzie z
opłatkiem życząc "obyś chuju parchem porósł, żebyś się tak drutem kolczastym
zesrał skurwysynu ponury!". Nie ma się co czepiać. Gorzej jeśli po godzinie
przypadkiem znów słyszę "najszczersze tratatata..." i w odpowiedzi "tak tak
panie Michale...to już czwarty raz...pozdrowię małżonkę - przysięgam!".
Potem już tylko zajęcia w podgrupach. Im bliżej żarcia tym lepiej. Bo jako że
kondycja firmy kiepska, catering zapewnia hotel Sobieski. Czyli wyżerka po
byku. Czego nie trzeba udowadniać. Wystarczy popatrzeć na przeobrotnych
kolegów nakładających sobie na maciupeńkie talerzyki to co kucharz z trudem na
wielkiej tacy zmieścił. Myślicie że głodni? Hehehe...nic z tych rzeczy. Po
skompresowaniu żarcia zapierdalają do siebie do pokojów. I upychają trofea w
menażki, plastikowe pojemniczki i torebki foliowe. Bo do świąt się zawsze
trzeba przygotować. Dopiero jak walizy już pełne - można spokojnie glamiąc
ryjem stanąć gdzieś w okolicach "kofanego derechtora". Najlepiej za plecami,
tak żeby wszystko słyszeć dobrze. A nuż widelec będzie o czym plotkować przez
następne pół roku. I tak dopóki żyje ostatni śledzik. Do ostatniego winogrona.
W szafce lekarstwo na wątrobę czeka - wiadomo, za darmochę się nażreć można,
więc żremy do wypęku. Chciałoby się olać ten jakże religijny wątek z życia
wyrobnika. Bo od świętowania Wigilii to ja mam rodzinę i przyjaciół. Ale ni
kuta. Obecność obowiązkowa, a gdy uda się "zapomnieć niechcący" to telefony
się zaczynają urywać. To dzwonią "zatroskani". Ci którzy (we własnym
mniemaniu) mogą mniej we firmie i koniecznie muszą mi złożyć życzenia. Na siłę
kurwa. "Ręce do góry skurwysynu! Mery Christmas! Rozumiesz??".
Ci życzliwi naprawdę takich rzeczy nie robią. Wiedzą o co chodzi, i
najczęściej sami są zajęci unikami... Po wszystkim pozostaje wielki kac i
uczucie obrzydzenia. Doskonałym uzupełnieniem tego "świątecznego nastroju"
byłby pokaz np. Rambo osiem, występ striptiserki i obecność kilku dragdilerów
na sali. Nie na miejscu jest jedynie choinka i opłatek.