Dodaj do ulubionych

Jak pokonałam Alicję...

15.06.05, 23:25
Zdarzało mi się w życiu wiele głupot, absurdów, konsekwencji tych gorszych
cech mojego charakteru, głównie braku rozwagi, bałaganiarstwa i
roztargnienia. Dzisiejsza sytuacja przerasta jednak każde moje wyobrażenie.
Pocieszcie mnie, że też mieliście takie wypadki, o którym Alicji z książek
Guruy nawet nie mogło się śnić. Wpisuję się jako pierwsza: w mieszkaniu
dwupokojowym, niewielkim, zgubiłam swoje sandały. Ostatni raz na nogach
miałam je półtora tygodnia temu, potem ślad po nich zaginął...
Obserwuj wątek
    • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 15.06.05, 23:44
      O, to Twoje sandały przebiły mój bilet, który zniknął w pokoju o wymiarach
      4,5x3,5m, na trasie biurko-drzwismile) Jednak sandały są trochę większe... smile)
    • chiara76 Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 00:00
      ja zgubiłam łyżwy...też w pokoju. Do piwnicy ich nie wyniosłyśmy z mamą, bo
      kradli w piwnicach. Więc zostały w pokoju. I chyba przeniosły się w jakiś
      trzeci wymiar. Bo zginęły. Szkoda trochę, bo fajne łyżwy były...
      • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 00:31
        I już ich nigdy nie znaleziono?? Czy ja powinnam zaopatrzyć się w nowe obuwie
        letnie?? Zawsze wierzyłam w Pożyczalskich, jeden z nich mieszkał nawet w bucie,
        więc w łyżwę uwierzę... ale na co mu taki sandał? Albo dwa? Toż to deszcz kapie
        ze wszystkich stron!
        • anmanika Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 08:51
          Pół roku szukałam spodni w kawalerce ca 20 m2. Znalazła je moja sprzątaczka.
          • tredive_nelliker Re: Jak pokonałam Alicję... 20.07.05, 00:17
            ha, to troche czasu jeszcze mam... mnie również wcięło nowe spodnie, nie ma ich
            nigdzie. Szukam ich od 2 miesięcy. A tak by się teraz przydały
            • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 20.07.05, 00:42
              Poszukaj miedzy umaglowanymi obrusami wink)
              Mnie kiedys bluzke wcielo, naprawde wierzylam we wlamanie po ta bluzke.
              Po pol roku w obrusach sie znalazla. Dobrze,ze obrusowe przyjecie akurat sobie
              wymyslilam ,bo bym do dzis bez tej bluzki musiala zyc.
        • chiara76 Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 12:47
          no właśnie nie znaleziono. To jedyna rzecz, jaka mi w ten sposób zginęła...
          Mówię, trzeci wymiar, albo i taka zdolna jestemwink
        • gastonlemiel Re: Jak pokonałam Alicję... 19.10.05, 01:19
          Ja zgubilem swego czasu parasol.Niby nic niezwyklego.Pomyslalem wtedy - pewno
          gdzies sie ostal w sklepie, na przystanku u znajomych... Po czym po jakims
          tygodniu od stwierdzenia faktu zagubienia, wracajac dlusza trasa do domu na
          piechote i przemierzajac Grojecka od kina ochota dziwnie zaczaal mi ciazyc
          pelcak. Na wysokosci dickensa pomyalem, ze absolutnie musze zrobic w nim
          wreszcie porzadek i powyrzucac stare szpargaly, bo jednka swoje te paierzyska i
          inne ogryzki waza. Mysl wprowadzilem w czyn w domu. Na dnie zapewniam ze
          niewielkiego plecaczka znalazlem... parasol... Podazalem z owym parasolem
          tydzien caly roznymi sciezkami, myslac o nim caly czas w kategoriach zguby,
          ktorej nigdy juz nie odnajde, podczas gdy on spokojnie nie odstepowal mnie na
          krok...
          • bumbecki Re: Jak pokonałam Alicję... 19.10.05, 09:26
            na początku byłam pewna, że mówisz o takim dużym, nieskładalnym parasolu ...
            chociaż, jeśli masz plecak transportowy ... smile)
            • gastonlemiel Re: Jak pokonałam Alicję... 19.10.05, 22:34
              spiesze wyjasnic, ze jest to plecak niewielki i wybitnie rekreacyjny ( nie
              mylic z prokreacyjnym)smile))
    • stara.gropa Lekkie roztargnienie 16.06.05, 10:20
      Kiedyś wybrałam się specjalnie do sklepu ogrodniczego w celu zakupu roślin na
      balkon. Niestety, po wyjściu z autobusu oko moje spoczęło na wystawie księgarni
      i zapomniałam o ogrodnictwie. O roślinkach przypomniałam sobie dopiero w domu.
      • anmanika Re: Lekkie roztargnienie 16.06.05, 10:31
        To nie jest roztargnienie a zauroczeniesmile))
        • stara.gropa Re: Lekkie roztargnienie 16.06.05, 11:05
          A nie skleroza?
      • chiara76 Re: Lekkie roztargnienie 16.06.05, 12:47
        ale za to Miałaś co czytaćsmile)
    • anchan Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 11:30
      Dygnę najpierw powitalnie, bo jeszcze tu nie pisałam.

      W małym, prawie pozbawionym szaf mieszkaniu zgubiłam 2 dwunastometrowe kupony
      materiału. Wypłynęły na powierzchnię przy przeprowadzce.

      Spacery ze sklepowym koszykiem to u mnie norma.
      • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 13:30
        Pocieszacie mnie, kochaniutkie, pocieszacie! Tylko sandałków na trzeci wymiar
        trochę żal...sad
    • ida14 Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 14:56
      ja nieustannie gubię zeszyty i podręczniki co w szkole nie jest raczej mile
      widzianesmile
      • anchan Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 15:16
        No to wyobraź sobie moją minę przed skrzynką pocztową, z listem w jednej ręce i
        brakiem zeszytu w drugiej
        • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 17:30
          Ja mam inaczej, malo gubie we wlasnym domu, ale za to mnostwo znajduje. Przy
          kazdych porzadkach znajduje rzeczy, o ktorych nie mialam pojecia, ze wogole
          posiadam. To sie nazywa sklerozasmile
          • gosiaber Re: Jak pokonałam Alicję... 16.06.05, 18:09
            U mnie znowu inaczej, dzieja sie rzeczy dziwne i nikt nie potrafi ich wyjasnic.
            Kto poobcinal ramiaczka w moim ulubionym staniku? Gdzie zniknela poplamiona
            koszulka do malowania? Skad wzial sie moj dyplom w rachunkach z roku 2002
            (dyplom wydany w zeszlym roku)?
            • stara.gropa Re: Jak pokonałam Alicję... 17.06.05, 07:22
              Krasnoludki rozrabiająsmile
              • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 17.06.05, 10:14
                Nie, to diabel chowa i czasem jak sie czlowiek na niego zawezmie to oddaje.
                Dwa razy mi oddal, nie popuscilam. Podrzuca w najglupszych miejscach, ale
                oddaje.
                smile)
              • annah11 Re: Jak pokonałam Alicję... 16.07.05, 10:16
                Rozrabiaja duchy-kanapuchy, albo inne domowe skrzatki maluskie i czasami
                zlosliwe, ktorym jak sie robi na przekor to one tez... w ksiazkach ulubionej
                autorki tez gdzies mignely. ot skleroza nie pamietam...a smile
                • white.falcon Kaziubernisznik :-) 11.09.05, 13:37
                  Parę dobrych lat temu - o kurcze, juz ponad 20 lat temu, gdy jeszcze
                  mieszkałysmy wraz z Mamą w małym pokoiku, bo teraz obydwie już mamy normalne
                  mieszkania, ginęły nam łyżeczki do herbaty. Były, a potem nie ma i nic nie
                  pomogło wzajemne wyjaśnianie, że jedna albo druga je zapodziała. W koszu na
                  śmieci ich nie było, no nigdzie, a znikały. Musiałyśmy przez miesiąc kupować
                  coraz to nowe. Nie były srebrne, czy złote, normalne błyszczące tanie łyżeczki.
                  Były i nie ma. Wróciłam wieczorem do domu, Mama drzemała. Ja zerknęłam na
                  stojaczek, zauważyłam tradycyjny brak łyżeczek i lekko przebudziłam Mamę
                  tekstem: "Łyżeczek znów nie ma." A Mama w półśnie mi
                  odpowiedziała: "Kaziubernisznik je zabrał." Po obudzeniu Mama wyrzekła się
                  jakichkolwiek Kaziuberniszników, nie miała pojęcia, kto to zacz. Doszłyśmy do
                  wniosku, że przypadkiem odkryła imię skrzata domowego. Teraz, gdy coś u mnie w
                  domu zapodziewa się, wiem, ze to młodszy brat Kaziubernisznika rozrabia. No bo
                  sam Kaziubernisznik został zapewne w mieszkaniu Mamy.

                  A wiecie, gdzie były łyżeczki? W tapczanie pomiędzy jesiennymi paltami. Żadna z
                  nas ich tam nie wkładała, ale gdy je znalazłyśmy tam, to były tam jeszcze inne
                  drobiazgi, w tym sporo wacików kosmetycznych. Prawdopodobnie gościłysmy Panią
                  Kaziubernisznikową, której dzieci się urodziły i musiały przecież czymś się
                  bawić. Że też żadna z nas nie dostrzegła, że w tym małym zagraconym pokoju
                  mieszkańców przez jakiś czas było więcej. smile
                  • the_dzidka Re: Kaziubernisznik :-) 02.04.06, 11:48
                    >Po obudzeniu Mama wyrzekła się
                    > jakichkolwiek Kaziuberniszników, nie miała pojęcia, kto to zacz.

                    A może to był Kaziu Bernisznik?
                    smile
    • mika_p Re: Jak pokonałam Alicję... 17.06.05, 18:52
      W grudniu 2002 roku okazało sie, ze zgubilismy w mieszkaniu lub piwnicy
      choinkę. Nie za wielka, ale ponad metr ten pakunek miał. Opisałam to u siebie na blogu. Znalazła sie tej wiosny. W szafie, za kurtkami...
      • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 17.06.05, 22:03
        No dobra, przyznam sie i ja - w nieco wiekszym metrazu zgubilam expres do kawy,
        elegancko w firmowym kartonie upchany.....
        • edeka5 Re: Jak pokonałam Alicję... 18.06.05, 17:10
          No to i ja. Czerwony golf - całe szczęście, że nie samochód tylko bluzka.
          Ciągle mam nadzieję, że gdzieś wyjdzie z kąta.
          • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 18.06.05, 17:46
            Ha, a ja wlasnie ZNALAZŁAM na strychu expres smile)))) przy okazji pare
            dokumentów wink) o ktorych nie miałam pojecia takze
            • edeka5 Re: Jak pokonałam Alicję... 18.06.05, 18:12
              Pocieszające wiadomości przynosisz Czekolado.
              Moja mama szuka na strychu dokumentów po swoich rodzicach - czyli jest szansa. Może teraz przyszła pora na znajdowanie smile
              • edeka5 Re: Jak pokonałam Alicję... 11.09.05, 09:22
                Moja mama znalazła dokumenty na strychu, co prawda nie na tym co szykała, ale zawsze.
            • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 19.06.05, 00:00
              A może Cię kolektywnie, Czekolado, wypożyczymy do znalezienia naszych łyżew,
              sandałów, golfów (ale nie samochodów, tylko bluzekbig_grin)? Zgódź się, ach zgódź...smile
              • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 19.06.05, 00:15
                To tylko przypadek, czysty przypadek....
                • chiara76 Re: Jak pokonałam Alicję... 19.06.05, 00:29
                  a może jednak? Mam ten sam wymiar nogi, co wtedy (już mi nie urosła), więc
                  łyżwy byłyby, jak znalazłsmile
                • mika_p Re: Jak pokonałam Alicję... Czekolado 20.06.05, 00:54
                  A ile czasu zajęło ci znalezienie tego ekspresu ? Nawet przypadkowe ?
                  • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... Czekolado 20.06.05, 01:37
                    Hmmmmm, poszukiwania podjelam kilka miesiecy temu, wydawalo mi sie ze
                    conajmniej kilka razy w tym czasie "przekopałam" strych - i nic. A w sobote -
                    przestawilam kilka pudel i worow i ... karton z expresem smile) sobie stoi
                    elegancko przywalony odkurzaczem oraz skorzanymi raportowkami
                    • klarisa Re: Jak pokonałam Alicję... Czekolado 20.06.05, 10:56
                      W sobotę wyszłam do sklepu po ziemniaki, wziełam 3 zł, niestety nie schowałam
                      ich do kiszeni tylko trzymałam w dłoni.Oczywiście w połowie drogi wypadły,
                      znalazłam tylko 1 zł, więc musiałam się wrócić po kasę.
                      Wreście dokonałam zakupu upragnionych ziemniaków i wiecie, za jakiś czas 2
                      złowówka znalazła się przy sofiesmile
                      Napewno ją miałam jak wychodziłam do sklepu po raz pierwszysmile
                      • grazyna10 Re: Jak pokonałam Alicję... Czekolado 22.06.05, 02:04
                        Nie tak dawno czytalam "kocie worki"i mialam spory problem z wyobrazeniem sobie
                        balaganu w domu Alicji. Pozniej wraz ze znajomym poszlismy do domu jego
                        rodzicow i to bylo wlasnie to, a moze nawet i wiecej. Reszte ksiazki
                        przeczytalam juz bez trudu.
                        • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... Czekolado 22.06.05, 23:15
                          Donoszę, że weszłam w posiadanie drogą kupna pary nowego obuwia letniego...
                          tylko czekam, aż wrócę jutro do domu, a zagubione sandały będą leżeć na samym
                          środku środka.
                          • edeka5 Re: Jak pokonałam Alicję... Czekolado 22.06.05, 23:24
                            Masz to jak w banku.
                            Może chociaż nie kupiłaś identycznych.
    • ja-czyli-nie-ty Re: Jak pokonałam Alicję... 24.06.05, 00:41
      Niedawno miałam sesję. więc skompletowałam swoje notatki. notatki robię w
      zeszycie na kółkach, nastepnie wyrywam kartki dziele na przedmioty i wpinam do
      segregatora.
      Podeszłam do jednego z egzaminów, dostałam 4 smile))
      Dziś sprzatałam mój pokój. Dorwałam zeszyt na kółkach, przejrzałam...
      Znalazłam w nim jescze jedne notatki, z ostatniego wykładu... Egzamin był
      prawie miesiąc temu. O notatkach w zeszycie zapomnialam, na szczęście z tego
      tematu nie było pytania.
      • ida14 Re: Jak pokonałam Alicję... 24.06.05, 12:20
        dzisaj przeżylam chwile grozy. miałam wyjechać do szkoły, ale przypomniałam
        sobie że nie wzięłam prezentu od klasy dla wychowawczyni po czym okazało sie że
        go nie ma, zniknął !! myslałam że cosmi sie stanie.gdybym go nie wzięła
        szanowna klasa zabiłaby mnie lub wysłała piechotą do domu. straszne.
        naszczęście się znalazl. al
      • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 24.06.05, 23:29
        Miałam podobny przypadek - uczyłam się do kolokwium, powtarzam już w łóżeczku
        przed zaśnięciem ledwie żywa ostatni temat, gdy nagle mnie olśniło, że przecież
        całkiem zapomniałam o ostatnich zajęciach, które też wchodzą w skład
        kolokwium!!!! Ja jestem jednak z tych bardziej pechowych i kolokwium uwaliłam.

        A ile razy rano przestawiacie budzik, zanim wstaniecie? Ja od dwóch tygodni
        sesji staram się wstać wcześnie rano i coś powtórzyć oraz rozbudzić się, bo
        długo mi to czasu zajmuje. Niestety, nawet dziś, obudziłam się 40 min przed
        egzaminem. Na szczęście mam blisko na wydział...
        • ida14 Re: Jak pokonałam Alicję... 25.06.05, 00:06
          hi hi mam to samo. wieczorkiem kłade się z mocnym postanowieniem nauczenia sie
          rano, ale przeważnie nic z tego nie wychodzi. mogę wstać o dowolnej porze, ale
          budzik musze miec ustawiony na godzinę wczesniej. smile pozdrawiam. al
          ogólnie to ja bardzo lubie wczesnie wtawać, ale w tym roku szkolnym wysypiałam
          się tylko w niedziele, a i to nie zawsze.
          • white.falcon Nie katujcie się, Dziewczyny :-) 11.09.05, 13:58
            Wiecie, znając siebie, nie robię głupich postanowień. Nauczyłam się. Wiem, że
            za nic w świecie z rana nie zabiorę tego, co mam np. zabrać do pracy, jeśli
            tego nie zbiorę wieczorem "na kupkę", więc zmuszam siebie, by tę czynność
            odwalić wieczorem. Gdy studiowałam - dowiedziałam się sama o sobie, że nigdy
            nie zmuszę się do porannej nauki, więc wolałam to wszystko zrobić też
            wieczorem. Dzięki temu przestałam niepotrzebnie stresować się i żyję w zgodzie
            ze sobą.

            Trochę siebie przymuszam, bo wieczorem też parę rzeczy może wpaść do zrobienia,
            ale mam na siebie "bacik" w postaci wspomnienia, gdy leciałam z rozwianym
            włosem przez pół miasta na egzamin - pieszo, próbując czytać ostatni wykład i
            coś z niego zapamietać. Dobrze, że nie pytano mnie z niego, bo zdenerwowana
            nawet nie wiedziałam, co czytam, a o zapamiętaniu treści już mowy nie było.
            Nigdy więcej. A tak obiecałam sobie, że wstanę półtorej godziny wcześniej i
            spokojnie poczytam sobie. smile
    • iwwabella Re: Jak pokonałam Alicję... 08.07.05, 17:23
      Ja mam na koncie niezliczoną ilośc różnych przypadłości. Jedna z nich to
      zagubienie butów, które niosłam od szewca (kurczę, jeszcze zainwestowałam !!!)..
      Prawdopodobnie zostawiłam w jakimś sklepie..., ale nie to jest takie "dziwne', a
      to, że dopiero po 3 tygodziach zaczęłam sie zastanawiać, gdzie też one sobie
      mogą być. Kilka godzin wierzyłam, ze jednak zdolałam je donieść do domu.., potem
      nadzieja zdechła.
    • magdajeden Re: Jak pokonałam Alicję... 08.07.05, 18:38
      typowa akcja mojej młodszej córki, od kiedy zaczęła nosić buty, do dziś (ma 10
      lat) zawsze tylko ona gubi te buty w jakiś tajemniczy i niezrozumiały dla mnie
      sposób

      może to taka choroba?? "syndrom zaginionego buta"?
      • chiara76 to już może raczej... 08.07.05, 22:32
        magdajeden napisała:

        > typowa akcja mojej młodszej córki, od kiedy zaczęła nosić buty, do dziś (ma
        10
        > lat) zawsze tylko ona gubi te buty w jakiś tajemniczy i niezrozumiały dla
        mnie
        > sposób
        >
        > może to taka choroba?? "syndrom zaginionego buta"?

        syndrom Kopciuszka?smile
        • stara.gropa Re: to już może raczej... 11.07.05, 07:13
          Może to Zespół Zgubionego Buta?
          • magdajeden Re: to już może raczej... 11.07.05, 09:35
            po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, żę to nie jest Zagubiony But. to
            Jest Schowany But. a więc Zespół/Syndrom Schowanego i Zapomnianego Buta.
    • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 18.07.05, 12:28
      "Zniknął" błyszczyk i rozświetlacz. Były w kosmetyczve, skorzystałam, wrzuciłam
      do autka, pojechałam... i nie ma!! autko nie TIR, przeszukałam, na podłogę nie
      wypadło, zwariuję! A błyszczyk taki śliczny! Po tygodniach wreszcie udało mi
      sie kolor dopasowac .... buuuuuu....... sad
    • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 18.07.05, 12:53
      Prawdę powiedziawszy, to od pewnego czasu mam tylko jeden, ale dużej wagi
      problem z tej dziedziny: zawsze coś nie tak porobi mi się z pieniędzmi... Nad
      innymi rzeczami jakoś panuję, tylko ta forsa gdzieś mi sama, po cichutku,
      znikasmile
      • magdajeden Re: Jak pokonałam Alicję... 18.07.05, 13:19
        słuchaj, to chyba jakaś epidemia! ja też tak mam
        brrr
        • stara.gropa Re: Jak pokonałam Alicję... 18.07.05, 13:26
          Czyżby się szykował temat na nową powieść - Tajemnica znikającego błyszczykasmile))
          • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 21.07.05, 10:04
            A czemu nie? Zwłaszcza że rozświetlacz znalazłam dzis w łazience ; diabeł
            nakrył ogonem smile Może i błyszczyk odda??
            • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 25.07.05, 10:26
              Oddał smile)) Włożył do psiej kurtki, która (chyba - na 99,9999....%) równiez
              przeszukiwałam.....
              • white.falcon Teczka :-) 11.09.05, 14:13
                A to już zdarzenie z jesieni ubiegłego roku. Zabrałam z pracy do domu parę
                dokumentów do opracowania (nie żadne tam tajne, tylko normalne) i włożyłam je
                do teczuszki papierowej. Teczke niosłam w ręku, torebkę na ramieniu, a po
                drodze wstąpiłam do sklepu, by zrobic zakupy. Zrobiłam zakupy, zapakowałam do
                reklamówki i sobie poszłam. W domu - ogarnęłam się, coś tam zjadłam,
                uruchomiłam komputer, by "odwalić" robotę, rozglądam się i włosy dęba mi
                stanęły. Nie ma teczki! Pierwsza myśl: "Co ja powiem Naczelnikowi, że zgubiłam
                dokumenty?" Dobrze, że skojarzyłam, że byłam w sklepie. Patrzę na zegar - pięć
                minut do jego zamknięcia. No to lecę w kapciach. Dobiegłam zdyszana, a
                ekspedientka dostała ataku śmiechu. Ona tą teczkę zauważyła, bo zostawiłam ją,
                niemota jedna, przy kasie i pięć minut temu dała swojej koleżance, by mi
                zaniosła (sklep jest mały i Panie znają mój adres, bo im tłumaczę co jakiś czas
                teksty na opakowaniach kosmetyków, ale to inna historia). Minęłyśmy się po
                drodze poprostu. Nie byłam głupia, postanowiłam poczekać. A tamta postanowiła
                pod drzwiami poczekać na mnie! W końcu ekspedientka na komórke zadzwoniła do
                dziewczyny i oddała mi teczkę w sklepie. Najadłam się strachu. Fajnie mi
                wyszło, co? smile
    • portunia 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:05
      Mniej więcej 3 lata temu zdematerializowało mi się (w mieszkaniu 46 m2) 6
      talerzy do zupy od serwisu, pozostał komplet talerzy do II dania i do
      przystawek oraz WAZA!!! jak wyrzut sumienia.
      • groha Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:11
        portunia napisała:

        > Mniej więcej 3 lata temu zdematerializowało mi się (w mieszkaniu 46 m2) 6
        > talerzy do zupy od serwisu, pozostał komplet talerzy do II dania i do
        > przystawek oraz WAZA!!! jak wyrzut sumienia.

        A nie miałaś wcześniej jakiego wielkiego przyjęcia dla świeżo poznanych gości?smile
        • portunia Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:14
          Nie (swoją drogą, to byloby niezłe - gość wychodzi z sześcioma brudnymi
          talerzami, czy przedtem zmywa i wyciera?). Ale mniej wiecej wtedy wystawiłam
          parę niepotrzebnych, kuchennych gratów koło osiedlowego śmietnika. Do dziś mam
          nadzieję, że zdawałam sobie wtedy sprawę, co pakuję do tych siatek...
          • stara.gropa Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:25
            A nie miałaś kłótni z ukochanymsmile?
            • portunia Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:33
              I to chyba nie jest klucz do zagadki. Wyobraź sobie takie rzucanie wybiórczo -
              tylko tymi do zupy. I bez trzaśnięcia wazą na koniec.
              • asia.sthm Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:40
                Racja , bez wazy awantura niewazna ...
              • stara.gropa Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:42
                Może waza była pełna i szkoda było zupy?
                • marrtawu Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:45
                  Gropo, Twoje przypuszczenia tylko komplikuja sprawesmile Mozna zgubic waze, ale
                  zgubic waze z zupa? To ja musialabym zgubic nogi z sandalami....
                  • stara.gropa Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:48
                    Zupę da się zjeść po drodze. A nogi, hmm.smile)
                  • portunia Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 14:49
                    Trochę z innej beczki (wazy): tej osieroconej wazy używam teraz do sałatek i
                    tato moje sałatki nazywa "zupa na sucho".
                    • goonia Re: 6 talerzy do zupy 20.07.05, 22:45
                      wazy sie jeszcze nie dorobilam, ale padam ze zmeczenia i w ciagu dwoch
                      kolejnych dni popelnilam co nastepuje:
                      - robiac kawe, zastalam pusta cukiernice - mysle trzeba nasypac cukru,
                      jednoczesnie przygotowuje talerz z mlekiem i platkami - cukier do mleka -ooops,
                      do filizanki - nie to tez nie wlasciwe naczynie. Kiedys mi sie zdarzylo nasypac
                      kawy do cukiernicy bo tez akurat myslalm, ze nalezy ja uzupelnic.
                      - po zrobieniu kanapek synkowi zawinelam je w folie, rolke z folia do lodowki,
                      kanapki do szuflady i nie zorientowalam sie dopoki nie musialam ich wlozyc to
                      plecaka.
                      • myping2 Re: 6 talerzy do zupy 22.07.05, 08:49
                        Znam ten ból. Kiedyś rano zaczynam robić kawę: wstawiam wodę, biorę szklankę i
                        pudełko z kawą, ops-puste. Więc młynek do kawy, sypię ziarenka, w tym czasie
                        woda sie zagotowała. Leję więc wrzątek do młynka, zamykam i uruchamiam. I wtedy
                        dopiero oprzytomniałem. Pozdrawiam serdecznie.
                        • groha Re: 6 talerzy do zupy 22.07.05, 13:00
                          Krótko mówiąc - wyparzyłeś młynkowi gębęsmile) I co, cichszy się zrobił? smile)
                          • asia.sthm Re: 6 talerzy do zupy 22.07.05, 14:56
                            Moja siostra poslodzila sobie herbate kopiasta lyzka bigosu podczas uroczystej
                            swiatecznej uczty na bialym wymaglowanym obrusie - pieknie jej sie przelalo smile
                            Tlumaczyla ze ktos jej podstepnie wyjal z reki cukierniczke i wlozyl salaterke
                            z bigosem. Ja to widzialam i jej wierze , ze podmiany nie zauwazyla - gadala z
                            trzema osobami na raz.
                            • grazyna10 Re: 6 talerzy do zupy 22.07.05, 23:16
                              Mnie sie takie historie przytrafiaja sie rano z kawa. Uruchamiam ekspres, ale
                              nie wsypalam kawy, wiec leci sama woda. Albo wsypie kawe, uruchamiam ekspres
                              ale woda jest w dzbanku, nie w ekspresie , albo tez wsypie kawe, wleje wode i
                              nie wlacze i tak czekam nieprzytomna na pierwszy lyk kawy. Najlepszym wyjsciem
                              jest przygotowanie wieczorem wszystkiego tak aby rano tylko prztyknac.
                              • marrtawu Re: 6 talerzy do zupy 10.09.05, 20:21
                                Spieszę donieść, że podczas mojego pobytu na obczyźnie sandały się odnalazły.
                                Od początku podejrzewaliśmy psa i w tym wypadku pierwszy podejrzany okazał się
                                winny.
                                • edeka5 Re: 6 talerzy do zupy 11.09.05, 09:28
                                  Jak to pies zawinił, to w jakim stanie odnalazły się sandały?
                                  • marrtawu Re: 6 talerzy do zupy 12.09.05, 12:42
                                    W nienaruszonym. On je po prostu schował pod swoją szafkę nocną (taką, gdzie
                                    trzymamy wszystkie jego akcesoria, a on używa jej jako poduszki, śpiąc pod
                                    srzwiami wejściowymi w przedpokoju). I nie żartuję, naprawdę wkopał je
                                    ładniutko pod samą ścianę, gdzie pozostawały w ukryciu aż do gruntownego
                                    sprzątania, takiego, co to meble się przy nim odsuwa.
                      • vandalia Re: 6 talerzy do zupy 08.08.13, 00:09
                        Kłaniam się z dygnięciem, bo tu debiutuję, a teraz o porannym otępieniu: moje czynności zaraz po przebudzeniu są od lat wykonywane automatycznie i bez udziału mózgu. Nastawić czajnik do zrobienia kawy, wyjąć kubek, kawę wsypać. Potem łazienka w zakresie elementarnym, powrót do kuchni - zalać kawę i oddać się jej piciu. Niegdyś używałam szklanek w wiklinowych koszyczkach, i zdarzyło mi się zaparzyć sam koszyczek - ani szklanki, ani kawy w nim nie było smile
      • minerwamcg Re: 6 talerzy do zupy 21.01.06, 20:14
        Waza została? No to cudnie, możesz zrobić karczemną awanturę!
    • anchan Re: Jak pokonałam Alicję... 12.09.05, 14:04
      Mój teść pokonał Alicję. Wpadła mu za pralkę szczotka do mycia pleców. Po
      odsunięciu pralki znalazł 8 szczoteczek do zębów. Szczotki do pleców nie było.
    • blue_eyes Re: Jak pokonałam Alicję... 12.09.05, 19:06
      dwa roztargnione wątki: 1) ja; 2) rodzinka
      ad 1) uwielbiam papiery, moje mieszkanie składa się z papierów poprzetykanych
      papierami... gromadzę chorobliwie i nie wyrzucam najmniejszych karteluszków.
      so, najczęściej to właśnie gubię... kilka razy zdarzyło mi się rozpaczliwie
      szukać ważnych urzędowych dokumentów, które odnajdywały się... w mieszkaniu
      babci, na drugim końcu miasta (same chyba tramwajem pojechały!)
      ad 2) i trochę ad wcześniejsze posty, tyczące się porannych napojów, kawą itp.
      nazywanych. Cioteczka, urocza kobieta, bez kawy jak bez ręki (ja też...).
      Przyszła kiedyś w odwiedziny z prośbą o przygotowanie ulubionego napoju. OK.
      Kawka już gotowa, pachnie bardzo aromatycznie i cioteczka postanowiła sama
      uzupełnić swój napitek mlekiem. Wzięła z kuchenki garnek z mlekiem i zdrowo
      sobie dolała, bez pośredniczącego dzbanuszka... Nie smakowało... Mleko
      stare...? NIE. Nalała sobie zupy pieczarkowej, mocno zabielonej...
      • blue_eyes Re: Jak pokonałam Alicję... 13.09.05, 08:09
        ps. do postu wyżej... smile
        po jego napisaniu przypomniało mi się o pilnej wysyłce korespondencji (do
        wysłania dziś z samiutkiego rana). adres mam zapisany na kartce A4, leży ZAWSZE
        na biurku - kamień w wodzie lepiej by się nie schował, wrrr! godzina szukania i
        przewracania wszystkiego do góry nogami nie pomogła - nie znalazł się... udało
        mi się na szczęście wytargać adres od osób trzecich (z oporami, bo późny
        wieczór nie nastrajał optymistycznie do udzielania takich informacji). adres
        znalazł się dziś rano na biurku..........................
        • blue_eyes Re: Jak pokonałam Alicję... 13.09.05, 14:41
          nie odczepię się od tego wątku chyba!
          przypomniał mi się numer, który babcia (ta od zagubionych dokumentów) wywinęła
          w sobotę... zgubiła mianowicie szynkę - w kuchni 2 m x 2 m (w starym
          budownictwie - coś jak wnęka kuchenna). miała na to 5 minut, bo tyle mnie w
          kuchni nie było... rozstąp się ziemio - nie ma! przeszukane zostało wszystko -
          stół, pod stołem, wszystkie szafki z wiszącymi włącznie, kuchenka, lodówka
          (trzykrotnie), zlewozmwywak z przyległościami, kosz na śmieci (czterokrotnie),
          garnki (!), apteczka (!!!), miski dla psa smile, SZYNKI BRAK... babcia
          stwierdziła, że nie pamięta, gdzie schowała, bo zajęła się kipiącym akurat
          wtedy mlekiem i nie panowała nad tym co robi...
          witki mi opadły, gdy szynka po pewnym czasie znalazła się w zamrażalniku,
          owinięta jakimś mięsem...
          • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 13.09.05, 15:12
            blue_eyes napisała:
            > nie odczepię się od tego wątku chyba!

            Bardzo dobrze, ty i twoja rodzina jakies mistrzostwa Alicjowatosci mozecie
            latwo wygrac. smile)
            • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 19.10.05, 22:38
              sad(( weszlam na drzwi, trafilam bardzo zgrabnie w sam kant. Nawet mnie to
              wyrwalo z zamyslenia, na cale 2 dni.
    • lila1974 Re: "Diabeł ogonem nakrył" 22.10.05, 14:28
      Pamiętacie pensetę do znaczków śp. ojca?
      A igłę z czerwoną nitką?
      • kaba.a Re: "Diabeł ogonem nakrył" 09.11.05, 15:46
        A zdarzyło wam sie zgubic obiad?Trzy ziemniaczki obrane i w garnku wstawione na
        kuchnie. Tak mi sie zdawało, ale zdziwiłam sie z lekka gdy po kilkunastu
        minutach poszłam sprawdzic czy juz sa gotowe. Moje ziemniaczki zniknely.
        Kuchnia zimna, nigdzie sladu moich ziemniaczków, ani w lodowce, ani w koszu na
        smieci ani w zadnej z szafek, nigdzie.....
        Znalazły się dopiero, gdy otrząsnęłam sie z szoku i stwierdziłam ze na obiad
        bedzie herbatka. Były w zakręcanym pudle z herbatą lisciastą. Właśnie tam je
        sobie gotowałam.
        • asia.sthm Re: "Diabeł ogonem nakrył" 10.11.05, 10:36
          to tez taki prawie rekord smile))
          Witaj Kaba, piekne wejscie.

          Czy parokrotne zgubienie samochodu na parkingu sie liczy?
          Nie liczy sie.
          • kaba.a Re: "Diabeł ogonem nakrył" 10.11.05, 15:57
            Dzieki za powitanie. Wiesz to nie wejście, to powrót taki z kalwiaturą.
            • goonia Re: "Diabeł ogonem nakrył" 15.11.05, 18:29
              Dobresmile)
              Witaj na forum. A klawiatury nie zgub.
              Moja na szczescie starozytna i jeszcze na sznurek, bo kto wie, kto wie....
    • siwapp Re: Jak pokonałam Alicję... 16.11.05, 21:08
      W poniedziałek pobiłam wszystkie rekordy. Wracałam z pracy (Warszawa, w
      okolicach Okęcia)do domu, czyli na Tarchomin. Jechałam Grójecką i udało mi się
      przegapić skręt na Trasę Toruńską; skręciłam na kolejnych światłach w Wawelską,
      dojechałam do Alei Jerozolimskich i niesamowicie zadowolona z siebie jechałam
      dalej. Okoliczności przyrody były typowo wieczorno-listopadowo-warszawskie,
      tzn. ciemno, zimno i dłuuugi korek. Po mniej więcej godzinie jazdy
      zorientowałam się, że jadę w dokładnie odwrotnym kierunku. Oprzytomniałam, gdy
      mijałam ulicę Łopuszańską - byłam w punkcie wyjścia. Oczywiście się zamyśliłam
      i straciłam świat z oczu - marzyła mi się herbatka i gorąca kąpielsmile
      • agamama123 Re: Jak pokonałam Alicję... 23.11.05, 16:36
        Niezłego dzieła dokonał mój 4letni wówczas syn. Przeprowadzaliśmy sie.
        Wszystkie graty zostały wywiezione. W pustym kompletnie mieszkaniu zostałam ja
        z synkiem. Kacper bawił się klockami. Miał 6 takich dużych kostek z gabki. Przy
        wychodzeniu z PUSTEGO domu okazało się, że klocki sa 2. Cztery wcięło na wieki.
        Nie wywalił ich przez okno bo nie umiał otworzyć.
        • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 23.11.05, 18:28
          Moja mala wrzuca za kaloryfer i co wieksze nie spadaja i w ten sposob "gina".
    • felis2 Re: Jak pokonałam Alicję... 03.12.05, 12:59
      W piwnicy 1,60x1,80 był wór ze starymi zabawkami. Taki rozmiarów dużego
      śmieciowego. Chciałam odzyskać klocki dla syna. Wora nie ma.
      • blanqq Re: Jak pokonałam Alicję... 03.12.05, 20:43
        Ukradli.
        A co powiecie na to: robilam zakupy. M.in. chlebek, serek, wodę, szynkę itd.
        Dostalam 2 torby foliowe od uprzejmej pani kasjerki, dzieweczka zbierająca na
        obozy harcerskie ładnie mi wszystko zapakowała. Przychodzę do domu, wypakowuję
        zakupy... Na kolacje chce zjeśc kanapkę z szynką. Szynki nie ma. I nie znalazła
        się do dziś, a perzecież zaczęłaby śmierdziec...? Pojęcia nie mam co z nią się
        stało i myśl o tym doprowadza mnie zawsze do szału!!!
        • minerwamcg Re: Jak pokonałam Alicję... 21.01.06, 20:19
          Dzieweczka zeżarła?..
    • groha Re: O złośliwości wigilijnego karpia:)) 04.12.05, 00:03
      Święta sie zbiliżają, a wraz z nimi powraca rodzinna anegdota o karpiu, który
      ukradł mi... portmonetkę. A było to trzy lata temu, kiedy dzień przed Wigilią
      wróciłam do domu, obładowana licznymi siatami, w tym - osobną z nieboszczykiem
      karpiem, którego od razu wystawiłam na balkon, żeby zszedł mi z oczu (widok
      martwego karpia działa na mnie fatalnie, ale cóż, presja tradycyjnych
      rybożerców) i tam przeczekał noc. Po wyładowaniu reszty zakupów okazało się, że
      mam wszystko, co potrzebne do świąt. Oprócz portmonetki. Z kwotą może nie
      szaloną, ale przydatną, szczególnie w tym okresie wydatków i rozrzutności. Poza
      tym sama portmonetka była pamiątkowa, praktyczna i śliczna. Liczne poszukiwania
      nie przyniosły rezultatu, więc kręciłam mak, zraszając go łzami żalu i
      ubliżając sobie od niedojd i ślepych komend, na przemian z lżeniem złodzieja.
      Portmonetka znalazła się nazajutrz. Karp mi ją oddał. Oczywiście była z nim
      torbie. Przeleżała sobie spokojnie noc na balkonie, w temperaturze poniżej
      zera, a jej zawartość okazała się jedynym w moim życiu, dobrze zamrożonym
      kapitałemsmile
    • styska5 Re: Jak pokonałam Alicję... 04.12.05, 14:44
      Wszyscy mamy cos z Alicji smile
      Mi natomiast sie udalo wyjsc w dwoch roznych butach smile z czego jeden byl
      czarny, drugi bezowy. Najciekawsze jest to, ze to byly kozaczki, wiec aby je
      zalozyc musialam podwinac spodnie i zapiac suwak. Nadal nie wiem jak tego
      dokonalam.
      A poszlam sobie w nich po zakupy, pozniej do banku, do zusu i do media
      markt'u. Czyli tak z pol dnia paradowalam.
      Nie wyczulam roznicy obcasow, bo mialam 2 takie same pary tylkow roznych
      kolorach smile
      • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 04.12.05, 22:28
        Mój rekord zmęczenia i zakręcenia ubiegłotygodniowego: siedzę na przystanku,
        czekam na autobus, klnę, że zimno, że nie przyjeżdża. Przyjechał. Zabrał
        pasażerów, zamknął drzwi, pojechał. Dwie minuty później uświadomiłam sobie,
        że ,miałam do niego wsiąść.
        • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 06.12.05, 17:08
          Wysiasc to ja moge zapomnie, ale wsiasc do autobusu to raczej wsiadam.
          Gratuluje Marto! Pobilas nie tylko Alicje ale i nas wszystkich smile)
          • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 06.12.05, 18:27
            No właśnie ja się głęboko zastanawiam, czy to już kwalifikuje się pod terapię,
            czy wystarczy, że przyjdzie wiosna i przestanę wzorem joginów oddzielać umysł
            od ciała, żeby nie czuć wszędobylskiej zimnej wilgoci?
            Co do wysiadania to kiedyś też się zdziwiłam, że mi stację metra
            przemalowali... i cukiernia zamurowana... a tutaj to były schody??? Dobrze, że
            mapa mnie poinformowała, że znajduję się na Stokłosach, a nie w Argentynie, to
            nie panikowałamsmile
            • chiara76 Re: Jak pokonałam Alicję... 06.12.05, 18:28
              marrtawu napisała:

              > No właśnie ja się głęboko zastanawiam, czy to już kwalifikuje się pod
              terapię,
              > czy wystarczy, że przyjdzie wiosna i przestanę wzorem joginów oddzielać umysł
              > od ciała, żeby nie czuć wszędobylskiej zimnej wilgoci?
              > Co do wysiadania to kiedyś też się zdziwiłam, że mi stację metra
              > przemalowali... i cukiernia zamurowana... a tutaj to były schody??? Dobrze,
              że
              > mapa mnie poinformowała, że znajduję się na Stokłosach, a nie w Argentynie,
              to
              > nie panikowałamsmile

              smile)
              • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 06.12.05, 18:30
                Chyba jednak wolalabym Argentynesmile)
                • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 06.12.05, 18:38
                  Jak się dłużej zastanawiam nad Twoją wypowiedzią, to dochodzę do przekonania,
                  że masz rację. Kurczęsad Zdołowałam się. Czemu to nie była Argentyna?!!!
                  Don't cry for me metro Stokłooooosy....
                  • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 06.12.05, 19:15
                    Nie placz Ewka......err Marta. wtedy w Argentynie pewnie byla zima okrutna z
                    +18 stopni, a teraz to upaly sa.....ale ja Cie zdaje sie mialam pocieszycsad
                • black_lady_poland Re: Jak pokonałam Alicję... 11.10.12, 18:39
                  Tak dawno mnie tu nie było, że muszę choćby wspomnieć o moich ostatnich wyczynach. Dokonałam dwóch, obu kulinarnych.
                  Pierwszy miał miejsce kilka tygodni temu:
                  Otóż, jako miłośniczka zdrowej żywności, preferuję świeżo wyciśnięte soki warzywne. Tym razem postanowiłam zrobić pomidorowo-papryczany. Poskładałam sokowirówkę, podstawiłam kubek, włączyłam, zaczęłam wrzucać składniki, dziwny dźwięk zwrócił moją uwagę, spojrzałam i struchlałam na widok krwawych rozbryzgów na ścianie. No cóż, po prostu zapomniałam wsunąć pojemnika na odpadki. Dało się posprzątać, ale aż strach pomyśleć, co by było gdybym wyciskała sok z buraków...
                  Drugiego dzieła dokonałam dzisiaj, a w grę wchodziło gotowanie na parze. Miała być wątróbka z jarzynami, do tego sok wielowarzywny (tym razem maszynę zmontowałam prawidłowo). No i wydawało się, że postąpiłam jak trzeba, na pierwszym piętrze kurze wątpia, nad nimi warzywka, na dole woda, zapalam gaz, idę nakryć do stołu, wracam do kuchni, no i jakiś podejrzany zapaszek zaczyna się wiercić… Kurde, czyżby tak szybko ta woda wyparowała? Woda!!! No i już chyba wszystko jasne. W każdym razie, kiedy zalałam garnek wrzątkiem, przez chwilę nic przez kłęby pary nie było widać.
                  No nic, przeżyło się to, przeżyje się inne.
                  Pozdro
              • aiso26 Re: Jak pokonałam Alicję... 15.05.10, 22:53
                Wynjełam mieszkanie po czym wracjąc po nocnej zmianie z pracy ( pierwszy raz do własnego nowego mieszkania ) pomyliłam własny adres zwalając sie na głowe o 7 rano ( niedziela ) jakiejś obcej pani wmawiając jej ze ja tu mieszkam. Dopiero po chwili sie domyslilam ze moze jednak ona ma racje nie ja. Sprawdziłam karteczke z adresem i .... przeprosiłam najgrzeczniej jak mogłam. Zadowolona nie była ale sie setnie uśmiałyśmy. do dziś wpadam do niej na kawe. naszczęsice zalu do mnie nie miała.
    • croyance Re: Jak pokonałam Alicję... 11.12.05, 01:14
      Ja to sie zawsze strasznie dziwie, jak zdejmuje plaszcz ... bo nigdy nie
      pamietam, co mam na sobie.
      Ilez to razy musialam rozpinac guziki, zeby zobaczyc, w co jestem ubrana, nie
      pamietam przy tym nic, kolorow, spodnica czy spodnie etc.
      • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 11.12.05, 17:52
        Hahaha! Mam tak samo i to nie tylko wtedy kiedy ubieram się zimą po ciemku i na
        wpółprzytomna o nieludzkiej porze. Pocieszyłaś mniesmile
        • croyance Re: Jak pokonałam Alicję... 11.12.05, 19:50
          Ha! Nie jestem wiec taka zupelnie skonczona w tym wzgledzie smile)))) Tez mnie
          pocieszylas (a swoja droga, czy to nie zabawne, jak czlowiek wysuwa sobie nozki
          spod stolu, zeby sprawdzic, jakie ma buty na stopkach ...)
          • felis2 Re: Jak pokonałam Alicję... 12.12.05, 15:28
            W pracy u mojego ojca byli głównie faceci, kobiety w mniejszości, a młode (w
            miaręwink) to już calkiem rodzynki. No i taka rodzynka przyszła rano, zaczęła
            zdejmować płaszcz i... szybciutko ubrała go z powrotem. Przesiedziała cały dzień
            w pożyczonym fartuchu. Ona nie zapomniała koloru spódnicy, ona zapomniała w
            ogóle ją ubrać...
            • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 12.12.05, 23:00
              Moja ciocia też podobno poleciała do szkoły w płaszczu i halcesmile Ale to tylko
              przyszywana ciocia, więc żeby nie było, że po niej mam gapiostwo.
              • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 29.12.05, 16:56
                1. Znajoma mojej mamy, pracujaca na poczcie, osoba niezwykle barwna, no
                poprostu wprost do ksiazak JCh, takze baaaardzo przy kosci, przyszla pewnego
                razu do pracy okutana w płaszczyk, rozebiera sie, a pod płaszczykiem - sama
                halka, bez spodnicy. Niestety - ze wzgledu na swe gabaryty - mila pani musiała
                tuptac do domku, bo nawet dwa fartuchy byloby za malo, nie mowiac, ze wyglądało
                by to dziwnie, zwlaszcza siedzac w okienku dla klientów.

                2. Osoba doprowadziła nmnie do takiej wscieklosci, ze noz w kieszeni sie
                otwiera, a mnie lataja czerwone płachty przed slepiami. Ale, ze wczesniej
                zaplanowalam pieczenie ciasta - wiec to realizuje, placek siedz w piekarniku. I
                własnie sie zorientowalam, ze :
                - do ciasta nie dalam proszku do pieczenia, ale
                - lezace na wierzchu jabłka zamiast cynamonem - obficie posypałam proszkiem.....
                • czekolada72 Re: Jak pokonałam Alicję... 29.12.05, 20:12
                  wbrew pozorom - nawet zjadliwe smile)
            • edeka5 Re: Jak pokonałam Alicję... 24.02.06, 21:43
              Opowiadała mi znajoma, swoją historię z czasów, gdy panie jeszcze nosiły halki. Miała daleko do pracy, tak że zimą jak wychodziła z domu to była ciemna noc. Pewnego dnia, raniutko, po ciemku, żeby nie budzić rodziny ubrała się do pracy i zorientowała się, że wstała godzinę za wcześnie. Częściowo się rozebrała i położyła się jeszcze spać. Później wszystko potoczyło się szybko i dopiero w pociągu podmiejskim zorientowała się, że spod kożucha wystaje jej nie czarna spódnica lecz halka. Całe szczęście, że pracowała w szpitalu i miała służbowy, biały strój. W białej spódnicy wróciła do domu, również budząc lekkie ździwienie w pociągu.
      • odwodnik Re: Jak pokonałam Alicję... 10.01.06, 08:03
        Pocieszyłaś mnie!. Mam to samo. Kiedyś załozyłam body, w pracy poszłam do
        łazienki zamyśliłam się i ubierając się stwierdziłam z przerażaniem że nia mam
        majtek!. Poł dnia zachodziłam w głowę jak to się mogło stać. W domu zauwazyłam
        że nie zapięłam body.

        notatkinamarginesie.blox.pl/html
    • odwodnik Re: Jak pokonałam Alicję... 10.01.06, 07:57
      Ja notorycznie gubię pilot od telewizora i to nie ruszając się z fotela.
      Doprawdy nie wiem jak to robię. A moja siostra pobiła Alicję na głowę i niech
      ją któs spróbuje przebić. Zgubiła portfel. Szukała go dwa dni, postawiła na
      nogi wszystkie sklepy w których była i personel zmusiła do przeszukiwania
      śmietników. Okazało się że portfel niechcący wrzuciła do paczki z rozmaitymi
      rzeczami i wysłała swojej córce pocztąsmile. Córka nieco zdziwiona portfel
      odesłała.
      I co? Do pobicia?

      www.notatkinamarginesie.blox.pl
    • minerwamcg Re: Jak pokonałam Alicję... 21.01.06, 20:36
      Chwilami mam wrażenie, że mieszkam z męską wersją Alicji. Ostatni popis:
      zaczęłam sobie robić na drutach opaskę. Zrobiłam kawałek, z jakiegoś powodu
      musiałam się oderwać na minutę, wróciłam, robótki nie ma. Przekopałam okolice
      kanapy, moje ślubne szczęście zrobiło to samo z okolicami biurka, zwiedziliśmy
      kuchnię, łazienkę (aczkolwiek dałabym głowę, że tam jej nie wlokłam), wreszcie
      mój mąż zeznał z niejakimi oporami, że coś mu się niejasno majaczy, ale gdzieś
      chyba kłębek z drutami widział. Nauczony wieloletnim doświadczeniem poszukał na
      swojej wysokości (192) i znalazł... na szczycie szafy z książkami.
    • krowa_w_kropki Re: Jak pokonałam Alicję... 25.01.06, 11:52
      Witam, czytam Was od dawna, ale piszę po raz pierwszy.
      No dobra.
      1. Swieżo po mojej przeprowadzce do nowego mieszkania (w trzypiętrowym
      normalnym bloku) zapukała do mnie sąsiadka z parteru i mówi: "skrzynka pani
      spadła". Ja na to "na listy?" Babcia zdębiała i mówi nieśmiało: "nie, taka na
      kwiatki, z balkonu". Nawet mi do głowy nie przyszło że posiadam jakiekolwiek
      kwiatki na balkonie.
      2. Mam niewielką lodówkę więc po większych zakupach dałam róże mięska do
      zamarażalnika mojej sąsiadce. Kiedy po trzech miesiącach przyniosła mi kurczaka
      bardzo sie ucieszyłam z prezentu i spytałam z jakiej to okazji.
      3. Przed chwilą wpatrywałam się w herbatę w białym kubku uważnie studiując jej
      kolor (dla wyjaśnienia: farbuję włosy henną zmieszną z herbatą żeby było
      bardziej intensywnie). Zdążyłam dojść do wniosku że ta się nie nadaje bo za
      bardzo brązowa, wypić pół kubka po czym uświadomiłam sobie że ja się z takim
      zainteresowaniem przyglądałam kawie.
      4. Kolega z pracy poprosił mnie o zalanie mu kawy (akurat robiłam sobie). No to
      mu radośnie nalałam tego wrzątku do pustego kubka i jeszcze zaniosłam na
      biurko.
      5. Wysłałam list wrzucając go do pojemnika PCK. Jak mogłam sie tak rąbnąć to
      nie wiem, bo jednak on się trochę różni od skrzynki pocztowej.
      6. Notorycznie dzwonię do siebie samej i jeszcze się wkurzam na osobę, że tak
      długo ględzi i ja nie mogę sie do niej dodzwonić.

      Narazie tyle, jak uda mi się jeszcze cos popełnić doniosę. Pozdrawiam.
      • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 25.01.06, 12:52
        smile))) Tym kurczakiem i listem mnie zachwyciłaś.
        Witaj Krówko_w_kropki (bordo?) i bądź tutaj z nami jak najczęściejsmile
        • krowa_w_kropki Re: Jak pokonałam Alicję... 25.01.06, 13:05
          Witam witam, żując ciasteczko i kręcąc mordą i dziękuję za miłe przywitanie smile
          • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 25.01.06, 13:15
            A jesteś pewna na sto procent, że to ciasteczko?? smile)) No i nie popijaj
            henną! smile) Boże, przewróciłam się ze śmiechu... smile))
            • krowa_w_kropki Re: Jak pokonałam Alicję... 25.01.06, 13:37
              Wyglądało i smakowało jak ciasteczko, chociaż przeraziłaś mnie, że to może
              jakiś podstęp, bo dostałam je od wielce dowcipnego kolegi. Będzie mnie teraz
              gnębić pytanie CO ja tak właściwie zjadłam??!! Głupio mi iść i spytać czy to
              ciasteczko to napewno było ciasteczko. Tak nietaktownie trochę smile

              Nie nie, hennę to będę robić w domu, płyn w szklance oceniałam pod kątem
              ewentualnej do tego przydatności, bo poprzednio wyszło mi nieco za mało rudo.
              Sądzę, że gdybym usiłowała ją spożyć to jednak zapach i konsystencja by mnie
              chyba otrzeźwiły. Mam taką nadzieję przynajmniej smile
              • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 25.01.06, 17:31
                Witaj na forum.
                Kurczak - rewelacja. Dawno sie tak nie smialam. Mam nadzieje, ze bedziesz do
                nas czesto zagladac.
                Pozdrawiam
                • aurelia76 Re: Jak pokonałam Alicję... 01.02.06, 15:22
                  Na trasie łazienka-pokój zgubiłam pięć srebrnych pierścionków (jeden z
                  bursztynem rzecz jasna). W śmieciach ich nie było, sprawdziłam, w lodówce też
                  nie (bo portfel kiedyś zamroziłam). Dematerializacja kompletna.
                  • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 01.02.06, 15:51
                    Z palców Ci zginęły???
                    Nie mam dużych osiągnięć w gubieniu. To co sobie przypominam, to zupełny banał -
                    zgubiłem klawisz F8 z klawiatury. Nie wiem, czy inną sytuację można podciągnąć
                    pod gubienie, czy pod mimowolną kradzierz. Przy kasie zapomniałem wyjąć jednej
                    rzeczy z wózka (małej). Konsekwentnie nie widziałem zakupu dalej i wpiąłem z
                    nim wózek. Dopiero później się zastanawiałem, dlaczego jednej rzeczy mi brakuje.
                    • aurelia76 Re: Jak pokonałam Alicję... 01.02.06, 15:56
                      Nie, nie z palcówsmile to już podchodziłoby pod cudsmile niosłam je z łazienki, gdzie
                      myłam ręce i nie doniosłam.
    • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 02.02.06, 18:16
      Wsypalam lyzke vegety do filizanki, w celu przygotowania kawy oczywiscie.
      Czy ktos ma sposob na dojscie do stanu wzgledenj przytomnosci PRZED spozyciem
      zyciodajnego napoju?
      • woloduch1 Re: Jak pokonałam Alicję... 02.02.06, 21:47
        Wiadro zimnej wody na leb... chcialem powiedziec... na glowe?

        Pozdrawiam

        Woloduch
        • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 03.02.06, 23:06
          Chcesz mnie utopic?!?!?!?!?!?!?!?!
          Chyba, ze to domownikow mam polewacsmile
      • aurelia76 Gooniu:) 03.02.06, 08:31
        Ja dawno temu nasypałam kawy i nalałam wody do takiego trzymadełka, co się w
        nie szklankę wsadza. Kawa ładnie się nasypała, nie mogłam tylko zrozumieć,
        dlaczego woda mi wyciekła. O tym, że na bose nogi nawet nie wspomnęsmile
        I dlaczego ja tę kawę w szklance do cholery robiłam???

        I kiedyś przepięknie posmarowałam masłem kawałek szynki i połozyłam na to
        kawałek chlebkasmile Dobre byłosmile
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka