papuga_ara
20.08.08, 23:03
Była taka książka. Nie pamiętam, kto ją popełnił i o czym była. Ale
pamiętam, że mi się podobała i miała lwicę (chyba?) na okładce. Ale
ja nie o tym.
Ja tu o tym, co frajdę sprawia niemożebną, co cieszy tak, jak nic
innego nie cieszy i co jest antidotum na wszelkie smutki (albo
prawie wszelkie, w każdym razie do wszelkości już niedużo brakuje).
Dla mnie jest to włoski. Język, kultura, ludzie, kuchnia, energia,
literatura... Wiem, wiem że nudna z tym jestem i się powtarzam, ale
dacie radę, co?

Włoski wyssany prawie z mlekiem matki - nawet nie
prawie, w ciąży będąc po włosku śpiewała. A pierwsi goście, jakich
pamiętam w domu, to byli Włosi - więc jest to też mój pierwszy język
poznany po polskim.
I dziś byłam na pierwszej lekcji - konwersacji z Włochem prawdziwym.
Kiedyś upominałyśmy się z Cytrynką na forum o namiary na nauczyciela
włoskiego, lylika dała kontakt do znajomej swej, a znajoma ta
pokierowała mnie do tego Włocha. Ot i cała historia. Niby nic, a dla
mnie ogromnie dużo. Godzinę gadałam dziś w ukochanym języku. Ciekawe
tematy wychodzą (oj, my to wiemy w Towarzystiwe, wiemy

) z takiego
swobodnego gadania. Ta rozmowa była jak nasze wątki na forum -
zaczynało się mówić o pracy, a skończyło się na podejściu Niemców do
kościoła. Nie mówiąc już o plaży nudystów, bo i ta się pojawiła w
ferworze

Cieszę się, cieszę się, cieszę się.
Lyliko, ti ringrazio

)