Dodaj do ulubionych

pierwsza niania i porażka!

06.02.12, 20:09
Witam
Chciałbym opisać naszą historię współpracy z pewną nianią. Współpracy która uczuliła nas na przyszłość. Od razu zaznaczam, że jesteśmy świadomi naszych błędów i pomyłek oraz faktu, że trzeba było zareagować od razu – więc „jedyni sprawiedliwi w sieci” niech oszczędzą sobie komentarzy. Historię opisuję wyłącznie po to, żeby inni zostali ostrzeżeni – być może ktoś przeczyta to, zanim zatrudni taką nianię jak opisana poniżej. Jeśli ktoś szuka dramatycznej historyjki o kradzieżach, notorycznym biciu dziecka itd. niech sobie odpuści, w ten sposób zaoszczędzi swój czas.
Niani zaczęliśmy szukać gdy tylko nasze maleństwo pokazało się na świecie. Mieliśmy „farta” otóż znajoma cioci właśnie odeszła ze „względów zdrowotnych” od jednej rodziny i za 3-4 miesiące będzie wolna, bardzo z tego powodu byliśmy zadowoleni, bo wiadomo – dobra niania to skarb. Nie zastanowiliśmy się, ze przecież dobra niania nie czeka na propozycje przez 3-4 miesiące tylko od razu jest „przechwycona”. Jak się później okazało tzw. „względy zdrowotne”, to było natychmiastowe zwolnienie przez poprzednich pracodawców, z przyczyn bynajmniej nie zdrowotnych.
Spotkaliśmy się z tą kobieta „na neutralnym gruncie” – pierwsze wrażenie bardzo dobre, kobieta w wieku „późnym średnim” (czyli po 50tce zaraz przed 60tką), ciepły głos, zadbana, uśmiechnięta. Co prawda słyszeliśmy, że bardzo intensywnie udziela się w życiu parafii, oraz w tzw. „wspólnocie” ale, nie nam oceniać jak kto spędza wolny czas – jeśli ktoś odnajduje się w ten sposób, to jego sprawa, można to było nawet wziąć za dobrą monetę – wszak osoba religijna będzie trzymała się zasad moralnych, a w szczególności dekalogu.
Powiedziała, że może nam dać namiary na poprzednich pracodawców, jeśli chcemy sprawdzić jej referencje, oczywiście zrobiła to w taki sposób, że nie zorientowaliśmy się u kogo pracowała ani jakie „dziury” czasowe występują w jej relacji. Po prostu dobrała sobie takie osoby które znała z „wspólnoty” u których dorywczo pilnowała dzieci w wieku 3-7 lat. Pominęła innych, u których miała pracować „na pełen etat”. Zresztą jej wypowiedzi cechował szczególny charakter – tzw. „szum informacyjny”. Zasypywała człowieka masą nieważnych informacji, w które wplatała to co mogło mieć znaczenie, w ten sposób osoby które nie mają na co dzień do czynienia z takim sposobem „komunikowania się”, nie potrafiły wyłowić tego co ważne, a jednocześnie niby wszystko zostało powiedziane. Przykłady takich wypowiedzi przytoczę potem. Na pierwszy rzut dowiedzieliśmy się, że w sumie nigdy nigdzie dłużej nie pracowała, nie jako niania, ale w ogóle – tu powinna zapalić się czerwona lampka ostrzegawcza! Dopiero potem okazało się, że nie pracowała bo była po prostu osoba leniwą, roszczeniową i nie była w stanie utrzymać dłużej żadnej normalnej pracy.
Nie opisałem jeszcze co to jest ta „wspólnota” – otóż, jak ujęła to moja żona (a z racji zawodu - wie o czym mówi) jest to zgrupowanie osób z problemami i osób które lubią wiedzieć o cudzych problemach, żeby mieć o czym plotkować. Spotkaniom przewodzi osoba (zazwyczaj ksiądz) która udaje psychoterapeutę. Przykładowe spotkanie można opisać w ten sposób: siedzi grupa kobiet w wieku od 50 do 70 lat, trzymają się za ręce, palą świece i jedna mówi, że mąż pije i ją bije, wszystkie wniebogłosy wyrażają współczucie, pseudo-terapeuta przekonuje ją, że musi ścierpieć to co ją spotyka, bo przecież ślubowała przed Bogiem, powinna też pamiętać, że Bóg nie daje krzyża ponad siły, robi to dla dobra dzieci ble ble ble. Po wyjściu, babki plotkary mają temat do plotek, a kobieta pokrzywdzona przez los dalej męczy się z mężem pijakiem i ma do tego jeszcze poczucie winy.
CDN
Obserwuj wątek
    • oldjazz CD1 06.02.12, 20:10
      Wracając do tematu. Niania sprawiał dobre pierwsze wrażenie. Na to pierwsze wrażenie nabrało się kilka osób więc nie jesteśmy jedyni, chociaż to marne pocieszenie. Opisywała jak to pracuje z dzieckiem i jakie ma skuteczne metody wychowawcze itd. – potem się okazało, że miała niezłe doświadczenie w kłamstwach i wiedziała czego oczekują rodzice więc dobrze się reklamowała. Przypuszczalnie po każdym zwolnieniu nabiera doświadczenia i potrafi coraz lepiej ściemniać, to trzeba jej przyznać, że sprzedać się umie.
      Gdy na świat przyszło nasze szczęście i minął jakiś czas, niania zaczęła przychodzić na pierwsze wizyty. Na początku były to wizyty pod nadzorem żony. Nie było źle, mała ją lubiła (ale na początku wszystkich lubiła bo taki ma charakter) i nic nie wskazywało, że coś jest nie tak. Wprawdzie niania wolała przychodzić na pierwsze wizyty w godzinach przedpołudniowych, no ale co kto lubi – potem okazało się, że po prostu nie potrafi zwlec się z wyra przed 10tą. Kolejny sygnał, że coś jest nie tak pojawił się podczas tych wizyt – otóż wiedzieliśmy „wszystko” o poprzednich rodzinach u których pracowała niania, obsmarowała ich od stóp do głów – na nic nie zdały się uwagi żony, że nie interesuje ją życie prywatne innych. Byliśmy świadomi, że inni pewnie słuchają o nas, ale godziliśmy się z tym w imię „dobra dziecka”.
      Minął okres pierwszych wizyt nadzorowanych i zaczęły się pojedyncze wizyty samodzielne. Mała nadal dobrze reagowała na nianię.
      Rozpoczął się okres opieki, który trwał 4 tygodnie. Niania stosowała metodę odwrotną do Blitzkrieg, czyli po prostu metodę małych kroczków. Z dnia na dzień pozwalała sobie na coraz więcej i obserwowała ewentualną reakcję. Co prawda od początku przychodziła kilka minut po czasie, ale i tak mieliśmy zapas 10 minut więc nie reagowaliśmy specjalnie na takie spóźnienia (dla osób szukających niani mała rada – reagujcie od razu! Grzecznie ale stanowczo! Inaczej dacie się sterroryzować tak jak my). Praca 5 dni w tygodniu, poniedziałek ok. 4-5 godzin i reszta tyg. po 7-8 godzin – w sumie ok. 32-37 h/tydz – stawka ok. 5 zł na godzinę, więc jak na standardy naszego małego miasteczka, całkiem nieźle.
      Cały dzień był rozpisany (może nie co do minuty, ale z okresami „poślizgu” około 15-30 minut), nasza mała miała ułożony swój plan dnia i dobrze się z nim czuła. Poza rozpisanym dniem, wszystko było przygotowane – rano w butelkach świeże napoje na cały dzień, obiadek przygotowany w odmierzonych porcjach (tylko podgrzać w misce z ciepłą wodą), ubranka czyste i poprasowane leżały gotowane przy łóżeczku – ot żadna filozofia, napoić, nakarmić, pobawić się, pospacerować, położyć spać. Brudne naczynia i śliniaki niania wrzucała po prostu do zlewu. Dodam jeszcze, że nasza córcia była od urodzenia nauczona zasypiać sama, wystarczyło włożyć ją o odpowiedniej porze do łóżeczka i za 5-10 minut mała już spała. Nie potrzebowała smoczka i jakoś nigdy do niego nie tęskniła, nie miała w zwyczaju płakać w ciągu dnia (w nocy owszem bo wcześniej miewała regularne kolki).
      Niania na pierwsze wizyty przynosiła ze sobą siateczkę z kanapkami. Ja widziałem ją tylko czasami, więc kontakt ze mną miała niezbyt częsty. Minęło kilka pierwszych dni i zaczęły się pierwsze „akcje”, zresztą kolejne było co 2-3 dni. Najpierw pojawił się nowy kubek w kuchni (a kuchnię mamy „otwartą” więc nie obstawiamy się naczyniami na pokaz) i zestaw herbatek i kaw, chociaż niania miała z góry zaznaczone, że może korzystać z naszych herbat i kaw. Przymknęliśmy oko i staraliśmy się chować te szpargały poza „strefę widoku”. Przemilczeliśmy to – wszak każdy ma swój ulubiony kubek, gatunek kawy czy herbaty. Kolejnym krokiem była szczoteczka do zębów w naszym kubku w łazience, pasta na szafce, potem pojawiły się wałki do włosów i grzebienie ze szczotkami. Potem krem do rąk w szufladzie z kosmetykami, cień do powiek, płyty i kasety na wieży stereo itp. itd. Ogólnie przez te 4 tygodnie pojawiały się różne nowe przedmioty, a nasze mieszkanie stało się tak jakby mniej nasze. Wiem, wiem zaraz podniosą się głosy, że lepiej jak przynosi niż jak wynosi, ale w drugą stronę też to trochę działało.
      • oldjazz CD2 06.02.12, 20:10
        W domu zaczęły się psuć różne rzeczy, a niania tak jakby „zapominała” poinformować o tych których nie wykryliśmy od razu. Domofon zerwany ze ściany, zepsuty kran (od domykania kranu przez uderzanie w niego), czajnik elektryczny wstawiony na mokrą podstawkę (przez co musiałem awaryjnie zwalniać się pracy, bo wywaliło korki w całym domu, a czajnik przeszedł ekspresowo do utylizacji), zacieki na ścianach (niania wychodząc na spacer miała w zwyczaju wietrzyć mieszkanie poprzez zostawianie otwartego okna połaciowego – co przy śniegu na dachu i opadach deszczu dało w efekcie piękne plamy na ścianach). Na wszystko przymykaliśmy oko – wszak mogło się zdarzyć, każdy jest tylko człowiekiem, a niania to skarb. Niania zawsze zasypywała nas komplementami na temat dziecka – taka metoda podlizywania się i odwracania uwagi. Kiedy już ją spotykałem, to trajkotała non stop, nie dopuszczając do słowa. Po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że niania żywi się naszymi produktami z lodówki, też niby nic, ale nie raczyła nas poinformować, a właściwe to raczyła tylko w swój własny unikatowy sposób. Otóż któregoś dnia (na początku drugiego tyg) powiedziała rano mojej żonie, a raczej wtrąciła w swój dłuuuugi monolog, że „mąż jej robi kanapki ale takie świeże że to przecież są smaczniejsze no i świeże zdrowsze a ona nie lubi rano wstawać i nie zdąży sobie rano przecież zrobić nowych a takie z dnia poprzedniego to jeszcze gorsze nawet jak w lodówce poleżą a potem on musi na kiblu siedzieć bo ma wrażliwy żołądek” – brak interpunkcji ma na celu ukazanie szumu jaki towarzyszy rozmowie z nianią. Co prawda niby przyniosła swoje jedzenie, ale tylko po to żeby leżało w lodówce – jabłko, serek wiejski i mandarynka – tak na wszelki wypadek, żeby nie można było powiedzieć, że nie ma, zresztą produkty te leżały w lodówce do końca jej kariery u nas. Nie jemy zbyt wiele chleba, ale doszło do paranoicznej sytuacji, a mianowicie zdarzało się, że rano przed pracą biegłem szybko do piekarni, żeby niania miała świeży chleb – a wieczorem na kolację brakowało chleba dla nas. Niania potrafiła też w charakterystyczny sposób zwrócić uwagę, np. o to, że nie było wody niegazowanej dla niej (faktycznie skończyła się dzień wcześniej, a ja głupi nie domyśliłem się, że się skończy i nie kupiłem po pracy i nie przytachałem zgrzewki do domu) – po prostu rano witając się z małą rzuciła „zobacz niania musiała sobie wodę przynieść, bo tatuś i mamusia nie kupili jak się skończyła a niania musi pić wodę bo potem do kibelka biega”. Wszystko cierpliwe znosiliśmy. Znikanie jedzenia z lodówki też uznaliśmy za coś normalnego. Nasza wieża została zawalona różnymi płytami z muzyką religijną, muzyka ta była słuchana na pełny regulator niemal cały dzień (o czym dowiedzieliśmy się później, prawdopodobnie miało to na celu zagłuszenie płaczu dziecka).
        Zaczęły się problemy ze spaniem. Na weekendach mała nie chciała zasypiać w łóżeczku – „Łóżko parzyło” wystarczyło zbliżyć się z dzieckiem na rękach do łóżka żeby dziecko zaczęło płakać, nie wiedzieliśmy na początku dlaczego, to się wyjaśniło dopiero potem. Nie potrafiła też zasnąć bez smoczka którego wcześniej nie używała. Mała nie przybierała na wadze i to też od razu nie wzbudziło naszej podejrzliwości, wszak po powrocie z pracy widzieliśmy, że ubranie ma nawet na skarpetkach i we włosach, a trzeba dodać, że nam zdarzało się ją karmić bez śliniaka – ale cóż, może tak ładnie je tylko u nas (niania po prostu nie wysilała się za bardzo przy karmieniu i nie dokarmiała jej, albo po prostu wpychała jej wszystko na szybko do buzi).
        Podczas jednego ze swoich monologów wygadała się, że zdarzało jej się zostawiać dziecko same na klatce schodowej żeby zanieść swoją torebkę do mieszkania i przebrać się (na ostatnie piętro!). Tu spotkała się z naszym sprzeciwem, ale nie jesteśmy pewni czy poskutkowało. Przypuszczalnie powiedziała o tym tylko dlatego, że widziała ją jedna z sąsiadek i niania wolała uprzedzić ew. atak.
        Gdy wracałem do domu wcześniej, a zdarzyło mi się to raz czy dwa, niania zazwyczaj nawijała przez komórkę a mała leżała w łóżeczku albo w poduchach – cóż każdy czasem rozmawia przez telefon, takie czasy (nie wiedziałem tylko, że niania nawija non stop, nawet ładowarka była u nas w mieszkaniu). W jednym ze swoich monologów „poinformowała nas”, że chodzi z małą do kościoła, nie widzieliśmy w tym nic złego, na chwilkę może zajść – potem okazało się, że nie do kościoła tylko do kościelnego i nie na 5 minut tylko na godzinę lub półtorej czyli prawie cały spacer.
        Wszystko powoli dojrzewało w nas. W końcu niania zażądała pełnopłatnego 26 dniowego urlopu!, dodatkowo płatne podczas naszego urlopu gdy my się zajmujemy dzieckiem i jesteśmy poza domem, za „gotowość do pracy”. Zaczęliśmy się zastanawiać i pytać wokół – żadna niania u znajomych nie wysuwała nigdy takich roszczeń. Może się to komuś wydać dziwne, ale…. chcieliśmy się zgodzić na to, że za pojedyncze dni jakie będzie chciała wybrać, albo my będziemy mieli wolne (do 5 w tygodniu) będzie miała płatne. Gdy żona jej to oznajmiła, niania z fochem stwierdziła, że może się zgodzić na 20 dni w pierwszym roku – „wszak Ty masz płacone w pracy za urlop, mąż też, to czemu ja mam nie mieć!”, ale sprawę ogólnie zostawiła jeszcze otwartą – po prostu myślała, ze nas jeszcze urobi. Wtedy zaczęło nam świtać, że może ta niania nie pracowała nigdy dłużej jako niania
        • oldjazz CD3 06.02.12, 20:11
          Dwa dni po wysunięciu żądaniu urlopu nastąpił dzień przełomu. Żona wróciła do domu, a niania wymykając się, zaczęła atak swoim monologiem
          -ach wiesz jaka przygoda normalnie przygoda ja z mała na rękach chodzę sobie i patrzę kiedy wrócisz bo to przed chwilą było, a tu patrz no diabeł mi koszyk z zabawkami pod nogę podłożył, a ja przecież małą na reku miałam no i upadłam ale dobrze ze nie na stolik tylko tu na podłogę i tylko trochę się potłukłam, a małej nic nie jest no nawet nie zapłakała sama widzisz, bo to kilak minut temu było, a o urlopie pogadamy potem bo ja się strasznie spieszę ale normalnie to przygoda była
          - ale mała ma guza wielkości śliwki na głowie! Co się stało?!
          – no tak tak ale nic jej nie jest, no widzisz że nie płacze przecież a ja mało sobie ręki nie połamałam ale muszę juz iść no jak to się stało że ten koszyk tu stał ja nie wiem
          Brak interpunkcji ma na celu pokazanie w jaki sposób komunikuje się ta kobieta, trzeba się czasem namęczyć żeby zrozumieć o co chodzi. Faktycznie mała nie płakała gdy żona wróciła , ale czemu tak było, to się wyjaśniło potem. Całą noc obserwowaliśmy małą, czy wszystko w porządku – lekko gorączkowała i spała bardzo niespokojnie, ale poza tym wszystko było ok. Źrenice reagowały prawidłowo, nie było żadnych objawów urazu neurologicznego.
          Zdarzenie miało miejsce w środę. W czwartek niania znowu zaczęła przebąkiwać o urlopach. Obawa co do zostawiania z nią małej, była coraz większa. Żona zaczęła temat zdarzenia z dnia poprzedniego, niania znowu uderzyła w swój ton
          -no mało się nie zabiłam, bo małej to nic się nie stało, ale ręka to mnie jeszcze bardziej boli
          I tu pokazała druga rękę! Po prostu sama się pogubiła w swoich kłamstwach.W piątek siedziałem w pracy jak na szpilkach. Byliśmy juz prawie zdecydowani, że ją zwolnimy, ale jeszcze się wahaliśmy – gdy człowiek ma czyste sumienie to myśli, że ludzie wokół to osoby uczciwe i szczere. W pracy przebąknąłem kilka razy na temat rozważanego zwolnienia niani. W czasie rozmowy u kolegi rzuciłem imię tej niania, rozmowie przysłuchiwała się druga koleżanka. Od słowa do słowa okazało się, że ta niania pracowała wcześniej u jej znajomej. Dostałem nr telefonu i zadzwoniłem do niej. To czego się dowiedziałem zmroziło mi krew w żyłach. Tam pracowała 3 tygodnie zanim rodzice zorientowali się, że coś jest nie tak. Żeby ustalić o co chodzi, przeprowadzili akcję „pełna inwigilacja” i wtedy wszystko wyszło na światło dzienne. Słuchałem tego i coraz bardziej otwierały mi się oczy, wszystko zaczynało układać się w logiczną całość a ja zauważałem rzeczy które miałem wcześniej przed nosem. Wróciłem do domu i powiedziałem żonie o czym się dowiedziałem. Moja żona zadzwoniła do poprzednich pracodawców naszej niani żeby upewnić się zanim podejmiemy radykalne kroki. Po rozmowie byliśmy niemal pewni, że od poniedziałku niania kończy z nami współpracę. Dla pewności żona stwierdziła, że porozmawia jeszcze z sąsiadami .
          Mamy bardzo czujnych sąsiadów. Starsze małżeństwo mieszkające obok. Ze względu na charakterystykę budynku, słyszą co się dzieje u nas w domu i dużo widzą. Wróciła po niespełna 20 minutach, cała roztrzęsiona. Dowiedziała się kilku ciekawych rzeczy. Głównie jednak dowiedziała się, że niania nie upadła z małą, tak jak to przedstawiła opiekunka, na chwilę przed powrotem żony z pracy, tylko mała spadła jej z kanapy jakieś 2-3 godziny wcześniej, w czasie gdy niania wisiała na telefonie w drugim pokoju, potem poleciały „kurwy i chuje”. Dziecko wyło wniebogłosy i uspokoiło się dopiero gdy opadło z sił – dlatego nie płakała jak moja żona wróciła z pracy, była po prostu bardzo zmęczona. To kłamstwo ostatecznie przeważyło szalę.
          Od razu zadzwoniłem do niani i poinformowałem ją, że nasza współpraca dobiegła końca. Próbowała się tłumaczyć, że nie wie czemu, że przecież nic się nie stało itd. Zagrałem blefem, powiedziałem, że wiemy o wszystkich jej kłamstwach, bo dom jest monitorowany i raz na miesiąc dostajemy nagrania, ona powinna wiedzieć o co chodzi. Powiedziałem, że wiele mogę tolerować ale kłamstw i narażania życia i zdrowia dziecka, nie będę tolerował. Niania zamilkła i nic już nie powiedziała, było to ostatecznym potwierdzeniem. Następnego dnia rano odniosłem rzeczy niani – a nazbierało się tego! Oj nazbierało. Niania przyjęła rzeczy z pogarda i wyniosłością.
          CDN
          • oldjazz CD4 06.02.12, 20:12
            Oto co ustaliliśmy czyli, jak wyglądał dzień niani z dzieckiem – odtworzony na podstawie informacji od sąsiadów, poprzednich pracodawców oraz potwierdzony naszymi obserwacjami i pozostawionymi śladami.
            Niania przychodziła do nas rano, ok. 6:30 zaspana, nieumalowana itd., ogólnie dopiero zerwana ze snu. Po naszym wyjściu, niania odkładała dziecko do łóżeczka i szła przebrać się, a potem do łazienki – tam malowała się, myła głowę, robiła sobie wałki, nakładała maseczki itd., potem kierowała swe kroki do kuchni, dziecko nadal leżało w łóżeczku. Niania przygotowywał sobie śniadanie po którym siadała do kawy i ciasteczka – mała nadal w łóżeczku. Tak dochodziła godzina 9-10. Gdy dziecko zaczynało już płakać za głośno – smoczek nie pomagał, a muzyka nie była jej w stanie zagłuszyć, niania brała małą do kuchni gdzie poiła ją i karmiła – nie zawsze do końca nakarmiła. Potem odkładała ją na kanapę, obkładała poduszkami i szła do drugiego pokoju na pogaduchy telefoniczne. Nawijała non stop – stąd potrzeba codziennego ładowania telefonu – nawet w trakcie rozmowy. Gdy dochodziła godzina 11sta dawała małej obiad – też nie do końca. Ponownie kładła ją do łóżka albo na kanapę. Dlatego dziecko nie cierpiało łóżeczka – po prostu spędzała tam większość swojego dnia, płacząc i nawołując, poza tym stosowanie smoczka dla uciszenia dziecka poskutkowało tym, że teraz mamy problem, bo dziecko nie potrafi bez niego zasnąć i budzi się jak tylko smoczek wypadnie jej z buzi. Niania zamiast wyjść z małą na spacer o ustalonej godzinie, wyruszała o tej która jej pasowała – dlaczego? Ponieważ przechodziła do niedalekiej parafii, do znajomego kościelnego i tam siedziała u niego na plotach przez cały planowany czas spaceru, musiał się więc wstrzelić między msze. Potem wracała do domu. Wchodziła z dzieckiem na klatkę schodową, zostawiała małą w wózku na dole, po czym szła na ostatnie piętro do domu. Tam rozbierała się, zostawiała torebkę i schodziła po dziecko. Mała po rozebraniu wracała do łóżeczka, albo na kanapę, a niania kończyła pogaduchy (których byliśmy zapewne pierwszym tematem). Potem przychodziła żona, a niania uciekała szybciutko do domu – „umęczona jakby tonę węgla przerzuciła”. Tak to mniej więcej wyglądało – nie jesteśmy jeszcze pewni czy nie krzyczała na dziecko, bo tu wersje są dwie… ale wolimy myśleć, że nie było takich sytuacji. Ogólnie rzecz biorąc dziecko zajmowało się same sobą.
            W sobotę rano po tym jak odniosłem rzeczy niani, po jakiś 30 minutach niania zadzwoniła do mojej żony z pretensjami, że „została przez nas skrzywdzona!”. To jest właśnie w tym najlepsze, że ta osoba czuje siępokrzywdzona! Niesamowite – myślę, ze to może być jakieś zaburzenie psychiczne. Przez weekend znaleźliśmy druga nianię na zastępstwo, co graniczyło z cudem – mamy nadzieję, że tym razem się nie sparzymy.
            Ps. Zapomniałem dodać, że niania miała bardzo obrzydliwy nawyk zostawiania w kuchni na blacie, butelkach małej i innych meblach – przeżutej gumy do żucia. Fragmenty gumy znaleźliśmy we włosach małej w piątek podczas kąpieli – już po zwolnieniu niani.
            Reasumując – jeśli zatrudniacie nianię, to sprawdźcie jej ostatnie miejsca pracy - przynajmniej trzy. Reagujcie od razu, gdy coś wam wyda się podejrzane. Reagujcie od razu, gdy coś w zachowaniu niani wam nie pasuje – Opiekunka z doświadczeniem, przyjmie waszą reakcje normalnie i ze zrozumieniem, wszak to jej praca, a Wy jesteście jej pracodawcami. Jeśli coś w zachowaniu dziecka wyda się dziwne – sprawdźcie to. „Parzące łóżeczko” może być oznaką przetrzymywania dziecka w łóżku, mały przyrost masy może być spowodowany niedokarmianiem dziecka, lęk przed gwałtownymi ruchami czy hałasem może być spowodowany reakcjami pseudo-niani. Spiszcie jasną umowę z nianią żeby nie było niedomówień. Zróbcie niezapowiedziany nalot na dom, sprawdźcie czy niania jest na spacerze w tych miejscach o których mówi i w tych porach o których mówi (nadajnik GPS ukryty w wózku to najlepsze rozwiązanie). Jeśli sprawdziliście nianię i wszystko gra – to możecie przestać ją „szpiegować” bo inaczej wpadniecie w obłęd. Cała ta sytuacja potwierdza tylko tezę, że nianie trzeba sprawdzać bardzo szczegółowo i najlepiej mieć gdzieś ukrytą kamerę. Co prawda nagrywanie z ukrycia, jest moralnie wątpliwe – jednak lepiej być moralnie wątpliwym niż dać się wykorzystywać i dać krzywdzić własne dziecko.

            THE END
    • gingerana Re: pierwsza niania i porażka! 27.08.14, 15:40
      Brak słów... straszna historia :/ Przed tą kobietą należałoby ostrzegać innych rodziców, mam nadzieję że opisaliście tą sytuację wszędzie gdzie się dało i w taki sposób, by łatwo było tą kobietę zidentyfikować...

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka