Dodaj do ulubionych

NPR - czyja decyzja?

06.06.05, 19:31
W jednym z poprzednich wątków pojawiła się porada, bodajże Zuzaby, aby w
razie trudności z pomiarem temperatury do dziecka wstawał mąż. Niby niewinne
stwierdzenie, rzucone jednak tonem mocno feministycznym ("dlaczego akurat ty,
nie mąż?") kazało mi zastanowić się nad taką oto kwestią:
Do modelowego stosowania NPR trzeba dwojga - jeśli oboje chcą, akceptują,
podejmują wysiłek i wyrzeczenia, wszystko gra i jest super. Ale nie zawsze i
nie w każdym stadle tak jest. Co, jeśli kobieta nalega na npr, a mężczyzna
się buntuje (to chyba częstsze, niż odwrotnie...) - czy stosowanie bez
współpracy mężczyzny w ogóle jest możliwe? Można by dać trywialny wyrok:
nieodpowiedni mąż - i tyle. Ale z różnych powodów pary się dobierają,
docierają i żyją długo i szczęśliwie, a do pewnych rzeczy drugiej osoby się
nie przekona ani nie zmieni pewnych postaw. Choć byłoby to piękne, nie w
każdym małżeństwie decyzje zapadają jednogłośnie.\ I są sprawy, w których
można wzajemnie się jakoś przekonać, ewentualnie nagiąć, zawrzeć kompromis
itp. Ale NPR wymaga zmiany postawy i to właściwie na całe życie. I co -
zmuszać tę drugą stronę, żeby żyła wbrew sobie? Przecież nic dobrego z tego
nie będzie, NPR stosowane bez przekonania musi być chyba męczarnią dla
obojga...
Zaznaczam, że rozważam tak tylko teoretycznie, a mojego przypadku dotyczy to
o tyle, że małżonek ma wyjątkowo twardy sen i jego wymuszone wstawanie w nocy
do dzieci było farsą ;o) ( wymagało ode mnie najpierw dłuuugiego jego
budzenia, a i tak był na tyle nieprzytomny, ze tylko przez sen wykonywał
moje polecenia; wolałam sama wszystko robić - i lepiej, i szybciej ;///).
Poza tym - decyzja o NPR była jak najbardziej wspólna, przemyślana i
odpowiedzialna. Ale ciężar obserwacji i interpretacji raczej ja z góry
wzięłam na siebie, małżonek się po prostu dostosowuje. Ale nie każda kobieta
może liczyć na :wyrozumiałość, odpowiedzialność, silną wolę itd. swojego
męża. I co wtedy? Czy odpowiadamy: "To jej problem."?

PS : I być może dlatego w poradnikach antykoncepcyjnych na wakacje mało albo
wcale nie pisze się o NPR - toż to długofalowa postawa życiowa dwóch osób, a
nie doraźne zabezpieczenie!
Obserwuj wątek
    • man4one Re: NPR - czyja decyzja? 07.06.05, 11:56
      Na jednym z kościelnych kursów (nie powiem gdzie, żeby wstydu im nie przynosić)
      była para instruktorów NPR... na moją uwagę (dyskutowaliśmy o stosowaniu NPR po
      porodzie), że może być też tak, że obserwowane objawy prowadzić będą do np.
      rocznej abstynencji (czyli że metoda nie potrafi wtedy skutecznie dzialać) pani
      powiedziala... "to pana problem". Potem jeszcze z mężem też o tym mówiąc, też w
      tym tonie - że to niby jego problem. Tak jakby to był problem mężczyzny, że chce
      współżyć. Uchowaj Panie Boże przed takimi "intruktorami" i takimi żonami...
    • zuzaba Re: NPR - czyja decyzja? 07.06.05, 16:28
      Owszem moja porada.
      Nie uważam się za feministkę - popierają one aborcję, eutanazję, tabletki
      wczesnoporonne. Ja tego nie popieram. To gwoli ścisłości.
      Jestem jednak jak najbardziej za przełamaniem w praktyce stereotypu kobiety,
      której psim obowiązkiem (albo narzuconym albo zakodowanym w głowie)jest
      sprzątanie, gotowanie, opieka nad dzieckiem, poza pracą zawodową, oczywiście.
      I walczę z tym, jak mogę.

      Piszesz, że nie zawsze jest tak modelowo, jak piszesz. Oczywiście.
      I piszesz, że są sprawy, w których można zawrzeć kompromis.
      No i npr chyba jednak należy do tak priorytetowych spraw, nieprawdaż?
      Podobnie jak kwestia posiadania/nieposiadania dzieci.

      Poza tym, jak napisałam w tamtym wątku, kobiety same na siebie kręcą bicz,
      (piszę to w ogólności i rozumiem przez to utrwalanie i powielanie pewnej
      postawy) twierdząc, że mąż tego czy tamtego nie zrobi, bo ma takie, a nie inne
      uwarunkowania i godząc się na to.

      > Zaznaczam, że rozważam tak tylko teoretycznie, a mojego przypadku dotyczy to
      > o tyle, że małżonek ma wyjątkowo twardy sen i jego wymuszone wstawanie w nocy
      > do dzieci było farsą ;o) ( wymagało ode mnie najpierw dłuuugiego jego
      > budzenia, a i tak był na tyle nieprzytomny, ze tylko przez sen wykonywał
      > moje polecenia; wolałam sama wszystko robić - i lepiej, i szybciej ;///).
      > Poza tym - decyzja o NPR była jak najbardziej wspólna, przemyślana i
      > odpowiedzialna. Ale ciężar obserwacji i interpretacji raczej ja z góry
      > wzięłam na siebie, małżonek się po prostu dostosowuje. Ale nie każda kobieta
      > może liczyć na :wyrozumiałość, odpowiedzialność, silną wolę itd. swojego
      > męża. I co wtedy? Czy odpowiadamy: "To jej problem."?

      Cóż, chyba tak. Jej problem, bo nie chciała/potrafiła przekonać,
      przedyskutować, ustalić zawczasu tych spraw.
      • ecco_mama Re: NPR - czyja decyzja? 07.06.05, 22:03
        > Nie uważam się za feministkę - popierają one aborcję, eutanazję, tabletki
        > wczesnoporonne. Ja tego nie popieram. To gwoli ścisłości.

        gwoli ścisłości - dla mnie (i w/g definicji) feminsitka to kobieta walcząca o
        równouprawnienie, o zniesienie dyskryminacji. Może być zajadła i fanatyczna, z
        nienawiścią podchodząca do mężczyzn, jako do płci, której dotychczas rzekomo
        było za dobrze - i czas najwyższy to zmienić. A aborcja, eutanazja, tabletki -
        to zupełnie inne sprawy, może i z feminizmem związane, ale niekoniecznie i nie
        tylko przez feministki popierane.
        > poza pracą zawodową, oczywiście.
        Oczywiście... tylko co, jeśli kobieta lepiej się czuje w swojej roli "pani
        domu", jeśli dokonała świadomego wyboru i nie pracuje zawodowo - czy będziesz
        uszczęśliwiać ją na siłe, walczyć o to, by zacżęła mysleć inaczej, przekonywać,
        że nie, nie może być szczęśliwa? To właśnie dzięki takim "Walczącym" kobiety,
        zamiast swobodnie wybierać - mają mnóstwo rozterek i dylematów, wśród których
        na czoło wysuwa się właśnie argument, że kobieta nie może się spełniać jedynie
        jako matka i żona, ze musi pracować zawodowo, "realizować się" poza domem. I
        wtedy - rzeczywiście jest problem, z jednej strony biologia, natura narzucają
        jej obowiązki, z drugiej - presja społeczna walczących o równouprawnienie. Nie
        ma sprawiedliwości na świecie, równośc płci to dopiero "zakodowany w głowie"
        banał. To, że kobieta może się ubierać jak mężczyzna, nie dbać o siebie, jeśli
        nie chce, pracować jak mężczyzna jeśli chce - to jest jej wolność wyboru, ale
        na tym równość się kończy. Fizjologii i psychiki nie ominiesz, w pewnym
        momencie każda chyba kobieta przede wszystkim chce zostać matką, wszystko poza
        tym traci znaczenie. Z każdym kolejnym dzieckiem jej życiowa rola matki zaczyna
        dominować nad pozostałymi - tak po prostu jest.

        > Poza tym, jak napisałam w tamtym wątku, kobiety same na siebie kręcą bicz,
        > (piszę to w ogólności i rozumiem przez to utrwalanie i powielanie pewnej
        > postawy)
        Jaki bicz??? Jak kręcą?? Kobieta rodzi i wychowuje, mężczyzna utrzymuje rodzinę
        (zarabia, poluje ;//) - tak było zawsze i po krótkim okresie zachłyśnięcia się
        równością (PRL!) i pracą dla wszystkich - coraz więcej kobiet powraca do
        tradycyjnej roli, bo tak jest najlepiej. Kwestia tylko, ze przeważnie muszą
        pracować, bo mężczyzna sam nie daje rady, ale to sprawa systemu, a
        nie "kręcenia bicza". Spytaj, ile z pracujących kobiet, gdyby mogło, chciałoby
        by być w domu, ile z nich "realizuje się", a ile po prostu tyra na chleb.
        Zgadzam się, ze w przypadku, gdy obie osoby muszą rzeczywiście pracować, by
        utrzymać rodzinę - dobrze byłoby, żeby i w domu działały mniej więcej po równo.
        I mam nadzieję, że tylko to masz na myśli...

        > Cóż, chyba tak. Jej problem, bo nie chciała/potrafiła przekonać,
        > przedyskutować, ustalić zawczasu tych spraw.

        Aha, czyli złego męża wybrała sobie, tak? Ale przecież małżonek to wiele
        różnych cech charakteru, można go kochać za całokształt, ale niektórych wad nie
        cierpieć i tyle.


        • zuzaba Re: NPR - czyja decyzja? 07.06.05, 22:24
          > Zgadzam się, ze w przypadku, gdy obie osoby muszą rzeczywiście pracować, by
          > utrzymać rodzinę - dobrze byłoby, żeby i w domu działały mniej więcej po
          równo.
          >
          > I mam nadzieję, że tylko to masz na myśli...

          Dokładnie, tylko to mam na myśli.
          Wcześniejszy Twój wywód nijak sie nie odnosi do mojej wypowiedzi.

          > Aha, czyli złego męża wybrała sobie, tak? Ale przecież małżonek to wiele
          > różnych cech charakteru, można go kochać za całokształt, ale niektórych wad
          nie
          >
          > cierpieć i tyle.

          Mam na myśli, że fundamentalne sprawy należy przedyskutować zawczasu. Zanim
          pojawi się problem.
          A gdyby na przykład w trakcie małżeństwa się okazało, że mąż nie chce mieć
          dzieci? Albo chce im przekazać inne wartości?
          Nie chodzi mi o cechy charaktru, ale poglądy na kluczowe sprawy. To jest
          różnica.
          A jeśli się wybiera męża o innym systemie wartości, to chyba rzeczywiście jest
          to zły wybór.

          A wracając do wstawania w nocy: temperaturę wystarczy mierzyć do skoku i parę
          dni po. To mniej niż połowa miesiąca. Chyba tyle razy każdy facet może wstać w
          nocy, jeśli jest taka potrzeba i pomóc przez to.
        • imbirka Re: NPR - czyja decyzja? 08.06.05, 10:30
          > Nie uważam się za feministkę - popierają one aborcję, eutanazję, tabletki
          >
          > > wczesnoporonne. Ja tego nie popieram. To gwoli ścisłości.
          >
          > gwoli ścisłości - dla mnie (i w/g definicji) feminsitka to kobieta walcząca o
          > równouprawnienie, o zniesienie dyskryminacji. Może być zajadła i fanatyczna, z
          >
          > nienawiścią podchodząca do mężczyzn, jako do płci, której dotychczas rzekomo
          > było za dobrze - i czas najwyższy to zmienić. A aborcja, eutanazja, tabletki -

          > to zupełnie inne sprawy, może i z feminizmem związane, ale niekoniecznie i
          nie
          > tylko przez feministki popierane.
          Sluszna uwaga. Ja uważam się za feministkę, a nie popieram aborcji, eutanazji i
          tabletek wczesnoporonnych, nie jestem zajadła i fanatyczna ;-)

          Pozdrawiam,
          Imb.
    • osieuek Re: NPR - czyja decyzja? 07.06.05, 20:49
      Ktoś w wątku obok napisał: Mąż nie wstaje do dziecka, ale za to ja nie
      przykręcam drzwi do szafek.

      Ile razy wstaje się do dziecka, a ile razy przykręca się w domu drzwiczki do
      szafek??

      :-))))

      • ecco_mama Re: NPR - czyja decyzja? 07.06.05, 22:08
        > Ile razy wstaje się do dziecka, a ile razy przykręca się w domu drzwiczki do
        > szafek??
        To zależy, ile masz szafek, a ile dzieci ;).
        Ja tam i meble składam, i żarówki wymieniam, i trawę koszę, jak trzeba - bo
        lubię. A do dzieci wstaję - bo to moja "działka".
      • jola_ep Re: NPR - czyja decyzja? 07.06.05, 23:10
        > Ile razy wstaje się do dziecka, a ile razy przykręca się w domu drzwiczki do
        > szafek??

        Ja pisałam :)))
        Bo u nas ostatnio coś za często drzwiczki się od szafek urywają ;) Pewnie to po
        prostu materiał się wyrobił po latach, a i dzieciaki - podejrzewam - pomagają ;)
        Więc ostatnio więcej stolarskiej roboty niż wstawiania po nocy.

        Ale tak naprawdę nie chodzi o to, aby wszystko robić po równo. To układ, który
        się wypracowuje w stałym związku i zastanawianie się, czy aby podział jest
        sprawiedliwy jest bardzo trudne. A nawet może prowadzić do konfliktów. Bo tak
        naprawdę równo podzielić się nie da. Ja wolałam co noc wstawać do dzieciaków (a
        budziły się długo - więc w sumie miałam prawie 7 lat nieprzespanych nocy) niż
        raz do roku robić remont. Jeśli obie strony mają swój wkład w życie rodziny, to
        jaki problem? Że robią to inaczej niż jest przyjęte? Mniej partnersko? Dopóki
        im to nie przeszkadza, a żadna ze stron nie czuje się pokrzywdzona, to wszystko
        jest według mnie w porządku.

        Pozdrawiam
        Jola
        • osieuek Re: NPR - czyja decyzja? 08.06.05, 08:42
          Jasne, że wszystko zależy od tego, czy ktoś czuje się pokrzywdzony, czy nie.

          Ale ja obserwuję, że kobiety (żony) mają stanowczo zbyt silną tendencję, żeby z
          różnymi rzeczami się godzić i "etatowo" nie czuć się pokrzywdzone. I pozwalają
          na różne przegięcia.

          Nie bierz tego za bardzo do siebie, ale we mnie postawy: "nie jest
          sprawiedliwie, lecz ja się z tym dobrze czuję" budzą na pierwszym miejscu
          podejrzliwość. Bo ja wiem, że człowiek we własnym mniemaniu pogodzony z różnymi
          sytuacjami zwykle nieświadomie i tak czuje frustrację i gdzieś ją gromadzi.

          To tak na podstawie obserwacji znanych mi ludzi i mnie samej. Może ty masz
          inaczej. Zachowam jednak moje zbójeckie prawo do podejrzliwości.

          (Ja nigdy nie wymieniłabym siedmiu remontów na siedem lat nieprzespanych nocy!
          :-)) )

          • jola_ep Re: NPR - czyja decyzja? 08.06.05, 13:54
            > Ale ja obserwuję, że kobiety (żony) mają stanowczo zbyt silną tendencję, żeby z
            > różnymi rzeczami się godzić i "etatowo" nie czuć się pokrzywdzone. I pozwalają
            > na różne przegięcia.

            Bo chodzi o to, aby naprawdę nie czuć się pokrzywdzonemu, a nie tylko "etatowo"
            :) Nie można dopuścić do sytuacji, gdy jedna strona wszystko robi, czuje się z
            tym źle, ale nic nie mówi, bo "etatowo" to jej zadanie. Ja też musiałam się
            nauczyć, żeby informować o swoich potrzebach w porę, zanim narośnie żal i
            pretensje. Jak pisałam - wkład w życie rodziny powinien pochodzić od obu stron.
            To, że u nas podział jest tradycyjny (czyli dom na mojej głowie) nie oznacza, że
            mąż nic nie robi. Zawsze wiedział, kiedy jest potrzebny, a jak nie, to mu o tym
            mówiłam :) Czasem był zmęczony (praca dość stresująca) więc np. jego wkład w
            sprzątanie ograniczał się do .. podniesienia nóg gdy ja odkurzałam ;) (to taki
            nasz rodzinny dowcip). Innym razem on cały dzień cały dzień szykował przysmaki w
            kuchni, a ja krzyżykowałam na sofie :)

            > Nie bierz tego za bardzo do siebie, ale we mnie postawy: "nie jest
            > sprawiedliwie, lecz ja się z tym dobrze czuję"

            Chodziło mi o to, że równy podział nie jest sprawiedliwy. W dodatku zależny od
            indywidualnej sytuacji rodziny. Odbiór sytuacji taki, jak napisałaś dla mnie też
            jest niepokojący. Jeśli ja widzę nasz układ jako niesprawiedliwy, to znak, że
            trzeba go zmienić.

            > (Ja nigdy nie wymieniłabym siedmiu remontów na siedem lat nieprzespanych nocy!
            > :-)) )

            Kwestia wprawy :))) I zorganizowania sobie życia.
            A teraz to mam labę ;) W nocy nie wstaję, a mąż nadal musi te remonty robić :D

            Pozdrawiam
            Jola
      • ecco_mama Re: NPR - czyja decyzja? 08.06.05, 11:36
        Rozumiem, że czasem wygodniej byłoby, gdyby to mąż ruszył się do dziecka w
        nocy, jeśli akurat może to wpłynąć na wynik pomiaru PTC. Ale już podawanie
        termometru i pilnowanie żony przy pomiarze to jakiś obrzęd, rytuał, który
        ucieka od istoty rzeczy. Nie ukrywam, że w początkach małżeństwa też to
        praktykowaliśmy, ale daliśmy szybko spokój, bo to smieszne i w niczym nie
        pomagało. Dla mnie bylo to sztuczne, niespontaniczne zachowanie, jakaś gra
        pozorów. I dodatkowo przy pomiarze, w sumie niekłopotliwym i odruchowym -
        zaangażowane były, zupełnie bez powodu - dwie osoby. Czemu to miałoby służyć?
        Chyba tylko temu, żeby: "skoro kobieta się budzi i musi mierzyć, to mąż też nie
        może w tym czasie spać, bo to krzywdzi kobietę" :// Niektórzy na takich
        zasadach opierają swoje małżeństwo, że cały czas pilnują, żeby było po
        partnersku, żeby przypadkiem nie było nierówno... Ale co kto lubi...
        • poprzezknieje Re: NPR - czyja decyzja? 08.06.05, 13:49
          ecco_mama napisała:

          > Niektórzy na takich
          > zasadach opierają swoje małżeństwo, że cały czas pilnują, żeby było po
          > partnersku, żeby przypadkiem nie było nierówno... Ale co kto lubi...

          zasada jest prosta: jak mi jest zle to niech przynajmniej drugiemu tez bedzie zle.

          zreszta zgodnie ze staropolskim powiedzeniem - nie jest dobrze jak mi jest
          dobrze ale jak drugiemu jest zle !
    • ciezarowka Re: NPR - czyja decyzja? 09.08.05, 00:52
      Przeglądam dziś wątki na NPR i trafiłam na ten. Mam wrażenie, że rozwinął sie
      on w jakąs dziwną stronę. W kierunku ustalania, co jest feminizmem, co psim
      obowiązkiem kobiety....a nie podjeto problemu niezgodnosci co do NPR w
      małżeństwie (o przepraszam skwitowano tylko stwierdzeniem (również
      przerzucającym odpowiedzialność na kobietę) że powinna była zawczasu ustalić te
      rzeczy...).
      A ja zajzałam tu, bo ja naprawdę mam taki problem. Rzeczywiscie nie rozmawiałam
      z mężem na ten temat przed ślubem. sam nie sądziłąm, że będę się kiedyś nad tym
      zastanawiać, ale teraz się zastanawiam, pogubiłam się mam wrażenie. Po slubie
      używalismy pigułek, bo ja się leczyłam, potem zaraz były dwie ciąże, potem
      różne zabezpieczenia nienaturalne i powoli przyszło na mnie olsnienie, że ja
      źle robie...Teraz probuje to jakos odkręcić a na dodatek nie mogę liczyc na
      wsparcie męża...
      • osieuek Re: NPR - czyja decyzja? 09.08.05, 10:27
        > różne zabezpieczenia nienaturalne i powoli przyszło na mnie olsnienie, że ja
        > źle robie...Teraz probuje to jakos odkręcić a na dodatek nie mogę liczyc na
        > wsparcie męża...

        Ale konkretnie, co on na to? Chce gumek, chce żebyś łykała pigułki?

        Na mój rozum, to najważniejsze, żeby uniknąć sytuacji, w której mąż chce, żeby
        żona zażywała pigułki albo miała wkładkę. Bo to by było z jego strony
        przerzucanie całego ryzyka zdrowotnego na małżonkę - bardzo nie fair.

        A jeżeli ta sprawa jest już dogadana i małżonkowie zgadzają się co do niej...

        Gdy mąż chce koniecznie używać prezerwatyw, a żona nie, no to trudno będzie o
        czarno-biały układ. Podręczniki katolickiej teologii moralnej teoretyzują, że w
        zasadzie żona powinna usilnie odmawiać stosunków z prezerwatywą. Chyba, że
        trawłość małżeństwa jest zagrożona. A tak życiowo patrząc, chyba raczej warto
        pójść na kompromis. Jak by nie było, to on ubiera tę prezerwatywę, a nie ona :)

        Jeżeli mąż dowie się, o co chodzi w obserwacji cyklu, to chyba nie powinien mieć
        problemu ze zrozumieniem, że po owulacji i tak nie musi używać prazerwatyw, a
        podczas kilku dni okresu płodności najbezpieczniej jest nie współżyć nawet z
        prezerwatywą. Największy problem to faza przed owulacją. Jeśli żona, trzymając
        się zasad hard-NPR nie chce współżyć wcale, a mąż chce, ale z prezerwatywą. (Ja
        osobiście dobrze bym taką postawę męża rozumiała - sama jestem za stosowaniem
        zabezpieczenia w I fazie.) No więc wtedy niestety pojawia się kwestia
        dopuszczalności kompromisu, do rozpatrzenia w sumieniu samej małżonki.
        • ciezarowka Re: NPR - czyja decyzja? 10.08.05, 14:27
          Konkretnie, to mój mąż chce żebym ja się zabezpieczała...ale ja właśnie
          urządziłam strajk i nie zapisałam się do gina...Staram się powoli go urabiać. Z
          tym, żeby to on się zabezpieczał nie będzie problemu, trudniej będzie go
          przekonać do NPR! Ratunku!!! Na dodatek ja sama nie umiem jeszcze tej metody
          stosować i będę się dopiero uczyć więc narazie napewno go nie przekonam do nie
          używania prezerwatyw. Dzieki osiulek za podpowiedź. Napewno docelowo jakos tak
          to urzadzimy. Muszę się tylko mauczyć rozpoznawać owulację. Zaczęłam też myśleć
          o kupieniu Persony. Myślicie, że to dobry pomysł. Wydatek na początek jest
          spory, ale potem wydatki na testery to kwota podobna do ceny pigułek więc nie
          sądzę żeby mój mąż mógł mieć argumenty przeciw. Najgorsze jest jednak to, że w
          chwili obecnej to taki temat tabu się zrobił, żadne z nas nie ma ochoty zacząć
          rozmowy na ten temat. A mi się to już śni po nocach...ta rozmowa...chyba
          ogólnie mamy jakiś kryzys i do tego jeszcze to...
          • osieuek Re: NPR - czyja decyzja? 10.08.05, 18:36
            Jeżeli dobrze rozumiem, kierują tobą motywacje religijne.

            Jeśli chodzi o pigułki: Niezależnie od motywacji religijnej, istnieje całkiem
            obiektywna motywacja zdrowotna. Pigułki to syf - i o tym dość łatwo da się
            przekonać twego męża. Na forum antykoncepcja był taki długaśny wątek, w którym
            kobiety opisywały, jakich doświadczają skutków ubocznych. Spróbuję zaraz go
            znaleźć...

            O, tu jest:
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=216&w=1429877&v=2&s=0
            Możesz wydrukować i dać mężowi do poczytania, w razie gdyby nie był przekonany.

            Teraz jeśli chodzi o: "ratunku! ale ja nic nie umiem!". Najpierw abstrahując od
            kwestii religii. Ja na przykład nie używam żadnej Persony, przez 4 lata nawet
            nie mierzyłam temperatury, tylko obserwowałam śluz. Również dziś niektóre zasady
            NPR stosuję nie całkiem restrykcyjnie. Za to używam prezerwatyw w I fazie. I to
            już daje 100% skuteczność. Więc jeżeli boisz się iść na całość, może spróbuj
            krok po kroku, najpierw z prezerwatywą, a później ewentualnie bez, gdy poczujesz
            się pewniej.

            No i w końcu religia. Sama nie zgadzam się z katolickimi zasadami w tej kwestii,
            jednakże jestem w nich i w ogóle w sprawach kościelnych całkiem oblatana. Mądry
            spowiednik powinien zaakceptować taką sytuację, że nie rzucasz się w NPR od razu
            na głęboką wodę, lecz masz okres przejściowy. Z punktu widzenia spowiednika to,
            że przez czas nauki dla pewności wolisz czasem użyć prezerwatywy, będzie się
            nazywało "krok po kroku wychodzeniem z grzechu". O ile będziesz faktycznie mieć
            intencję, żeby tę prezerwatywę stopniowo eliminować, a NPR doskonalić. Użycie
            prezerwatywy byłoby z tego punktu widzenia "chwilowym upadkiem", z którego
            człowiek jednakowoż ma wolę się podnieść oraz nie powtarzać go.

            To dość niedobrze, że temat stał się pomiędzy tobą i mężem sprawą tabu. Mam
            nadzieję, że wkrótce spróbujecie pogadać. Może jego odstrasza, że postanowiłaś z
            nagła rzucić się na głęboką wodę? Może traktuje to jak niezrozumiałe doktrynerstwo?

            Podsumowując wszystkie poruszone wyżej tematy, potraktuj sprawę spokojnie. Nie
            musisz wszystkiego od początku robić idealnie. Spróbuj krok po kroku. Jedyną
            rzeczą, co do której warto się upierać, jest twoje zdrowie - to w kwestii
            tabletek czy wkładek.





    • kwiatuszek_maly Re: NPR - czyja decyzja? 09.08.05, 11:03
      Witajcie. Pisze pierwszy raz ale bardzo podoba mi sie wasze forum. Zgadzam sie
      z poprzedniczkami, ze powinna byc to decyzja obojga malzonkow i obydwie osoby
      powinny byc do niej przekonane. U mnie niestety jest odwrotnie niz piszecie.
      Moj narzeczony jest przekonany do metody NPR glownie ze wzgledu na wiare. Ja
      niestety nie i poki co ucze sie NPR ze wgledu na niego a nie sama metode. Wiem
      ze jest to duzy problem. Co robic? Zyc przeciwko sobie i swoim pogladom czy
      poprostu przekonac sie do metody, ktora na razie znam ogolnie po 1 cyklu
      obserwacji? To tyle
      Pozdrawiam serdecznie
        • kwiatuszek_maly Re: NPR - czyja decyzja? 09.08.05, 15:49
          Witam. Dla niego jest to bardzo wazna sfera zycia, ale rownie wazna jest sprawa
          wlasnego sumienia. I ja tego nie neguje. Tylko ze jak ktos nie jest do czegos
          przekonany, trudno patrzec na sprawe wlasnego sumienia. Obydwoje jestesmy
          osobami wierzacymi, tylko mi znaczne trudniej jest przyjac cala nauke. Do tego
          wiem ze to ja bede odpowiedzialna za pomiary, analize itd. Stad problem. jakbym
          miala wybierac sama? Nie wiem na dzien dziesiejszy. Napewno nie pigulki ze
          wzgledu na zdrowie. Moze prezerwatywa.... ale to sprawa przede wszystkim
          wspolnego podjecia decyzji. Jestesmy wlasnie teraz na tym etapie.
          Co do okresu abstynencji, to mysle ze jestesmy juz do tego przyzwyczajeni. Cale
          narzeczenstwo i moje ciagle wyjazdy sluzbowe duzo nas nauczyly. Moze tez
          dlatego latwiej zrezygnowac lub ograniczyc wspolzycie.
          Pozdrawiam

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka