szifox
06.03.07, 10:10
Źródło - www.rzeczpospolita.pl/dodatki/opinie_070306/opinie_a_1.html
Dwa kroki wstecz
Odwołanie Bronisława Wildsteina z funkcji prezesa to otwarte przyznanie się
przywódców PiS do niepowodzenia w ważnym przedsięwzięciu - próbie zbudowania
telewizji publicznej według merytorycznego, a nie partyjnego klucza - pisze
socjolog z Polskiej Akademii Nauk
ZYGMUNT JANUSZEWSKI
Powołanie Bronisława Wildsteina było próbą zerwania z tradycją rodem z PRL,
zgodnie z którą prezesami TVP zostawały osoby nieco profesjonalne i tylko z
lekka polityczne, w rodzaju Ryszarda Miazka, Jana Dworaka, Roberta
Kwiatkowskiego. Warto przypomnieć, że dziewięć miesięcy temu powołanie
Wildsteina nie wywołało spodziewanego entuzjazmu. Nie podobał się ani
politykom partii współtworzących koalicję, ani politykom opozycji, ani
właścicielom mediów komercyjnych.
Odwołany prezes mówi dzisiaj w wywiadach: byłem "samotny", bo rzeczywiście
niewielu, poza widzami, kibicowało mu z równym zaangażowaniem.
Nic dziwnego, bo ten nowy standard postępowania w mediach publicznych wiązał
ręce następcom. Po wygranych przez opozycję wyborach powrót do ręcznego
sterowania byłby bardzo trudny. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Gdyby eksperyment PiS zakończył się sukcesem i Wildstein przetrwał całą
kadencję, nie byłoby powrotu do złych praktyk z początków III RP.
Niezależność, poczucie misji i profesjonalizm dziennikarzy - taką miałam
nadzieję - stałyby się wizytówką telewizji publicznej. Dzisiaj mam wrażenie,
że zmarnowana została wielka szansa, a naprawienie błędu będzie bardzo
trudne.
Przyznaję, że politycy PiS mieli prawo uważać, iż nie doceniano wagi tego
eksperymentu w debacie publicznej. Krytycyzm opozycji oraz właścicieli stacji
komercyjnych, a także licznych gwiazd dziennikarstwa wobec reformowania
telewizji przez Bronisława Wildsteina były jednak sygnałem, że niepokoiła ich
perspektywa utraty dotychczasowej pozycji zawodowej i monopolu telewizji
komercyjnych na "niezależność".
Ku uciesze gwiazd
Początki prezesury Bronisława Wildsteina komentowano sceptycznie. Mimo iż
nowy prezes otwarcie i dobitnie deklarował zamiar przeprowadzenia radykalnych
zmian i wiadomo było, że co mówi, to zrobi, reakcje były, oględnie
mówiąc, "interesowne". Pisano i mówiono, że Wildstein też jest partyjny, bo
wziął się z rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. Trudno było podważać jego
merytoryczne kwalifikacje i dziennikarską niezależność, więc na różne sposoby
bagatelizowano wydarzenie, jakim z całą pewnością była jego nominacja.
Symbolicznym przykładem takiej postawy był raport PO o stanie mediów, który
pokazał, że opozycja bała się sukcesu Wildsteina i dlatego przylepiała
niezależnym od siebie dziennikarzom łatkę reżimowców.
Co stało się powodem fiaska eksperymentu? Oficjalnych i wiarygodnych przyczyn
dymisji nie podano. To prawda, że telewizja Wildsteina po dziewięciu
miesiącach nie była doskonała, a politycy PiS mieli prawo mieć wątpliwości,
czy ich inwestycja w niezależne media przyniesie dobre owoce nie tylko
dziennikarzom, lecz także widzom, demokracji i polskiej polityce. Czekali na
rzetelną, obiektywną i niestronniczą debatę publiczną oraz politykę
informacyjną i uznali, że się nie doczekali. Moim zdaniem źle ocenili
sytuację i podjęli błędną decyzję. Zabrakło cierpliwości i realizmu, a presja
koalicjantów okazała się zbyt skuteczna.
To niepowodzenie opozycja przyjęła z dobrze ukrywaną satysfakcją. Po
wygranych wyborach znów będzie można zrobić z TVP wszystko. Cieszą się
gwiazdy, komercyjne stacje i lewicowi dziennikarze. No proszę, nawet PiS nie
było w stanie zmienić partyjnych reguł zarządzania TVP.
Dorobek nie do pogardzenia
Prezesura Wildsteina przyniosła wiele zmian na lepsze, o których nie pisali i
nie mówili także ci, którzy, jakby się zdawało, kibicowali nowej
dziennikarskiej ekipie TVP. Z wywiadów udzielanych przez Wildsteina (a nie ma
on powodów chwalić dzisiaj braci Kaczyńskich) wynika, że polityczne naciski
stopniowo zanikły, a TVP stawała się coraz bardziej autorska i dziennikarska,
a mniej partyjna. Zgoda, że w niewystarczającym stopniu. Mimo że dla byłego
prezesa TVP ani Monika Olejnik, ani Jacek Żakowski nie są wzorcami
doskonałego dziennikarstwa (jak sam mówił wielokrotnie), wzorce te przejęli
liczni, młodsi dziennikarze. Nadal w rozmowach i debatach dominują pytania
powierzchowne i płytkie w treści, a dociekliwe wyłącznie w formie, nierzadko
zwyczajnie stronnicze. Merytorycznego przygotowania do rozmowy jak na
lekarstwo, za to cytowania i komentowania wypowiedzi polityków bez liku.
Nie wypada w krótkim tekście oceniać efektów pracy Bronisława Wildsteina, ale
oko zwykłego widza zauważyło ważne zmiany na lepsze, przede wszystkim w
programach kulturalnych, w Teatrze Telewizji, w dokumencie i sposobie
prezentowania historii. Program TVP 3 zaczął rywalizować z TVN sprawnie
iszybko podawanym serwisem informacyjnym i dobrą publicystyką. Jan
Pospieszalski znalazł nową, interesującą formułę dla swojego "Warto
rozmawiać" i wreszcie ustabilizował pozycję programu. "Panorama" wypracowała
neutralny sposób informowania i komentowania wydarzeń. Na miły Bóg, to za
mało?
Działał za wolno? Zbyt niezależnie?
Czy zmiana prezesa odwróci kierunek zmian, nie wiem, ale pytanie: po co jej
dokonano, zostaje otwarte. Młodzi, szukający własnej drogi i niezależności
dziennikarze rezygnują ze współpracy z nową władzą. Rozumiem ich decyzje.
Kolejne (przypominam pikietę przed redakcją "Rzeczpospolitej") zwolnienie
Wildsteina z pracy zaczyna przypominać serial pod tytułem "Solidarni z
Bronkiem". Jako widz i obywatel wolałabym, by pozostali w telewizji, ale nie
zamierzam wywierać żadnej obywatelskiej presji.
Wróćmy do pytania, dlaczego przywódcy PiS zamienili swój sensowny eksperyment
w porażkę? W odpowiedzi słyszymy o błędach, o spadku oglądalności, ale
konkretnych argumentów i dowodów brak. Dywagacje publicystów obarczają
odpowiedzialnością koalicjantów i targi Jarosława Kaczyńskiego w obronie
większości sejmowej. O opiniach w rodzaju: żądza władzy, autorytaryzm, brak
pomysłów na dalsze rządzenie, pragnienie ręcznego sterowania itd., nie
wspominam, bo takich wyjaśnień nie traktuję poważnie.
Moja ocena przyczyn tej decyzji jest dwojaka. Z jednej strony mam wrażenie,
że Jarosław Kaczyński doszedł do wniosku, iż popełnił błąd prof. Adama
Strzembosza - czekał, jak on, na samooczyszczenie środowiska i w swoim
mniemaniu się nie doczekał. Jeśli tak, to nie docenił czynnika czasu.
Środowisko na Woronicza potrzebuje go więcej, skala problemu jest co najmniej
tak duża jak w sądownictwie. Dla zbudowania dobrze działającej demokracji,
społeczeństwa obywatelskiego i niezależnych mediów nie wystarczy powołanie
jednego prezesa, dwu instytutów i trzech fundacji. Potrzebna jest cierpliwa,
wieloletnia, ciężka praca. (I komu ja to tłumaczę?) Odwołanie Wildsteina
zatrzymuje ten proces, a nawet zawraca go do punktu wyjścia.
Jest też inne wytłumaczenie. Być może zmiana na stanowisku prezesa TVP to
wynik analizy sytuacji politycznej prowadzącej do nowej kalkulacji
opłacalności przedterminowych wyborów. Napięcia w koalicji, różnice poglądów
i wyraźne skoncentrowanie się liderów LPR i Samoobrony na walce o utrzymanie
i odbudowanie własnego elektoratu źle wróżą stabilności rządów. Możliwe, że
Jarosław Kaczyński uznał dalsze płacenie rachunków za błędy Leppera i jego
Samoobrony za zbyt kosztowne i doprowadził do zmiany prezesa, by spełniając
żądania koalicjantów, zapewnić sobie zarazem przychylność TVP Andrzeja
Urbańskiego w czasie kampanii wyborczej.
Amatorski kosztorys
Ku przestrodze pozwolę sobie przypomnieć sytuację sprzed ponad roku. Zbieg
okoliczności sprawił, że znalazłam się 25 września