goszczyn1
05.08.08, 23:12
Źródło: Wieści Podwarszawskie
"24 godziny męczarni"
Koszmar. Potrącony przez samochód pies przez prawie 24 godziny czekał na ratunek. Mężczyzna, który chciał pomóc zwierzęciu, napotkał ścianę obojętności niemożliwą do pokonania.
W ubiegły wtorek około południa u zbiegu ulic Jana Pawła II i Spacerowej w Słupnie samochód potrącił psa. Dopiero kilka godzin później pan Wojtek zauważył w rowie połamane, zakrwawione zwierzę. Chociaż mocno poturbowany, pies jednak żył.
- Było widać, że pies jest po wypadku. Trzeba było mu pomóc, tylko jak? Wróciłem do domu i zacząłem dzwonić. Najpierw do radzymińskiej straży miejskiej, za późno, o tej godzinie nie działa, do Animalsów, wreszcie znalazłem adres lecznicy weterynaryjnej w Wołominie. Miałem nadzieję, że otrzymam konkretną pomoc, a dowiedziałem się jedynie, że zdarzenie musi zgłosić urząd miasta, policja, albo straż miejska - mówi zdenerwowany mężczyzna. - O tej godzinie pozostała mi tylko policja. Zadzwoniłem do radzymińskiego komisariatu, opowiedziałem o konającym psie.
Dalej było tak: dyżurny powiedział, że pies w rowie nie jest w jego kompetencjach. Ale pan Wojtek tak długo przekonywał, prosił, błagał niemal, że w końcu funkcjonariusz zawiadomił wołomińską lecznicę o psie. Zrobił nawet więcej, wysłał patrol na miejsce zdarzenia. Pan Wojtek wskazał policjantom miejsce, gdzie ciągle leżał pies.
- Zastanawialiśmy się nawet, jak go zabrać z tego rowu i dowieźć do lekarza, ale bronił się, mógł pogryźć. Postanowiliśmy zaczekać. W końcu lekarz został powiadomiony, myśleliśmy, że niebawem dojedzie.
Nie dojechał
- Około godziny 21. poszedłem sprawdzić, czy pies został już zabrany. Nadal leżał w rowie, ledwie żywy. Rano żona wracała ze sklepu, zaszła w stronę rowu. Był. Strasznie cierpiał, chodziły już po nim muchy.
Po godz. 10 o sprawie został powiadomiony wiceburmistrz Radzymina. Dopiero wtedy coś drgnęło, na miejsce przyjechała straż miejska, w chwilę później zjawił się weterynarz.
- Weterynarz uśpił psa na oczach dzieci, które zbiegły się zaciekawione. Uśpił i zostawił. Dopiero jakiś czas później ktoś zabrał psinę. To był mały, brązowy piesek, raczej zadbany. Szkoda, że zakończył życie w takich strasznych męczarniach. Każdego stworzenia szkoda… - mówi pan Wojtek i po chwili dodaje: - Może udałoby się go uratować, gdyby nie musiał tyle czasu czekać w upale na pomoc.
lllll
Nie ma ostatnio tygodnia, by nasza redakcja nie była zawiadamiana o takich dramatycznych historiach. Pomagamy, na ile możemy, kierujemy, dzwonimy… Ale czasami sami mamy problemy. Bo gdzie szukać pomocy dla psa ze zmasakrowaną łapą – w niedzielę wieczorem. Albo w zwykły dzień, ale przed godziną szóstą rano, żeby ratować psa leżącego w kałuży krwi na jezdni między wołomińskim cmentarzem a rondem w Majdanie. Co robić, do kogo dzwonić, żeby jak najszybciej otrzymać pomoc i ulżyć cierpiącemu zwierzęciu.
Zdawałoby się, procedura jest prosta: policja, straż miejska, urząd. Ten ostatni jest niezwykle ważny, bo płaci za pomoc udzieloną bezdomnemu zwierzęciu. Wymienione służby informują lekarza, który powinien zabrać ranne zwierzę do lecznicy. Powinien, ale nie w takim tempie, jak miało to miejsce w opisanym przypadku. Gdzieś po drodze zabrakło odpowiedzialności i zwykłego ludzkiego współczucia dla ciężko rannego zwierzęcia.
Problem bezdomnych zwierząt w powiecie wołomińskim jest widoczny gołym okiem. Najlepszym rozwiązaniem byłoby utworzenie powiatowego schroniska dla bezdomnych zwierząt, czynnego całą dobę, z takim właśnie „pogotowiem wypadkowym”. Nikt jednak nie jest zainteresowany powołaniem takiego, z jednej prostej przyczyny. Jestem przekonana, że gdyby psy i koty mogły głosować w wyborach samorządowych, już dawno miałyby w Wołominie nowoczesne schronisko. Wszak mogłyby się w niedzielę wyborczą – gdy liczy się każdy głos - odwdzięczyć swojemu dobrodziejowi. Ale cóż wart jest pies, który nie może głosować? Nic. No to niech zdycha w rowie.
A.B.
-